Autor: Jan Topolski
Wydanie: MWM 10/2016

Teledyski do muzyki współczesnej

Article_more
Prehistorię i historię teledysku zgłębiałem już kiedyś w dwóch odcinkach tego cyklu , ale teraz chciałbym udowodnić, że forma ta nie ogranicza się do rapowanych tekstów czy rockowych riffów. W historii kina znajdziemy bowiem szereg krótkich metraży powstałych pod gotową muzykę klasyczną lub współczesną, pozwalającą twórcom na prawdziwy eksperyment.

Od dwóch lat Narodowy Instytut Audiowizualny poprzez portal Muzykoteka Szkolna kontynuuje ten kierunek, corocznie zamawia u reżyserów specjalizujących się w różnych gatunkach (dokumencie, fabule, animacji) dwa filmy tworzone do wybranych dzieł autorstwa młodych polskich kompozytorów. Limbs of Sun z 2015 roku wygrał konkurs Powiększenie podczas tegorocznego, 16. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego T-Mobile Nowe Horyzonty.

 

Szczególny wysyp tego typu form miał miejsce w latach trzydziestych, kiedy odkryto możliwość synchronizacji dźwięku i obrazu. Niewątpliwie pierwsze próby miały charakter pokazowy, dowodzono, że „to naprawdę działa”, sięgając po gwarantujące sukces, rozpoznawalne romantyczne lub klasyczne utwory. Jak pisała zasłużona polska badaczka, w takich formach „warstwa wizualna staje się komentarzem, a wyznacznikiem jej staje się muzyka. Oczywiście – rodzaj takiego komentarza także może być różny i wcale nie musi być zawsze o charakterze abstrakcyjnym. I tak np. pierwsze filmy do gotowej już muzyki miały dość silnie realistyczny, a nawet częściowo fabularny, charakter. Przykładem są filmy do Uwertury rok 1812 Czajkowskiego (1929), Romans sentymentalny (Aleksandrow i Tisse, 1930), komentujący rosyjskie pieśni ludowe impresjonistycznymi obrazami jezior, drzew, lasów, obłoków; podobnie filmowa interpretacja Nachtszenen Schumanna zrobiona przez W. Ruttmanna (1931), skoncentrowana głównie na obrazach wody”.

 

To właśnie awangarda niemiecka, reprezentowana między innymi przez ostatniego ze wspomnianych reżyserów, wyszła zdecydowanie poza prostą ilustracyjność (której negatywnym symbolem stanie się Disneyowska Fantazja z 1940 roku). Należy tu wspomnieć przede wszystkim próby z odwrotnym procesem kreacji, kiedy to wzory fal dźwiękowych, zapisywanych na marginesie taśmy filmowej inspirowały reżyserów do abstrakcyjnych animacji złożonych z ornamentów i wycinanek, w których celowali zwłaszcza Oskar Fischinger i Rudolf Prenninger, a w ZSRR – Aleksander Wojnow, Arsienij Awraamow i wielu innych. Jeśli dzisiaj wracamy do takich pomysłów – warto po drodze wspomnieć jeszcze podobne eksperymenty Normana McLarena, Dereka Jarmana, Kena Russella i Stanleya Kubricka – to po to, by zerwać z mitem, że muzyka współczesna musi być taka „dziwna” i „abstrakcyjna”. By udowodnić, że do dźwięków tworzonych przez żyjących tu i teraz kompozytorów można opowiedzieć jakąś fabułę lub pobawić się formą. Jednocześnie celem projektu NInA jest pokazanie dzieł polskich twórców w nowym kontekście oraz wymieszanie widowni, obiegów, środowisk.

 

W ramach pierwszej odsłony cyklu Muzykoteki Szkolnej w 2014 roku wyprodukowano dwa filmy. Pierwszy z nich wyreżyserowała Zuzanna Solakiewicz, wykorzystując utwór Sun Spot Katarzyny Głowickiej. Autorka wielokrotnie nagradzanego dokumentu 15 stron świata o Eugeniuszu Rudniku i muzyce eksperymentalnej wybrała nagranie miniatury na fortepian (Małgorzata Walentynowicz) i elektronikę. Puentylistyczne kaskady kropel i ich rozbryzgów – w końcu wszyscy posługujemy się metaforami, także krytycy muzyczni! – zestawiła z ujęciami bezimiennego tłumu, zimowego brzasku na polu oraz refleksami świateł i kolaży. Zuzanna Solakiewicz grała pozornym brakiem związku i silną autonomią swoich obrazów wobec muzyki. Piotr Stasik, reżyser drugiego z filmów wyprodukowanych w 2014 roku, powstałego na podstawie EC14 Artura Zagajewskiego, postawił natomiast na enigmatyczność i wieloznaczność. Bohaterowie jego filmu, bazującego na fragmencie subtelnego sonorystycznego utworu na rury PCV, wyłaniają się z ciemności na mgnienie oka i z powrotem w niej nikną. A są to postaci archetypiczne: dziewczynka, babcia, kogut, ryba; korowód niczym z horroru albo psychodramy. To kolejne, częste u autora Dziennika z podróży, zderzenie konkretu z symbolem.

