Wydanie: MWM 10/2016

Żydówka w Monachium

Article_more
Wielbiciele śpiewaków operowych są wierni i wytrwali. Po spektaklach, nie zważając na pogodę, czekają na ukochane gwiazdy.

Owego lipcowego wieczoru w Monachium wieczorny chłód dawał chwilę wytchnienia. Przed bocznym wejściem dla artystów do Bawarskiej Opery Państwowej zebrał się tłum tak liczny, że nie starczyło dla niego miejsca na wąskim trotuarze. Wylał się więc na jezdnię. Rozpaleni muzyką melomani z różnych zakątków Europy – najczęściej słyszało się język francuski – nerwowo sprawdzali flamastry przygotowane do podpisywania zdjęć i sztambuchów. Panie poprawiały fryzury i drapowały szale. Panowie nerwowo układali zmęczone już nieco kołnierzyki. Pierścień wokół drzwi stopniowo zaciskał się coraz bardziej, jakby armia oblegająca jakiś potężny zamek starała się zamknąć wszystkie ewentualne drogi ucieczki.

 

Przez tłum zaczęli przesączać się pierwsi muzycy. Jeden z nich (najpewniej z sekcji instrumentów dętych blaszanych – tak przynajmniej podpowiada rzadko myląca się intuicja człowieka, który widział w życiu wiele orkiestr) niczym taran przebił się przez zwartą masę fanów mrucząc pod nosem: „Cóż, do diaska, przecież Kaufmann śpiewa dopiero jutro!”. Jego słowa zagłuszone zostały jednak przez dobiegające od drzwi euforyczne okrzyki: „Roberto! Aleksandra!”. Pozostali muzycy orkiestry zapewne szybko zorientowali się w sytuacji i skorzystali z innego wyjścia. Tu bowiem trwał już rytuał rozdawania autografów i pozowania do zdjęć. 

Żydówka w Monachium wzbudziła ogromne zainteresowanie – i publiczności, i krytyki – nie tylko ze względu na wspólny występ Aleksandry Kurzak i Roberta Alagni, którzy debiutowali tu w rolach Racheli i Eleazara. To fascynujące dzieło Fromentala Halévy’ego niezbyt często pojawia się na afiszach operowych. W czasach, gdy Halévy tworzył swą grand opera, nie mogło być mowy o jednej wersji kanonicznej, kompozytor przykrawał utwór na potrzeby konkretnych inscenizacji, stąd też znaczna liczba jego wersji. Praktyka wykonawcza każe dziś realizatorom dokonywać autorskiego wyboru spośród różnych wariantów partytury. Opracowanie przygotowane na potrzeby opery w Monachium jest bardzo przekonujące, choć w jednym przynajmniej miejscu kontrowersyjne – usunięto bowiem uwerturę, w efekcie więc Żydówka zaczyna się od chóru śpiewającego z organami dostojne „Te Deum”. Realizatorzy tłumaczyli, że zabieg ten miał na celu skrócenie dzieła, uwertura zaś pod względem dramaturgicznym nie wnosi według nich niczego interesującego. Trudno się z tym założeniem bezkrytycznie zgodzić – bez uwertury nie da się usłyszeć, jak dalece na Żydówce wzorował się Richard Wagner, pisząc początkową scenę Śpiewaków norymberskich, w której dźwięki orkiestry płynnie przechodzą w chorał „Da zu Dir der Heiland Kam”.

 

Tragiczna historia żydowskiego złotnika Eleazara, który zostaje wraz z adoptowaną córką Rachelą skazany na śmierć przez ugotowanie w olbrzymim kotle, oczyszczona została przez reżysera Calixta Bieita ze wszelkich odniesień religijnych. Na scenie obejrzeć można było pełną przemocy, chwilami nader brutalną opowieść o skonfliktowanym społeczeństwie, którego luminarze nie potrafią zdobyć się choć na namiastkę dialogu. Skutek jest tragiczny dla wszystkich.

 

Od strony muzycznej przedstawienie było porywające: orkiestra grała z przekonaniem i powagą, które – choć nieco oddalone od francuskiego esprit – właściwe były dla tematu dzieła, w czym wielka zasługa dyrygenta Bertranda de Billy. Inscenizacja wymagała od śpiewaków wyjątkowo jak na teatr operowy zniuansowanej gry aktorskiej i oczywiście perfekcyjnego wykonania trudnych arii i ensembli. Gwiazdami wieczoru byli bezsprzecznie Roberto Alagna i Aleksandra Kurzak. Co jakiś czas towarzyszył im głos cichego bohatera spektaklu artykułujący wybrane słowa libretta jakby mimo śpiewaków. W teatrze niemieckim taki zabieg reżyserski zapewne nikogo nie zdoła wprawić w zdumienie, tym razem jednak – ku zaskoczeniu wielu słuchaczy – okazało się, że był to najprawdziwszy sufler, którego wdzięczni artyści pozdrowili ze sceny w czasie ukłonów, ten zaś ze swej budki zamachał widowni ręką. Wówczas brawa na chwilę zmieniły barwę, by po chwili znowu zogniskować się na solistach.