Wydanie: MWM 11/2016

Muzyka życia

Wayne Shorter - wywiad
Article_more
Wayne Shorter jest typem rozmówcy, którego trudno kontrolować. Albo inaczej – nie sposób go kontrolować. Wie, o czym chce nam powiedzieć, i to właśnie mówi. Podobnie jak w swojej muzyce odrzucił wszystko, co zbędne, aby dotrzeć do samej esencji, tak w rozmowie dotyka tylko tego, co naprawdę istotne. Ale kiedy nawet na początku wypowiedzi wydaje nam się, że Wayne zaczyna lewitować w świecie swojej nieskrępowanej wyobraźni, zaskakująco celna puenta przekonuje nas, że jego myśl wędruje krętymi, ale zawsze prowadzącymi do celu ścieżkami.

Tomasz Gregorczyk: Kiedy rozmawialiśmy trzy lata temu, nie mówiliśmy za wiele o muzyce. Raczej o życiu, roli porażki, duchowości i buddyzmie. Mówiłeś, że muzyka jest tylko efektem ubocznym…
Wayne Shorter: …tak daleko udało nam się wtedy zbliżyć do samego życia. Bo posługując się potocznym językiem, tak naprawę oddalamy się od tajemnicy życia. Pewnie dlatego do jej wyrażania stworzyliśmy muzykę, poezję i tak dalej. Przyszłością ludzkości staną się działania będące osobliwością, precedensem, czymś, czego nikt nigdy wcześniej nie zrobił, o czym nikt nigdy nawet nie pomyślał. Rzeczy, które dotąd ignorowano, bo nie były popularne i trudno było je sprzedać. Ponieważ sprzedaje się to, co trzyma nas w miejscu, a sprzyja jedynie grupce bardzo, bardzo bogatych.

 

Masz na myśli również muzykę?
Jasne, że tak. Mądra muzyka może nas wiele nauczyć, tyle że jest gnębiona, zniechęca się do jej słuchania, ogranicza jej wydźwięk. Muzykę, podobnie jak poezję, chowa się do szafy, nie wspiera się jej. Na szczęście niektóre kultury na tej planecie są bardziej skłonne do odkrywania cudów życia.

 

Jakie kultury?
Właściwie to bardziej mam na myśli jednostki. Tak, odpowiedzialność spada tu na jednostki, które muszą same wykonywać tę pracę i znaleźć się nawzajem. Muszą wyjść z ukrycia i dać się poznać. Wielu się ukrywa, bo nie chce, żeby ich wiedza unurzała się w błocie.

 

No dobrze, ale kto taki zniechęca nas do słuchania wartościowej muzyki?
Ci, którzy zbijają na niej pieniądze! Jak podstawisz ludziom pod nos pieniądze, pójdą za nimi wszędzie. Droga pieniądza i władzy to autostrada, którą podróżuje absolutna większość. Ta droga pełna jest natychmiastowych gratyfikacji. Ludzie wierzą, że mogą posiadać tyle, co osoby jadące z przodu. Patrzą na tył głowy człowieka przed sobą i myślą, że dostaną się kiedyś na początek kolejki. Akurat. Ale istnieje też inna droga, znacznie rzadziej uczęszczana. Moim zdaniem może nas ona zaprowadzić do bardzo zaskakujących miejsc. Wejście na ten mniej wydeptany szlak wymaga większej odwagi i pewnego rodzaju… wiary. Wiary, która dla mnie wyraża się w słowach: „Nie bać się niczego”.

