Wydanie: MWM 10/2016

Renayate, czyli pieśniarka

Houria Aïchi - wywiad
Article_more
Mimo że w mojej sztuce opowiadam o związkach z tradycją i algierskimi przodkami, żyję jak kobieta nowoczesna, w zachodnim świecie, więc sięganie do muzyki współczesnej to naturalna droga moich artystycznych poszukiwań.

Magda Podsiadły: Pochodzi Pani z Algierii, z ludu Berberów, gdzie silna jest żeńska tradycja trubadurek zwanych „azriates”. Pani babcia była taką pieśniarką? To ona nauczyła panią rzemiosła?

Houria Aïchi: Azriates to specyficzna żeńska praktyka wokalna i taneczna, charakterystyczna dla tradycji regionu Algierii, z którego się wywodzę, dla górskiego Aurès, bardzo bogatego kulturowo. Azriates w mojej berberyjskiej społeczności Chaouis to zawodowe artystki, które, by uprawiać swoją sztukę, musiały odejść od męża, od rodziny. Były wędrownymi śpiewaczkami, występowały na publicznych placach pod gołym niebem. Dzięki wysokiej jakości sztuki tych wędrownych śpiewaczek i tancerek, dzięki ich talentowi, głos naszych przodków jest słyszalny do dziś, także w dużych miastach i daleko za morzem, w świecie. Moja babcia nie była jednak azriate, ale spadkobierczynią śpiewaczej tradycji rodzinnej, uprawianej w domu, z pokolenia na pokolenie, i przeznaczonej wyłącznie dla kobiet.

 

Ale dzięki tej domowej, jak pani to ujęła, tradycji, została pani profesjonalną, znaną w świecie śpiewaczką.

Pochodzę z rodziny, w której co najmniej trzy pokolenia kobiet są depozytariuszkami rodzinnej tradycji śpiewaczej, a więc zarazem muzycznego dziedzictwa naszego regionu. Nasza technika wokalna jest wyjątkowa, charakterystyczna tylko dla Berberów Chaouis, nikt poza nami nie umie tak śpiewać. Trudno tę technikę opisać, bo nikt u nas nie uczy jej według jakichś określonych reguł muzycznych. Właściwie owej techniki i repertuaru uczymy się już w łonie matki. Od maleńkości dziewczynki uczestniczą w rodzinnych i sąsiedzkich spotkaniach kobiet, które śpiewają i tańczą w zaciszu ogniska domowego. Słuchają, same zaczynają śpiewać i tańczyć. Naszym celem nie jest zachowanie tej starej tradycji w sensie antropologicznym czy etnologicznym, po prostu przejmujemy ją w naturalny sposób od naszych babć, mam, ciotek. Ale prawdą jest, że poprzez tę wciąż żywą rodzinną, codzienną praktykę przyczyniamy się do zachowania bogactwa kulturowego naszego ludu i naszego regionu. Tradycyjny śpiew jest u nas wciąż mocno kultywowany i popularny. Jednak by uprawiać tę sztukę zawodowo, trzeba nie tylko wywodzić się z rodziny o takiej tradycji, ale i czuć taką potrzebę, mieć pragnienie wyrażania swych emocji, swojego ducha, swoich doświadczeń poprzez sztukę śpiewaczą. Moja siostra uczestniczyła wraz ze mną w rodzinnym śpiewaniu, ale nie została pieśniarką.

 

O czym opowiadają pieśni?

Taki repertuar znajdujemy w wielu rolniczych społecznościach, podobnie jest u nas. Gdy śpiewam na festiwalach muzyki tradycyjnej, przyjeżdżają artyści z kultur silnie przywiązanych do uprawy ziemi. I czy to są artyści z Bułgarii, z Mongolii, czy z Algierii, tematy naszych pieśni są wspólne. Uniwersalne, humanistyczne, ukazujące nasze człowieczeństwo. Najważniejsze to pieśni miłosne, ale są także obyczajowe o pracy na roli, o rzemiosłach, takich jak tkactwo i garncarstwo. Są pieśni epickie o wojnie, walce, oporze Algierii, która była wielokrotnie podbijana. I są, oczywiście, kołysanki.

 

Nie jest pani pierwszą artystką z Aurès, która wyjechała za granicę, by przybliżać światu waszą wyjątkową, bogatą kulturę muzyczną. Pierwszy był śpiewak Aïssa El-Djarmouni, który stał się gwiazdą już w latach trzydziestych XX wieku we Francji. Czy w jakiś sposób jego twórczość patronuje pani działalności artystycznej?

Dziś niemożliwy już jest powrót do dzieła takich wielkich artystów, jak Aïssa Djarmouni. Na szczęście nagrał płyty. To był prawdziwy trubadur, śpiewak ludowy z malutkiej wioski w górach Algierii, który u początków swojej działalności, podobnie jak kobiety azriates, wędrował z instrumentem na plecach, z trzema towarzyszącymi mu muzykami po naszym regionie, od wioski do wioski, a potem także do miast Maghrebu. Był obdarzony pięknym, silnym głosem, miał wyjątkowy talent. Przekazywanie tradycji było jego prawdziwą pasją. W latach trzydziestych wyjechał do Francji i wystąpił w paryskiej sali Olimpii. Stał się gwiazdą. Dla nas, algierskich muzyków tradycyjnych, jest dziś ikoną, punktem odniesienia.

