Wydanie: MWM 10/2012

Zła muzyka „rusza bebechy”

Rozmowa z Michałem Witkowskim, autorem niby-kryminału "Drwal" nominowanego do nagrody Nike 2012.
Article_more
Muzyka klasyczna często jest zbyt intelektualna, aby wywołać prymitywne wzruszenia, natomiast prawie zawsze potrafią to osiągnąć melodyjne kicze. Dlatego czasami przejmują rolę muzyki poważnej, która poszła za bardzo w matematykę.
 

Adam Domagała: „W autobusie PKS leciało One Way Ticket, jakbym już miał z tej podróży nie wrócić”. To pierwsze zdanie powieści Drwal. Pominę kontekst powieści: jest pan fatalistą?

Michał Witkowski: W życiu raczej nie, choć wolałbym, aby w samolocie nie leciało Bye bye, Life. W książce piosenka służyła kompozycji, więc dla niej zrobiłem z siebie fatalistę.

 

Recenzenci pisali, że bohater Drwala to ironiczny autoportret pisarza Michała Witkowskiego. Próbuje zagłuszyć muzykę z autobusu czymś bardziej osobistym. „Z rozładowanej do ostateczności empetrójki leciała coraz cichsza muzyka Preisnera z filmu Biały”. Dla mnie brzmi to jak metaforyczne wyznanie, że przed morderczą popkulturą nie ma w zasadzie ucieczki. Można próbować, ale, by tak rzec, empetrójka w końcu się wyładuje.

No bez przesady... Nawet nie uciekam. Biały pasował po prostu do nastroju.

 

Popkultura kontra kultura wyższa – niby wiadomo, że takie rozróżnienie ma sens. Papa Dance łatwo odróżnić od Bacha. Rozróżnia pan te dwa światy, choćby po to, żeby się nimi sprawnie posługiwać?

Tak, ale jak wiadomo, muzyka klasyczna często jest zbyt intelektualna, aby wywołać prymitywne wzruszenia, natomiast prawie zawsze potrafią to osiągnąć melodyjne kicze. Dlatego czasami przejmują rolę muzyki poważnej, która poszła za bardzo w matematykę.

 

Facet, u którego mieszka główny bohater Drwala ma kolekcję przedwojennych płyt. Żeby o tych płytach napisać, musiał je pan poznać. Da się tego dziś słuchać?

To akurat jest jeden z niewielu punktów wspólnych, jakie mam z Robertem [bohaterem powieści Drwal]. Ja słuchałem i okazało się, że on też słuchał. Więź wystarczająco silna, abym mógł do niego przyjeżdżać. Widocznie było nas na świecie dwóch. Nie zawsze da się tego słuchać. To jest zbyt ckliwe, zbyt melodramatyczne, zbyt napchane tanią, restauracyjno-dancingową metafizyką. Trzeba tego słuchać w nocy, trzeba być po kielichu i trzeba palić.

 

Po medialnych sukcesach uciekł pan z Warszawy, żeby mieć święty spokój. Potoczne wyobrażenie różnicy między życiem w stolicy a na przykład we Wrocławiu jest takie, że tam trzeba ostro pracować i „lansować się”, gdzie się da, a tutaj można robić swoje i co najwyżej czekać na prestiżowe nagrody. Tyle że w każdym potocznym wyobrażeniu jest fundamentalny fałsz.

Nie ma w tym żadnego fałszu, poza tym, że ja nie czekam na nagrody, tylko na czytelników. Czytelnik jest moją nagrodą, moimi pieniędzmi i moją Warszawą. Reszta się zgadza. Spokój jak na wsi.

 

Bohater Drwala jedzie w odludne miejsce o nieatrakcyjnej porze roku, żeby nie przybierać żadnej pozy i nikogo przed nikim nie udawać. Udało się panu uciec przed „celebryctwem”, w które nie tak dawno pchał się pan z uśmiechem na twarzy?

Z „celebryctwem” jest łatwo, wystarczy przestać „wchodzić” na imprezy i od razu o tobie zapominają, jest zbyt dużo chętnych. Łatwo się otrzepać, tylko większość celebrytów za żadne skarby nie chce tego robić. To raczej show-biznes ich odrzuca, a oni się dalej kleją.

 

Czy we Wrocławiu bywa pan na koncertach, premierach w teatrze? Zapraszają słynnego pisarza na bankiety?

