Wydanie: MWM 11/2016

Ogień, gniew i krzyk

Article_more
Jazz jest muzyką imigrantów, czyż nie? Powstał przecież jako produkt uboczny jednej z największych, a zarazem jednej z najbardziej okrutnych i naznaczonych cierpieniem migracji w historii. Ale to zdanie ma też bardziej przewrotny sens. Gdyby bowiem za pomocą magicznej różdżki Nowy Jork – z wieloma zastrzeżeniami, ale wciąż jednak stolicę jazzowego świata – wyczyścić z wszystkich artystów napływowych, scena jazzowa w tym mieście stałaby się pustynią.

Sam jazz wrócił do Afryki – ale na tyle późno, że był już skazany na pozycję drugorzędną. Jeśli istnieje kraj w Afryce, w którym nie ustępował on popularnością i statusem soulowi czy afrobeatowi, to jest nim Republika Południowej Afryki. Rozdarte apartheidem, rządzone przez Burów państwo wydało więcej wybitnych muzyków jazzowych niż pozostała część kontynentu razem wzięta. I jeśli synteza muzyki amerykańskiej i afrykańskiej najpełniej dokonała się w twórczości Abdullaha Ibrahima, jeśli najdalej w eksperymentach posunęli się członkowie The Blue Notes, jeśli Miriam Makeba była najjaśniejszą gwiazdą południowoafrykańskiego jazzu, to jego ogniem, gniewem i krzykiem był Hugh Masekela.

 

Oczywiście – wszyscy ci artyści i tak prędzej czy później wyemigrowali z RPA, niektórzy już nigdy nie wrócili. Występy czarnych muzyków w prestiżowych salach były niemal niemożliwe, grając w zespołach mieszanych czarni muzycy przysłonięci byli kurtyną, a swoboda artystyczna – zwłaszcza w warstwie tekstowej – była bardzo ograniczona. Jednak jeszcze w latach pięćdziesiątych młody Masekela nie mógł narzekać: już jako wyróżniające się talentem dziecko dostał w prezencie trąbkę od samego Louisa Armstronga – historia ckliwa, lecz prawdziwa – a w 1959 roku, jako dwudziestolatek, wziął udział w nagraniu pierwszej afrykańskiej płyty jazzowej, Jazz Epistles (między innymi z Abdullahem Ibrahimem). I choć w wielu biogramach artysty można przeczytać, że impulsem do wyjazdu z kraju była masakra w Sharpeville w roku 1960, nie jest to prawda. Trębacz na paszport oczekiwał od 1957 roku, a głównym motywem emigracji była troska o karierę i rozwój artystyczny.

 

W Ameryce dołączył do wielkiego grona jazzowych uchodźców i do sporej grupy muzyków, których ścieżki wyprostował Miles Davis. „Nie graj jak ja, bo brzmisz głupio – powiedział młodemu, wzorującemu się na nim trębaczowi z Afryki. – Nikogo takiego tu nie potrzebujemy, szukaj lepiej czegoś ciekawego w tej swojej Afryce”. Im mocniejszą pozycję zdobywał Masekela w USA (a kontrakt z wytwórnią Mercury podpisał szybko, już w 1962 roku), tym większą legendą stawał się w ojczyźnie. Jednocześnie im dłużej przebywał poza Afryką, tym bardziej rosły jego frustracja, gniew, wewnętrzne rozbicie. Matkę zobaczył dopiero w 1978 roku w Los Angeles; miesiąc później zginęła – według oficjalnej wersji – w wypadku samochodowym. Z ojcem spotkał się w Lesotho w 1980 roku. Gdy jego gwiazda rozbłysła na dobre, reżim próbował ściągnąć utytułowanego muzyka z powrotem do kraju, oferując mu status „honorowego białego”. „Potraktowałem to jako żart” – kwituje Masekela.

 

Coraz częściej wracał do Afryki – co nie pozostaje bez związku z tym, że w jego muzyce z czasem znacznie mniej było jazzu, a więcej funku i afrobeatu. W 1974 roku organizował wielki panafrykański festiwal Zaire’74 towarzyszący walce stulecia Muhammada Alego i George’a Foremana. W latach osiemdziesiątych przeprowadził się do Botswany, gdzie urządził przenośne studio nagraniowe w ciężarówce, jednak szybko rajdy południowoafrykańskich oddziałów atakujących aktywistów z RPA sprawiły, że znów wyjechał – tym razem do Wielkiej Brytanii. Tam zaś poznał Paula Simona.

Złamanie przez Simona bojkotu kulturalnego RPA spotkało się z ostrą krytyką, ale sam Masekela nie ma wątpliwości, czym było dla walki z apartheidem nagranie Graceland i wspólne koncerty w Afryce. „Płyta sprzedała się w dwudziestu milionach egzemplarzy i dotarła do słuchaczy, którzy nigdy wcześniej nie słyszeli o RPA – wspomina trębacz. – A jedną z pierwszych osób, które zaprosił Mandela, gdy wyszedł z więzienia, był Paul Simon”.

 

Zwykle jesteśmy skłonni przydawać aktywności, którą się zajmujemy, większą wartość, niż inni – to zrozumiały psychologiczny mechanizm. Nie chcemy przyznać, że być może nasze życie poświęcamy czemuś, co jest tylko dodatkiem do rzeczywistości – bez którego obyłaby się ona bez większego kłopotu. Czy uczestnik jednego z najbardziej spektakularnych pod względem wymowy politycznej przedsięwzięć muzycznych XX wieku wierzy zatem w siłę sztuki i jej moc zmieniania świata? „To zwykłe pieprzenie – odpowiada trębacz. – Gdyby muzyka miała taką moc, tacy ludzie jak Bach i Beethoven zmieniliby ludzką wrażliwość już lata temu. A Bob Dylan, Harry Belafonte i Bob Marley zmieniliby oblicze współczesnego świata. Musimy zdobyć się na szczerość i powiedzieć jasno, że światem rządzi biznes. Światem rządzą pieniądze, krajami rządzą pieniądze. Reszta nie ma znaczenia”.

 

Masekela wrócił w końcu do RPA, ale zderzenie z marzeniem, które okazało się ułomne i niespełnione, zrodziło gorzkie rozczarowanie. „Nigdy w historii świata nikt nie powiedział: przepraszamy, że rozdarliśmy wasz kraj na kawałki, zgwałciliśmy wasze kobiety, zagrabiliśmy ziemię i wycisnęliśmy wszystkie pieniądze – macie tu pięć bilionów euro, żeby było jasne, jak bardzo tego żałujemy – tłumaczy Masekela. – Nigdy się tak nie zdarzyło i nie zdarzy się to również w przypadku RPA. Poza demokracją i podróżami wciąż jesteśmy w tym samym miejscu, co za apartheidu”.

 

Może i jest odartym z iluzji starszym człowiekiem, ale jest też artystą z krwi i kości. I kiedy stanie na estradzie NFM we Wrocławiu, znów gromkim głosem zaśpiewa Nelsona Mandelę i uniesie w górę zaciśniętą pięść.