 

Szczególnie cieszy fakt, że spotkanie Stasika z Zagajewskim ma swój ciąg dalszy, i to całkiem imponujący: obaj panowie pracują właśnie nad „operą o Polsce”. Pierwsza, koncertowa odsłona ma mieć premierę na właśnie odbywającym się (1–8 października) festiwalu Sacrum Profanum, potem dojdzie jeszcze do premiery teatralnej w warszawskim Nowym Teatrze i filmowej na przyszłorocznym Krakowskim Festiwalu Filmowym. Może podobnie będzie z Mikołajem Laskowskim i Jacqueline Sobiszewski / Krzysztofem Skoniecznym (Limbs of Sun) oraz Sławomirem Kupczakiem i Iwoną Bielecką (Novella), autorami filmów Muzykoteki Szkolnej z roku 2015? Albo z Rafałem Ryterskim i Moniką Kuczyniecką (Dialogi i odkształcenia) oraz Aleksandrem Nowakiem i Łukaszem Rusinkiem (Satin) w roku 2016? Przyszłość pokaże. Na razie teraźniejszość pokazała ciekawą rzecz w spotkaniu doświadczonych twórców teledysków z muzyką współczesną. Skonieczny kręcił nagradzane wielokrotnie klipy, między innymi DonGuralesko, Jamala i Mister D., a jego pełnometrażowy debiut Hardkor Disko też ma w sobie wiele scen o muzycznym ładunku, ale w Limbs of Sun poszedł na całość. Jak sam stwierdził, to „podróż w głąb czasu, pejzażu i świadomości: południowo-zachodnie stany USA w czarno-białych ruchomych obrazach i niepokojąca muzyka instrumentalna. Entropia amerykańskiego snu”.

 

Na film składają się nieruchome kadry pokazujące bohaterów, rzeczy i przestrzenie wykluczone. Inwalidzi, bezdomni, outsiderzy, fetysze, substytuty, pustkowia. Mottem jest cytat z Baudrillarda, specyficzny europejski dystans do „American Dream” da się tu zresztą wyczuć w każdej scenie. Wszystkiemu towarzyszą przedęcia, szumy i poświsty fletu, klarnetu basowego, puzonu oraz delikatne dźwięki fortepianu, wiolonczeli, gongów i organów. Ujęcia z ziemi łączą się z samochodowymi i lotniczymi, a wspólnym mianownikiem formalnym jest intensywne światło na granicy prześwietlenia – kompozytor Mikołaj Laskowski wyznał na popremierowej rozmowie, że podobnymi kategoriami myśli przy tworzeniu. A jury konkursu Powiększenie na festiwalu Nowe Horyzonty doceniło film Jacqueline Sobiszewski i Krzysztofa Skoniecznego za „melancholijną podróż po świecie niepokojących obrazów i dźwięków zbudowanych z drobin obserwacji dokumentalnej, które wywołują emocje, oraz osiągnięcie efektu synestezji”. I o to chodziło.

 

Iwona Bielecka przy pracy nad wybranym fragmentem blisko godzinnej Novelli Sławomira Kupczaka przyjęła najbardziej ryzykowną strategię: tworzenia fabularnego odpowiednika dla jakże sugestywnej muzyki elektronicznej. Pojawia się tu usterkowanie, jest i beat, są „dziwne brzmienia” rodem z science fiction i to właśnie z tą konwencją postanowiła pograć uznana reżyserka reklamówek i teledysków (współpracowała z takimi artystami, jak Julia Marcell, członkowie zespołu Mama Selita czy Maria Sadowska). Podróż kosmonauty, przerwana awarią statku, i niespodziewane spotkanie z… krową – może i powinno kojarzyć się z finałem 2001: Odysei kosmicznej, w końcu także zwieńczonej filmową fantazją na temat muzyki György Ligetiego. Tutaj kosmonauta eksperymentuje z elektryczną aparaturą, powodując dziwne konsekwencje w zachowaniu ludzi na całym świecie (Bielecka współpracowała z młodymi filmowcami z Peru i Japonii). Finał będzie zaiste ostateczny, a wszystko robi paradoksalne wrażenie, jakby to muzyka została napisana do obrazu. Czy o to chodziło? Dla każdego o co innego. Jak przyznał Jan Chołoniewski, kurator Nocy Wideoklipów na Krakowskim Festiwalu Filmowym, podczas której kinową premierę miały zeszłoroczne klipy, żadne inne filmy nie podzieliły publiczności na tak skrajne obozy, nie wywoływały tak zróżnicowanych reakcji: od zachwytów po bunt. I dobrze.