Wydanie: MWM 11/2016

Po godzinach

Paweł Mykietyn
Article_more
Stare i wyświechtane (ale jakże prawdziwe!) powiedzenie mówi, że nie należy dzielić muzyki na klasyczną i rozrywkową, a jedynie na dobrą i złą. Prawdziwości tych słów dowodzimy sami – mało kto przecież ogranicza się do słuchania tylko jednego rodzaju muzyki, również artyści ze świata „akademickiego”. Jaką muzyką rozrywkową inspirują się w swojej pracy? Czego słuchają po godzinach? Pytamy ich o to co miesiąc. Mamy nadzieję stworzyć przewodnik po wartościowej muzyce rockowej, popowej, jazzowej, folkowej...

Dorastałem, słuchając muzyki poważnej na zmianę z piosenkami Czesława Niemena i Ewy Demarczyk. Tych dwoje ponadczasowych artystów do dziś bardzo cenię – Niemena za jego albumy z początku lat siedemdziesiątych, Demarczyk choćby za Karuzelę z madonnami czy Wiersze wojenne. Moją kolejną wielką miłością stali się The Beatles. W niewyjaśniony sposób wpadł mi w ręce ich podwójny singiel wydany przez Tonpress – to dopiero był niesamowity muzyczny „haj”! No i tak się skończyło, że Beatlesi są ze mną do dzisiaj. Zawsze ceniłem ich za świetne melodie, niesztampową harmonię, zaskakujące aranżacje i skłonność do poszukiwań. Gdyby ktoś zadał mi pytanie, co wolę: całą muzykę rockową bez Beatlesów, czy tylko Beatlesów, bez wahania odpowiedziałbym, że to drugie. Mam wrażenie, że po nich nic ciekawszego w muzyce rockowej się nie pojawiło.

 

Paweł Mykietyn – kompozytor, klarnecista, laureat licznych konkursów kompozytorskich, w tym Międzynarodowej Trybuny Kompozytorów UNESCO (1995). Autor muzyki filmowej i teatralnej; pisał muzykę do filmów Małgorzaty Szumowskiej, Jerzego Skolimowskiego i Andrzeja Wajdy, a także do ponad 60 dzieł dramatycznych. W tym roku uhonorowany nagrodą Związku Kompozytorów Polskich „za ważny, indywidualny ślad w panoramie współczesnej muzyki polskiej, ze szczególnym uwzględnieniem dzieła operowego Czarodziejska góra”.

Nie było też tak, że poza Beatlesami nic mnie już nie interesowało. Lata osiemdziesiąte to był wielki boom polskiego rocka – utożsamiałem się z tą muzyką, sam wtedy grałem na basie w kapeli punkowej. Fascynowały mnie takie formacje jak Dezerter, Armia, Manaam i Republika – ostatnie dwie uważam za najważniejsze w tamtym czasie. Gdy po raz pierwszy usłyszałem Kombinat Republiki, byłem pod ogromnym wrażeniem. A Manaam? Gdyby śpiewali po angielsku, z pewnością zrobiliby światową karierę. Ich koncert w Świnoujściu był pierwszym, na jaki w życiu się wybrałem, jeszcze jako nastolatek. Pamiętam, że chciałem wziąć autograf od Ryszarda Olesińskiego, bo akurat stał pod amfiteatrem, ale… długopis przestał pisać. Dalej przechowuję, jak relikwię, wgniecenie w papierze, bo choć całego autografu nie miałem, to coś na tej kartce zostało. Doskonale wspominam też festiwal w Jarocinie – to miejsce kipiało wolnością. Jechało się tam bez namiotu, śpiwora, właściwie bez pieniędzy, a jednak świetnie się bawiło.

 

Aktualnie częściej komponuję, niż słucham. Może trochę dlatego, że w ostatnim czasie powstaje mnóstwo muzyki różnej jakości, po prostu nie da się wszystkiego poznać. Czasem przeglądam internet, słucham radia, coś wpadnie w ucho. Tak jak No Suprises Radiohead, moim zdaniem najlepsza piosenka ostatnich dwudziestu lat. Lubię wczesne utwory Björk, ostatnio wróciłem też do Kory, którą uwielbiam. Jednak entuzjazm trochę ostygł – gdy byłem nastolatkiem, ciągle szukałem, co chwilę olśniewał mnie jakiś utwór. Dziś mam do muzyki, której słucham, głównie stosunek sentymentalny.