Autor: Jacek Dehnel

Maurycy Kokiet (1902-?)

Mały słownik kompozytorów zapomnianych i nieistniejących
Article_more
„Misieńku moja kochana – pisał w czerwcu 1926 roku pewien mazowiecki urzędnik w liście do swojej kochanki, żony rejenta w Płocku, relacjonując wizytę z żoną w Warszawie – przedwczoraj rewia Ja się boję utyć, wedle ogłoszeń miały być „huragany śmiechu”, ale nic, raczej minorowo. Za to wczoraj wieczorem odwiedziliśmy Splendid i tym razem przeżycia w rzeczy samej niepoślednie. Mniejsza o film, jakieś bzdury, Miłość księżnej Lulu i kankan tańczony przez balety rosyjskie, ale muzyka, muzyka! Taper niezwykły, wszyscy chodzą tu na tapera wyłącznie. Żeby było zabawniej, jest to jakiś biedny żydek, jego ojciec chałaciarz to szewc czy może rękawicznik, ledwie wiążący koniec z końcem, a ten, samouk, gra tak, że podobno słynni muzycy chodzą go słuchać”.

Autor listu nieco mijał się z prawdą. Kokiet faktycznie wywodził się z rodziny żydowskiej, ale wcale nie ortodoksyjnej, jego ojciec zaś nie był „szewcem czy rękawicznikiem” – bo wtedy kompozytor nie spędziłby dzieciństwa, jak mawiał o nim Antoni Słonimski, „najpierw pod fortepianem, potem przy fortepianie, wreszcie na fortepianie”. Jakub Kokiet był właścicielem dwóch dobrze prosperujących sklepów bławatnych, jednego przy ul. Leszno, drugiego przy Żabiej, a znaczne dochody pozwalały mu nie tylko na wychowanie gromadki pięciorga dzieci, ale i na zakup dużego, sześciopokojowego mieszkania (nad sklepem przy Lesznie). W tamtejszym salonie stał właśnie fortepian, na którym uczyły się grać dwie starsze siostry Maurycego. Żadna z nich nie została wszakże wybitną pianistką, tymczasem syn pierworodny – i jedyny rodzynek pomiędzy czterema dziewczętami – od najmłodszych lat zdradzał wielki muzyczny talent i nie sposób było go odpędzić od gry na instrumencie.

 

Niestety, rodzina przygotowała mu zupełnie inną przyszłość: miał odziedziczyć interes i rozwijać go pod szyldem „Kokiet i Syn”. Lata szkolne, okres pierwszej wojny światowej, były dla chłopca pasmem problemów z bliskimi i z surowymi wymaganiami profesorów, którzy nie doceniali jego muzycznej pasji. Kiedy przyszła niepodległość, był szesnastolatkiem – więc z entuzjazmem szesnastolatka rzucił się w wir nowego, otwarcie polskiego (w sensie państwowym, nie etnicznym) życia kulturalnego. Bywał w kawiarni „Pod Picadorem”, chadzał na pokazy, wernisaże i koncerty wszystkiego, co nowe, co pachniało awangardą. A to oczywiście nie mogło się spodobać w nieortodoksyjnym, ale jednak dość konserwatywnym domu Kokietów. Konflikt powoli eskalował i w wieku lat dwudziestu Maurycy został po prostu, jako syn marnotrawny, wyrzucony z mieszkania w Lesznie.       

 

Pierwszy nocleg znalazł błyskawicznie w teatrzyku „Złoty Melon”, gdzie zatrudnił się jako pianista to przygrywający do kotleta, to akompaniujący szansonistkom – i, jeśli wierzyć anegdocie, do której odnosił się Słonimski, przez pół roku czekał, aż goście o poranku opuszczą knajpę, kelnerzy ją wymiotą, a on będzie mógł odespać parę godzin, leżąc na fortepianie i nakrywając się obrusem.

 

Wielka popularność Kokieta rozkwitła jednak gdzie indziej – w nowo otwartym luksusowym kinie „Splendid” w galerii Luxenburga, urządzonym z przepychem w stylu egipskim. Zaczęło się od tego, że właściciel jednego z warszawskich kin, zapomnianej już dziś „Hestii”, usłyszał kiedyś, jak genialny samouk zabawia przyjaciół, grając od niechcenia na kiepskim knajpianym pianinie – i z miejsca zatrudnił go jako tapera. Jego grę bardzo szybko zaczęto doceniać bardziej niż wyświetlane filmy, czy może raczej… publiczność się podzieliła: ci, którzy przychodzili do kina, by wzruszyć się losami biednej kwiaciarki czy niewolnicy sułtana albo śmiać się z uroczych minek Szirlejki, mieli za złe bardziej wyrobionej publiczności, która szła „na Kokieta” i wymagała bezwzględnej ciszy na widowni. Narzekali też, że zamiast muzyki, do której przywykli, taper gra jakieś nowomodne głupoty.