Nikt mnie nigdzie nie zaprasza, poza PPA, i dobrze. Jeśli chcę czegoś posłuchać, to potrafię kupić sobie bilet i iść. Ale też nie latam jak opętany, bo nigdy nie byłem kimś, kto wciąż biega na premiery, musi zawsze wszędzie być. Wolę włóczyć się po mieście w czasie wielogodzinnych spacerów.

 

Snobizm to w sumie kapitalna sprawa. Jest pan snobem?

No, czasami. Fajne, ale daje po kieszeni.

 

Na kogo snobuje się Michał Witkowski?

Nie snobuję się na kogoś, bo dla snoba on sam jest już i tak najważniejszy. Natomiast mam słabość do drogich rzeczy. Nigdy nie zamieszkałbym w tanim hotelu czy kupił byle jakiego zegarka.

 

Czy potrafi pan określić granicę między złym i dobrym smakiem?

Może i potrafię, ale wedle pewnych kryteriów. Dajcie mi kryteria, to wam ją wyznaczę. Mam swoje i według moich idealnie widzę tę różnicę, na przykład w strojach.

 

Można ocenić człowieka po tym, czego słucha? Jaką ma kolekcję płyt albo książek?

Lepiej nie. Moja zbyt przypomina mieszankę ze wszystkich okresów życia, do których teraz niekoniecznie chciałbym się przyznać.

 

Mam wrażenie, że kwestia złego smaku, bezguścia, taniochy bardziej pociąga pana literacko niż cokolwiek innego. Kulturalny mainstream jest nudny?

Dla kampu – tak. Kamp stoi dysonansem i groteską.

 

Pamięta pan pierwszą piosenkę, którą usłyszał, zrozumiał i zapamiętał?

Nie. Ale muzycznie zacząłem się rozbudzać pod koniec szkoły podstawowej.

 

Jak wyglądała pana muzyczna edukacja? To było wszystkożerne rzucanie się na wszystko, co „brzmi”?

Tak! Z jednej strony snobizmy środowiska, w którym przebywałem, bardzo wysmakowane, ale jak na mnie zbyt intelektualne, jak Miles Davis. Z drugiej – potrzeba muzyki aintelektualnej, ale mocniej ruszającej bebechy, zwykle muzyki złej, ale zasłyszanej gdzieś na mrozie, w konkretnej sytuacji biograficznej.

 

Jaka jest pana muzyczna magdalenka? Jakie przywołuje skojarzenia?

Już żadnych. Ale w liceum każdy „okres” w moim życiu miał swoje piosenki.

 

Jakie płyty ma pan w swoich zbiorach? A może, zgodnie z duchem czasu, nie kolekcjonuje pan już płyt, ale pliki dźwiękowe?

Mam bałagan i w płytach, i w plikach. Czasem zastanawiam się, czy jedna i ta sama osoba może lubić to wszystko, przecież estetycznie to się wyklucza. Nick Cave i Anna Jantar? Jak to złożyć w całość?

 

Kiedy słucha pan muzyki? Podczas pracy? W czasie odpoczynku? W kawiarni?

Niestety, coraz mniej. Gdy ogarnia mnie szał pisania, dodatkowo stosuję muzykę jako narkotyk, żeby wprowadzić się w trans. To chyba obecnie jedyne intensywne przeżycia muzyczne.

 

Bez wstydu opowiada pan o swoim życiu prywatnym. Zadam więc naprawdę bezczelne pytanie: czy ściąga pan muzykę z Internetu?

Nie. Jeśli już, to słucham na YouTubie. Niczego nie ściągam. Jestem zresztą pod tym względem co najmniej z rocznika 50. Gdy chcę, aby jakaś muzyka znalazła się w mojej empetrójce, to idę do Empiku, kupuję kompakt za 50 złotych, wkładam do komputera i importuję. Domyślam się, że jest to dość przestarzała metoda...

 

Rozmawiał Adam Domagała

 

Michał Witkowskipisarz, felietonista, absolwent polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim i przez krótki czas wykładowca tejże uczelni. Jego najsłynniejszą powieścią jest debiutanckie "Lubiewo". Książka została opublikowana w kilkunastu krajach Europy, w Polsce ukazują się jej kolejne (zmieniane przez autora) nakłady. W Teatrze Nowym w Krakowie zrealizowana została również adaptacja teatralna powieści. Witkowski wydał także zbiory opowiadań "Fototapeta" i "Copyright" oraz powieści "Margot" i "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej". Najnowsza książka – niby-kryminalny "Drwal" – została nominowana do nagrody Nike 2012.