Niewielu ma odwagę podążać tą ścieżką: może niektórzy naukowcy. Zdarza się nam spotykać ludzi, którzy są w życiu nieustraszeni. Muzyka życia – bo każda rozmowa ma w sobie muzykę – której oni słuchają, do większości ludzi nie dociera. Mało tego – większość ludzi uczona jest niesłyszenia muzyki życia, muzyki dialogu, muzyki nauki. Niedawno mieliśmy spotkanie na Uniwersytecie Stanforda: mój zespół wraz z naszymi rodzinami oraz zespół Herbiego Hancocka i ich rodziny. Astrofizycy ze Stanforda chcieli z nami porozmawiać na jeden, jedyny temat: improwizacja w nauce. Wiesz, czego tam uczą młodych naukowców? Że między sztuką i nauką nie ma żadnej różnicy! Naukowcy chcą używać w swojej pracy narzędzi, którymi artyści posługują się w sztuce. Coś na kształt improwizacji ma przekraczać możliwości tradycyjnych eksperymentów, jakie przeprowadza się dla udowodnienia jakichś hipotez. Eksperymenty to powtarzalność, to repetycja. Naukowcy chcą wyjść poza powtarzalność praw przyrody przez wyimprowizowanie tego, czego nauka nie jest w stanie dowieść w sposób metodyczny. Chcą wyimprowizować odkrycia. A ta skłonność do transcendowania zawsze była obecna w muzyce. Coltrane napisał chyba nawet utwór pod takim tytułem – Transcendence. Zresztą Coltrane sam był właściwie naukowcem.

Problem w tym, że zwykle jest to muzyka, której większość ludzi nie kupuje, nie słucha, nie czuje i boi się jej. Wynika to oczywiście z ich własnych ograniczeń, ale przyczyna tych ograniczeń tkwi w warunkowaniu, jakiemu się nas poddaje. Niemniej każda istota ludzka ma własną historię, ma swój uśpiony potencjał i jest w stanie przebić się przez każdy rodzaj uwarunkowania. A jeśli nie zrobi tego teraz, zrobi to w nieskończonej przeszłości. Bo umieranie to dla mnie stan tymczasowy. Powinniśmy się skupiać na tym, co stałe, nie na tym, co tymczasowe. Większość ludzi myli tymczasowe z wiecznym i zajmuje się nie tym, co trzeba. Kiedy ktoś umiera, mówi się, że ta osoba „odeszła”. Nie. Nic dobrego z tego nie wynika. Tym powinna zajmować się muzyka! Ale przecież nikt nie będzie czegoś takiego reklamował. „To zbyt skomplikowane – powiedzą – i zbyt dziwne”. Ale ja lubię słowa Alberta Einsteina: „Potrzebujemy dziś więcej złożoności. I potrzebujemy też więcej prostoty”. Oczywiście, że potrzebujemy też prostoty – ale nie prostactwa.

 

Mówiłeś o śmierci, jakbyś się jej nie bał. Ale ten strach jest ludzki, to naturalne.
Wmówiono nam, że strach jest ludzki. Ja wierzę w to, że żadne byty nie mają końca. Dla mnie nieskończoność wydaje się przygodą. Całe wyzwanie bycia człowiekiem polega na ciągłym odkrywaniu, jak bardziej być człowiekiem. A to kwestia bardzo indywidualna, co oznacza, że w tym zadaniu nie ma żadnych granic.

Wiesz, niedługo wydana zostanie moja nowa płyta z orkiestrą kameralną. Ukaże się wraz z graficzną powieścią science-fiction. To pomysł Dona Wasa, szefa wytwórni Blue Note. Autorem powieści jest amerykański artysta mieszkający w Szwajcarii. Wszystko ukaże się jako zestaw już niedługo. Muzyka będzie dość otwarta. Nie będzie przywiązana do słów, takich jak na przykład „jazz”. Czytałem w książce jakiejś antropolożki, że nazywanie rzeczy jest bardzo ludzkie. Nawet w Biblii to nie Bóg nadaje nazwy, ale Adam. Adam – czyli po prostu ludzie. (śmiech) Lubimy nazywać. Ale czasami nazwa zaczyna górować nad znaczeniem. Albo inaczej – nazwa odrywa się od znaczenia. Roboczy tytuł tej powieści, o której wspomniałem, to Emanon – czytany wspak to „no name”. Nie mylić z kompozycją Dizzy’ego Gillespiego o tym samym tytule, napisaną w 1948 czy 1949 roku! Emanon ma nam tylko przypominać, że musimy przezwyciężyć to, co próbuje zrobić każda etykietka. Etykietki, kategorie próbują zakuć nas w kajdanki, uwięzić nas, trzymać nas tam, gdzie mamy być, gdzie nasze miejsce. Utrzymywać w stagnacji. Emanon ma zrywać te łańcuchy.

