Wydanie: MWM 10/2016

Im wyżej, tym lepiej

Article_more
Znów o muzyce Richarda Straussa? Tak, na dodatek ponownie o twórczości orkiestrowej, o poemacie symfonicznym. Skoro jednak jeden z najwybitniejszych pisarzy współczesności, noblista Orhan Pamuk, uznał muzykę orkiestrową (obok renesansowego malarstwa i powieściopisarstwa) za fundament kultury Europy „wyobrażający i opisujący jej tożsamość”, to czyż można mijać Straussowskie dzieła obojętnie? Ja nie potrafię. Wydaje się, że akurat z tym, które dla mnie pozostaje jednym z jego spektakularnych dokonań twórczych, jest pewien problem.

Symfonia alpejska – bo o niej mowa – nie przez wszystkich bywa kochana. Wytaczano przeciwko niej działa najcięższego kalibru: utwór piętnowano za prostotę (może nawet prostactwo), wytykano zbyt dosłowną obrazowość, banalność zwrotów melodycznych, zarzucano brak duchowo-refleksyjnej głębi. Z tymi i podobnymi zarzutami można by się zgodzić, gdyby nie jedno „ale” – Symfonia alpejska właśnie taka w zamyśle Richarda Straussa miała być: naturalistycznie dosłowna i skomponowana tak, „jak krowa daje mleko”.

 

Paradoks tkwi w samym tytule, pozbawionym cudzysłowu. Symfonią Eine Alpensinfonie op. 64 jest bowiem tylko z nazwy. W rzeczywistości przynależy do gatunku poematu symfonicznego. Od razu więc wykluczamy nieporozumienie – to nie nawiązanie do Pastoralnej Beethovena (w tej konkurencji Alpejska musiałaby polec), ale raczej ambitny kontrapunkt do Co słychać w górach Liszta (ten utwór i jego autor – rozłożeni na łopatki).  Strauss raczej twardo stąpa po ziemi, a nie buja w ideowych obłokach. Proponuje słuchaczowi przygodę, bo ten „absolutnie nieliteracki reportaż muzyczny” jest opisem konkretnej i – co tu dużo mówić – barwnej wędrówki. Kto choć raz wędrował po górach, doskonale ją zrozumie.

 

Garść faktów: prawykonanie Symfonii alpejskiej odbyło się w Berlinie 28 października 1915 roku. W drugim roku Wielkiej Wojny sceneria ta nie była więc idylliczna, chyba nie sprzyjała smakowaniu alpejskich krajobrazów. Pierwsze szkice poematu, zarysy jego optymistycznych tematów przenosił Strauss na papier cztery lata wcześniej, w roku 1911. Całość ukończył podobno „dokładnie w sto dni”, zimą przełomu 1914/1915. Wszystko to w kontekście pracy nad czymś diametralnie odmiennym – baśniową, pełną głębokiego mistycyzmu i wieloznacznych symboli operą Kobieta bez cienia. Skrupulatni biografowie wymieniają jeszcze pierwszą wersję Ariadny na Naksos, balet Legenda o Józefie czy Niemiecki motet. Doprawdy, rozstrzał gatunkowy imponujący. Do wykonania Symfonii alpejskiej – tego trwającego niemal godzinę poematu – niezbędna jest gigantyczna, ponadstuosobowa orkiestra, z pokaźną bandą dodatkowej blachy (szesnaście instrumentów) grającą spoza estrady, potrzeba także organów, dzwonków pasterskich i maszyny do wiatru. Siły imponujące, jednak poza kilkoma momentami kulminacyjnymi nie odnosi się wrażenia, że utwór jest ciężki albo przeładowany. Różnorodność faktur i orkiestracyjne niuanse są wyrafinowane, soczyście barwne, świetnie skontrastowane, ale i wyważone. Ponoć pozwolił sobie Strauss podczas prób na autoironiczną refleksję, że „w końcu nauczył się orkiestrować”. 

Jak w tej symfonii-niesymfonii wszystko się układa? Dźwięki opisują trasę jednodniowej, forsownej wycieczki. Doskonale je (góry i wycieczki) Strauss przecież znał. Z okien domu w Garmisch oglądał monumentalne pasmo Wetterstein i najwyższy niemiecki szczyt – Zugspitze (2962 n.p.m.). Plan marszruty – według monografisty Straussa, Ernsta Krausego – przedstawia się następująco:

 

Dzieło zaczyna się tajemniczym dreszczem Nocy: z uroczystych akordów wyłania się opancerzony blachą motyw gór. W pełnym blasku A-dur obserwujemy Wschód słońca; to już dzień. [...] Po krótkim marszu przez równinę zaczyna się Podejście. Z dala słychać rogi myśliwskie – przy wtórze rogów i puzonów wędrowiec wkracza do lasu. Wędrówka brzegiem strumienia prowadzi do Wodospadu, w którego skrzypcowych kaskadach szumią i połyskują dźwięki harf i czelesty. Przez Kwietne łąki miłośnik gór podąża w stronę Hali. Przez gęstwinę i zarośla podejście trwa w fugacie do chwili, gdy wędrowiec znajdzie się Na lodowcu. (Mistrzowsko oddane migotanie lodu w prowadzonych w najwyższych rejestrach trąbkach.) Trzeba przetrwać Niebezpieczne momenty. Wreszcie Szczyt jest zdobyty: rwąca się melodia oboju wyraża wzruszenie wędrowca. Przeżycie zagęszcza się w Wizję w obliczu wzniosłej natury. Unoszą się mgły (obrazuje to hekelfon). Przy łagodnym brzmieniu organów Słońce powoli zakrywają chmury; obój altowy intonuje swoją Elegię. Wokół panuje spokój: Cisza przed burzą. Niespodziewanie przy Zejściu zaskakują wędrowca Burza i wicher (pełna tumultu nawałnica orkiestrowa). Ponownie droga prowadzi obok wodospadu; lecz bez postoju. A potem odmalowany z przepychem dźwiękowym Zachód słońca i znów Noc z opadającą gamą b-moll: spokój po niebezpieczeństwach i wysiłku. Krąg się zamknął.

 

Niby wszystko podane na tacy, bez badania metafizyki, stosunku człowieka do natury (może z wyjątkiem epizodu zatytułowanego Elegia), bez zgłębiania symboliki gór (Nietzsche). Jednak nie, jest jakieś drugie dno, bo Symfonia alpejska obojętnym słuchacza nie pozostawia. Inny kompozytor i miłośnik górskich wędrówek, Wojciech Kilar, uważał, że góry to miejsce wyjątkowe, w którym można czuć się wolnym. „Im wędrujemy wyżej – tym lepsi się stajemy”. Prawda.