Wydanie: MWM 10/2016

Po godzinach

Michał Pepol
Article_more
Żyjemy w świecie powszechnej specjalizacji, która zapanowała również w muzyce – nigdy w tej dziedzinie sztuki tak grubą kreską nie oddzielano od siebie różnych gatunków muzyki. Z jednej strony lubimy nazywać i porządkować, z drugiej – mało kto ogranicza się do słuchania jednego tylko rodzaju muzyki. Stare i wyświechtane (ale jakże prawdziwe!) powiedzenie mówi, że nie należy dzielić muzyki na klasyczną i rozrywkową, a jedynie na dobrą i złą. Prawdziwości tych słów dowodzą fascynacje wielu muzyków ze świata „akademickiego”. Jaką muzyką rozrywkową inspirują się w swojej pracy? Czego słuchają po godzinach? Będziemy ich o to pytać co miesiąc. Mamy nadzieję stworzyć przewodnik po wartościowej muzyce rockowej, popowej, jazzowej, folkowej...

Gdy byłem dzieckiem, tata – a w naturalny sposób ja razem z nim – namiętnie słuchał Beatlesów; wydaje mi się, że dał mi solidny fundament dla dalszych muzycznych poszukiwań. Nigdy nie byłem ani „depechem”, ani „metalowcem”, ani „discomułem” (śmiech). Nie mieściłem się w żadnym gatunku w całości i zgadzam się z tym młodym sobą do dziś. Kiedyś najbliżej było mi do muzyki zespołu Queen, który łączy w sobie rock, pop, folk, disco, a także operę oraz aluzje do muzyki klasycznej. Do tego fascynował mnie genialny głos Freddiego Mercury’ego. Może też dlatego nigdy nie byłem w stanie zrozumieć podziału na muzykę rozrywkową i poważną, który co prawda istnieje, ale według mnie przebiega zupełnie w poprzek gatunków czy epok. Przecież piosence Ewy Demarczyk Taki pejzaż naprawdę jest bliżej do pieśni Mahlera niż operetce Offenbacha, który to niby pisał muzykę poważną! Najwyższa jakość może się zdarzyć w każdej dziedzinie. Nie znoszę nudy, dlatego niezmiennie śledzę polskie i zagraniczne nowości płytowe, przysłuchuję się temu, co inspiruje innych artystów. Ostatnio wielkie wrażenie zrobiła na mnie osobista i intymna płyta Vulnicura Björk z intensywnym wykorzystaniem instrumentów smyczkowych. Jak zawsze cieszę się na każde wydawnictwo Jamesa Blake’a (The Colour In Anything), który zachwyca nie tylko swoim talentem kompozytorskim i głosem, ale też niezwykle ciepłą i czułą w brzmieniu elektroniką. Ogromnie wzruszyła mnie także ostatnia płyta Davida Bowiego Blackstar. Podziwiam go za to, że w obliczu ciężkiej choroby potrafił nagrać tak piękną i osobistą muzykę, jednocześnie nieekshibicjonistyczną i absolutnie pełnowartościową. Zawsze z zachwytem wracam do płyty Laurie Anderson Bright Red, płyty mrocznej, melancholijnej i mądrej. A co mnie przekonuje do muzyki? Najbardziej lubię rys indywidualny – niepowtarzalny głos, którego nie można podrobić, naturalny, niewymuszony. Uwielbiam przemyślane konstrukcje, piękną formę. Potrzebuję też prawdziwej mocy i energii, wypływającej z głębi brzucha i z dna serca. Ważny dla mnie jest również tekst – tu nigdy nie zawiodła mnie Katarzyna Nosowska. 

Oczywiście bywałem też na wielu koncertach, kilkakrotnie odwiedziłem festiwale, takie jak Open’er czy Off. Nie przesadzę chyba, jeśli nazwę koncertem życia ten, na który dwa lata temu pojechałem specjalnie do Londynu, wyczyniając wcześniej niezwykłe akrobacje, żeby zdobyć bilet. Był to występ Kate Bush, jeden z serii 22 koncertów, jakie artystka dała pierwszy raz od 35 lat. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. To, co zobaczyłem i usłyszałem, było niesamowite i przeszło najśmielsze oczekiwania. Najwyższej jakości głos artystki, który nic nie stracił ze swej mocy i skali, a wręcz jeszcze zyskał na głębi i sile wyrazu. Do tego zespół złożony z najlepszych muzyków. Najwyższa jakość i zero kompromisów, za to ją kocham bezgranicznie. Do tego bisów słuchałem, stojąc oparty o scenę kilka metrów od Kate: słyszałem jej głos, który dochodził do mnie ze sceny na żywo, a dopiero potem z głośników. To było absolutnie magiczne i wzruszające. Mam zresztą w domu całą jej dyskografię (ponadto skolekcjonowałem komplet płyt Björk i zespołu Queen). Ostatni studyjny album Kate Bush 50 Words for Snow, to płyta genialnie zagrana i zaśpiewana, niespieszna, wyciszona, subtelna, operująca niezwykłymi barwami, bez słabych momentów. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich, a dla mnie zawsze źródło inspiracji i zachwytu nad pięknem.