Istotnie: jakkolwiek pozbawiony wykształcenia muzycznego, Maurycy korzystał w swojej pracy z osiągnięć całej ówczesnej muzyki, nie stroniąc od kompozytorów zdecydowanie nieprzystępnych dla statystycznego kinomana ówczesnej Warszawy. Umiał wplatać do granej melodii elementy zarówno ludowe, jak i impresjonistyczne, sięgając nawet do najnowszych utworów awangardowych, które wielbiciele sprowadzali z zagranicy i słali mu jako źródła inspiracji. „Najdroższa Nineczkopisał Witkacy do żony, bawiącej akurat u Kossaków w Krakowie – z tęsknoty za Tobą serce mi się kraje w cienkie plasterki podobne do kiszki mięszaninowej. Jedyna ulga w Kokiecie. Klawicymbalił przednio, troszkę przybartoczył, troszkę przeskriabinił miejscami, debisycyzował w normie, prawie nie dodekafonił”.

 

Walki pomiędzy „kokietystami” a „antykokietnikami”, jak ich nazwał w innym liście Witkacy, przybrałyby może na sile jak niegdysiejszy spór między piccinistami a gluckistami, gdyby nie właśnie propozycja właściciela „Splendidu”, który po prostu podkupił Kokieta z „Hestii”. Tam publiczność mniej wyrobiona raczej nie trafiała, uwielbienie zaś dla pianisty osiągnęło szczyty – seanse z jego taperowaniem były szczególnie oznaczone w kinowym programie jako Soirée Ciné-Musicale. Wprawdzie Jarosław Iwaszkiewicz jeszcze w latach sześćdziesiątych dementował plotki, jakoby trzy motywy muzyczne w II Koncercie skrzypcowym Szymanowskiego pochodziły z jednej z najbardziej udanych improwizacji Kokieta (do Uśmiechu losu z 1927 roku), ale przyznawał, że jego słynny powinowaty faktycznie chadzał na wieczorne seanse najsłynniejszego warszawskiego tapera.

 

W środowisku kompozytorów Maurycego traktowano rozmaicie – Feliks Nowowiejski uważał, że wsłuchiwanie się w kinowe brzdąkanie jest uwłaczające dla każdego szanującego się twórcy, natomiast Apolinary Szeluto dojeżdżał do Warszawy ze Słupcy z zapałem ponoć religijnym niemal, byle tylko usłyszeć nowe programy Kokieta. Jedni uważali go za zmanierowanego dyletanta, inni – za geniusza, jeszcze inni za zdolnego muzyka, który potrafi zagrać nawet dodekafonicznego oberka, jednak utknął w „Splendidzie” i nigdy się nie rozwinie. Nie przeczuwali, że wkrótce wszystko się zmieni.

 

Kres kina niemego przyniósł koniec wielu karier aktorskich, ale też, o czym rzadko kiedy się pamięta, usunął taperów. Maurycy Kokiet próbował zabłysnąć poza kinem („Nadzwyczajne wydarzenie muzyczne! Taper »Splendidu« po raz pierwszy w sali koncertowej!”), ale nie miał co marzyć o występie w filharmonii; próbował napisać muzykę do filmu, jego utwory były jednak zbyt wysmakowane i nie mogły trafić do szerszych kręgów publiczności. Załamany, popadł ponoć w depresję, by wreszcie powrócić na łono rodziny i zająć się sklepem na Lesznie.

 

Wojenne losy kompozytora nie są znane. Niekiedy przyjmowano, że stracił życie w Holokauście; istnieje jednak szereg relacji, mówiących, że spotykano go po wojnie – w Australii, do której trafił przez Szanghaj, albo w Argentynie. Wedle Iwaszkiewicza prowadził w Buenos Aires znakomicie prosperujący sklep bławatny; zapytany, czy jeszcze grywa i komponuje, miał ponoć machnąć ręką i powiedzieć z lekceważeniem: „Grzechy młodości!”.