W życiu podejmujemy pewne działania, które wynikają z naszych przekonań, jak to życie powinno wyglądać. Niestety nierzadko są one oparte na iluzjach, mitach i ograniczonej zdolności pojmowania. „Co to takiego? A to co?” – pytamy – „Czym jest życie?”. Kiedy ludzie zadają pytanie: „Co jest sensem życia?”, śmieję się i odpowiadam: „Co jeeest sensem życia!”. Oto, czym jest życie – życie to właśnie „co”. A „co” to otwarta, wieczna droga odkrywania swojego człowieczeństwa. Wielu ludzi mówi: „och, wiemy już tak wiele!”. Jesteśmy bardzo aroganccy i wydaje nam się, że człowieczeństwo dane nam jest z urodzenia. Może, ale niewystarczająco. Musimy być nie „czymś więcej niż ludźmi”, a „bardziej ludźmi”. Czyli nie powinniśmy starać się zostać bogami. Wiesz, o czym mówię? Wszyscy chcą być jak bogowie! Albo – jak to, czym w ich mniemaniu są bogowie! (śmiech) Tego ich nauczono.

Z muzyką jest jak z książkami. Jest wiele powieści, których nikt nie czyta. Nie mają wystarczająco dużo blasku i uroku, żeby przyciągnąć nabywców. Ale są dostępne w bibliotekach i pewnego dnia ktoś po nie sięgnie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wybierze bardziej wyboistą drogę.

 

Czyli że improwizacja jest metodą działania, która może pomóc nam rozwiązać problemy w innych, pozamuzycznych sferach: w nauce czy po prostu w życiu? Powinniśmy nauczyć się bardziej improwizować w życiu? Czy raczej – bardziej świadomie być tu i teraz?
Wyzwanie polega na mówieniu, byciu, myśleniu w każdym momencie. Ale to jednocześnie szansa na pozbycie się tych wszystkich kłamstw, jakie wymyślamy. Szansa na to, żeby powiedzieć coś nowego, na uruchomienie naszego nieskończonego potencjału. To tajemnica nas samych, tajemnica bycia człowiekiem: mówienie i myślenie czegoś, czego nikt inny nie może wymyślić. Każda jednostka znajduje w improwizacji swoją własną specyfikę. Jasne, wyobrażam sobie, że zaraz ktoś powie ci: „Nie, to nie zadziała. Za wiele punktów widzenia! Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść”. A ja mówię: „Coś, co nazywamy punktem widzenia, też przejdzie ewolucję”. Zagrożeniem dla większość ludzi jest niewolnictwo wobec własnego ego. Lepiej byłoby, gdyby to ego służyło nam.

Myślę, że będziemy potrzebowali Tajemnicy, żeby pójść dalej jako ludzkość. Wielu ludzi myśli, że tajemnica została rozwiązana. Ale prawda jest taka, że tę tajemnicę im zabrano, zawłaszczono. To nawet wygodne, bo zwalnia nas z obowiązku robienia czegokolwiek: „Co mogę zrobić? To przecież nie ode mnie zależy”. Albo weźmy kwestię winy. Muzycy winią wytwórnie płytowe za to, że nie promują ich dorobku. Można by rzec, że firmy walczą z artystami, że opierają się światowi sztuki. I artyści muszą przekonać się, jaką siłę ma opór. Bo opór jest potrzebny – samolot bez niego nie wystartuje. To ma swoje funkcje, przede wszystkim dzięki niemu osoba uciskana może się rozwijać. Korporacyjny umysł – myślę tu nie tylko o firmach fonograficznych, ale też o kompaniach naftowych i całej reszcie – jest przekonany, że najważniejszym zadaniem jest gromadzenie pieniędzy i władzy. Ale główną funkcją osób z tego kręgu jest nawożenie. Nie muszą nawet być tego świadomi. W pewnym momencie może nawet ich oświeci i poznają swoją prawdziwą rolę. I napotkają na opór, ale skierowany przeciwko sobie. 