 

Powiedziała pani w jednym z wywiadów, że trzeba mieć charakter, by być pieśniarką w Algierii. Dlaczego?

Wynika to z kulturowego statusu kobiety w społeczeństwie arabsko-muzułmańskim, w którym kobieta artystka w publicznej przestrzeni jest postrzegana negatywnie, wręcz nieakceptowana. Zwłaszcza dawniej tak bywało, dziś to się zmienia. Ale kiedyś trzeba było mieć siłę charakteru, trzeba się było zbuntować przeciw rodzinie, przeciw społeczeństwu, by zostać zawodową pieśniarką, by uprawiać sztukę, rozwijać swój talent, kontynuować tradycję publicznie. Większość tych artystek zapłaciła wysoką cenę za wybór swojej życiowej drogi. Żyły w samotności, w ubóstwie, a nawet w nędzy, były i takie, co skończyły na ulicy jako żebraczki. I o tym także śpiewają w swych pieśniach. 

Projektem poświęconym tym największym kobiecym głosom Algierii jest Renayate.

Składam nim hołd tym wielkim interpretatorkom tradycji muzycznych Algierii. „Renayate” po arabsku znaczy „pieśniarka”. Ten projekt to widowisko muzyczne przygotowane przed trzema laty dla festiwalu Les Suds w Arles we Francji i album płytowy. Pokazuję nie tylko wybitną twórczość tych pieśniarek, ale i to, jak trudne było ich życie. To także wędrówka przez Algierię ukazująca bogactwo tradycyjnych stylów muzycznych. Projekt poświęcony jest twórczości takich artystek, jak legendarna Cheikha Rimitti, pochodząca z Oranu, obdarzona niezwykłym głosem, silnie zbuntowana przeciw społecznym pętom; Meriem Fekkaï, wielka dama pieśni algierskiej, czy Fadila Dziria, obie z Algieru; Chérifa i Djura z Kabylii – ta druga zrobiła wspaniałą karierę we Francji; Beggar Hadda z mojego regionu Aurès, wybitna postać, która zmarła w zapomnieniu i ubóstwie; równie wspaniała Zoulikha, która odeszła w bardzo młodym wieku; Aïcha Lebgaa z Sahary, posiadająca niezwykle piękny głos.

 

Wykonuje pani tradycyjny repertuar, ale w Polsce prezentowała pani projekt Les cavaliers de l’Aurès, łączący starą algierską tradycję z zachodnioeuropejską nowoczesnością, jaką reprezentują muzycy L’Hijaz Car ze Strasburga.

To prawda, choć muszę przyznać, że zawsze gdy śpiewam, przenoszę się na podwórko moich rodziców, w czasy mojej młodości. Mimo że w mojej sztuce opowiadam o związkach z tradycją i algierskimi przodkami, żyję jak kobieta nowoczesna, w zachodnim świecie, więc sięganie do muzyki współczesnej to naturalna droga moich artystycznych poszukiwań. Nasz ostatni wspólny projekt z L’Hijaz Car wykorzystuje bardzo starą tradycję jeźdźców algierskich z czasów imperium Berberów. Bazuje na ich starych pieśniach i baśniach, opowiada o świecie jeźdźców, koni i kobiet, o kawaleryjskich zasadach, o odwadze i miłości. Jeźdźcy z Aurès to po arabsku Raeyan el khil i tak określamy tę starą królewską kulturę. Aranżacje Grégory’ego Dargenta oddają ducha stylu uprawiania współczesnej muzyki przez zespół, zarazem nie naruszając tkanki tradycyjnej pieśni, a wręcz ją dopełniając. Dzięki tej współpracy stara tradycja doskonale prezentuje się podczas koncertów w wielkich salach muzycznych.

 

Nadal macie z muzykami ze Strasburga wspólne plany?

Pracujemy już nad nowym przedsięwzięciem. Mam nadzieję, że będzie gotowe w 2017 roku. To płyta, której tematem jest dworska poezja miłosna Berberów. Szukam w naszej algierskiej tradycji miłosnych pieśni męskich śpiewanych dla kobiet.

 

Pani głos stał się bardzo znany po tym, jak usłyszeliśmy go na ścieżce dźwiękowej filmu Bernardo Bertolucciego Pod osłoną nieba. Jak doszło do spotkania z włoskim reżyserem?

Nie doszło, nigdy go nie spotkałam, zwrócili się do mnie producenci filmu z prośbą o użyczenie dwóch utworów z mojej pierwszej płyty Les Chants de l’Aurès, która ukazała się w 1990 roku, w trakcie produkcji filmu Bertolucciego.

 

Występowała już pani kilkakrotnie w Polsce. Lubi pani tutaj wracać?

Chciałabym wrócić. Odkryłam wspaniałą polską duszę. Zaskoczyła mnie otwartość polskich widzów na tradycyjną kulturę i ich wspaniały, energetyczny odbiór. Czułam, że są szczęśliwi wraz ze mną, także śpiewając i tańcząc. Wspominam polskie koncerty jako jedne z moich najlepszych.