Rozumiem – potępiasz materializm, konsumpcjonizm, wszechwładzę korporacji. Ale czy w tym świecie muzyk nie musi być choć trochę biznesmenem? Umieć dbać o własne interesy, żeby po prostu przetrwać?
Jeśli uruchomisz filozoficzny potencjał tkwiący w każdym z nas, to dzięki przebudzeniu zdobędziesz nie tylko wiedzę, ale i mądrość. A ona sięga daleko ponad to, czego nas uczą, i sprawi, że osiągniesz więcej niż przeżycie. I umożliwi przetrwanie reszcie świata! Jeden z wielkich fizyków odwiedził mnie kiedyś w domu. Nazywa się Neil deGrasse Tyson, prowadzi co niedzielę program „Cosmos”, był też dyrektorem planetarium Hayden w Nowym Jorku. A zatem – odwiedził mnie w domu, żeby przeprowadzić wywiad ze mną i z Herbiem Hancockiem. Mówił o znajdujących się wewnątrz gwiazdy neutronach, które usiłują się wydostać, ale pewne siły cofają je do jądra. Jednak raz na miliony lat neutronowi udaje się wyrwać! O tym właśnie mówię.

 

Pomówmy o związku kompozycji i improwizacji. Są przekazy mówiące o tym, że Morton Feldman komponował tak, jakby improwizował. Grał jakiś akord, zapisywał, czekał, znów grał… Prawie nigdy niczego nie poprawiał. Czy możesz powiedzieć, że dla ciebie proces komponowania jest czymś na kształt improwizacji, tylko że na papierze?
Tak, jest to coś na kształt improwizacji na papierze. Ale rozprawianie na temat tego, jak robi się pewne rzeczy – komponuje, improwizuje, gra i tak dalej – niczego tak naprawdę nam nie wyjaśnia. Kiedy widzimy coś, co nazywamy wielkością: w matematyce, poezji, muzyce i tak dalej, pytamy: „Jak to powstało? Jak to zrobiłeś?”. Cóż, miałem w klasie kolegę, który później był budowniczym jednego z pierwszych cyklotronów, dawno temu. Powiedział mi: „Wiesz co? Właściwie to my nie wiemy, czym jest elektryczność, czym jest grawitacja i tak dalej”. Wiemy, że naciskając włącznik, zapalimy w domu światło, naciskając ponownie – zgasimy. W muzyce też nie wiemy, czym w zasadzie jest pisanie, komponowanie lub improwizowanie. Nie wiemy, jak to działa. Można dowiedzieć się czegoś więcej na temat uwarunkowań, jakim poddawany jest muzyk, kompozytor, każdy człowiek. Wiedza może ci powiedzieć jedynie, że niczego nie wiesz.

 

Pozwól, że zapytam cię o utwór, który wykonasz na Jazztopadzie w Polsce…
Polska to ciekawy kraj, warto go obserwować. Jest w nim jakaś czystość – może dlatego tak wielu w historii chciało nad wami zapanować. Mój najdawniejszy przyjaciel, pierwszy jakiego pamiętam, był Polakiem. Kolega z sąsiedztwa, poznałem go, mając osiem lat. Miał na imię John. Bawiliśmy się na podwórku patykami, w brudzie i kurzu. A pracuję teraz nad kompozycją The Unfolding.

 

Przeznaczoną dla większej grupy wykonawców.
Tak. Na mój kwartet i dziewięć innych instrumentów. Pierwszy raz zagramy ten utwór w Monterey, potem w Kennedy Center w Waszyngtonie – a później już w Europie. Zobaczymy, jak będzie.

Możemy jeszcze rozmawiać, bo czuję, że zacząłem docierać do pewnych rzeczy. Widzisz: ludzkie życie musi być wolne od strachu, od tej ciągłej walki o przetrwanie. „Mam rodzinę! Muszę zarabiać!”. Można to aktywować w każdym momencie. Ale też dezaktywować – tak jest u większości ludzi. Dezaktywują te momenty pełnego, prawdziwego życia. Dlatego jedna z moich płyt nosi tytuł High Life. Potrzebujemy kontemplacji, żeby dowiedzieć się, jak w teraźniejszości można zmienić przeszłość i przyszłość. Bo jedynym miejscem, w którym możemy zmienić przeszłość i wpłynąć na przyszłość, jest każdy jednorazowo dany nam w teraźniejszości moment. Życie większości ludzi zdominowane jest przez wspomnienia i rzeczy, które już się zdarzyły, oraz pragnienia na przyszłość. Ale nie da się nadać przyszłości kierunku, tkwiąc aktualnie w stagnacji. Trzeba rozkwitać w każdym momencie. A to wymaga szczerego spojrzenia w lustro. W buddyzmie mówimy: nasze otoczenie pokazuje, gdzie sami znajdujemy się w danym momencie. Świat wokół nas świadczy o nas samych. Nasz dom, życie, ludzie dookoła – wszystko pokazuje nam, do jakiego punktu dotarliśmy. Jeśli chcesz zmienić coś, co zdarzyło się w przeszłości, coś, z czego nie jesteś dumny, możesz tego dokonać tylko dzisiaj. I tylko tak zdobędziesz kontrolę nad własną przyszłością.

 

Żyjemy w niespokojnym świecie. Martwi cię sytuacja polityczna i społeczna, szczególnie w USA?
Owszem, ale musi tak być! To jedyna droga. Bomba musi wybuchnąć nam przed nosem. Większość ludzi będzie zmuszona do przemyślenia tego, jak dziś żyje. Od biznesu począwszy! Biznes nie będzie mógł polegać na sprawdzonych formułach i strategiach zarabiania pieniędzy. Politycy – lubią dziś mówić gładkimi uogólnieniami i migotliwymi wyrażeniami. Tak jest tu i teraz, w Stanach Niezjednoczonych. Ale się skończy. Naukowcy nie będą mogli polegać na matematyce, aby przewidywać naturę i życie. Ludzie nie będą mogli polegać na starych książkach i na tym, czego ich uczono. Będziemy zmuszeni do negocjowania niespodziewanego i niewiadomego – ale bez żadnych prób! Nie można przećwiczyć nieznanego!

 

Nie można.
Większość ludzi wszystko musi wcześniej przećwiczyć, przepróbować. „Ależ to działało w 1999!”. Wstrząs jest jedynym wyjściem. Niewiadome czeka na negocjacje. Ale negocjacje na nowych warunkach. Pozwolimy improwizacji mówić prosto od serca, otworzymy się na naszą wewnętrzną niewinność. Zresztą – cóż mamy do stracenia... O nie, prawie zacytowałem Trumpa. (śmiech) Pewnie słyszałeś: „Co do cholery macie do stracenia?” [tymi słowami Donald Trump zachęcał Afroamerykanów do poparcia jego kandydatury – przyp. T.G.]. Nie chodzi o to, żeby być idealnym. Niedoskonałość może wyjść poza doskonałość. A brak tego, co nazywamy władzą, może przekroczyć jej posiadanie. Każdy musi zrobić wywiad z samym sobą! (śmiech) Każdy.