Wydanie: MWM 11/2016

Muzycznie ciągle doskonały

Article_more
Co roku wielbiciele twórczości Wagnera przybywają do Bayreuth w okresie od 25 lipca do 28 sierpnia, gdzie w Festspielhaus na Zielonym Wzgórzu wystawiane są najnowsze inscenizacje kilku jego oper. Od 2009 roku funkcję dyrektora artystycznego imprezy pełni Katharina Wagner, prawnuczka kompozytora, z zawodu reżyser teatralny. Tegoroczną premierą był Parsifal w reżyserii Uwe Erica Laufenberga i pod batutą Hartmuta Haenchena. Po ostatnich zamachach terrorystycznych kierownictwo festiwalu podjęło decyzję o zaostrzeniu środków bezpieczeństwa.

Festiwal pod ochroną

W tygodniu bezpośrednio poprzedzającym rozpoczęcie Bayreuther Festspiele miały miejsce trzy incydenty na terenie samej Bawarii, wszystkie wywołane przez młodych mężczyzn pochodzenia bliskowschodniego. W Würzburgu jeden zaatakował siekierą pasażerów pociągu, dwa dni później w monachijskim centrum handlowym „Olimpia” osiemnastolatek zastrzelił dziewięć osób. Następnie w Ansbach, niedaleko Bayreuth, doszło do wybuchu, w którym zginął tylko zamachowiec-samobójca, ale kilka osób zostało rannych. W ramach solidarności z ofiarami i ich rodzinami tegoroczna premiera na Zielonym Wzgórzu odbyła się bez czerwonego dywanu. Nie przybyli też na nią wszyscy oczekiwani prominenci. Kanclerz Angela Merkel przyjechała dopiero na drugie przedstawienie, a jej pojawienie się było dyskretne i zauważyło ją niewiele osób. Przez cały czas trwania festiwalu w samym teatrze i okolicy panowała wzmożona kontrola. Teren wokół Festspielhausu został ogrodzony, przy każdym wejściu stało po trzech policjantów, którzy często prosili panie o pokazanie wnętrza torebek. To zaostrzenie nadzoru nie było dla nikogo zaskoczeniem, bo wszyscy zainteresowani zostali wcześniej powiadomieni o nim drogą mailową.

 

Zmianę odczuli także artyści i inne osoby pracujące przy festiwalu. Co prawda, już od sześciu lat obowiązuje ich noszenie zawieszek z nazwiskiem, tym razem jednak byli kontrolowani także na terenie teatru. Parę dni przed premierą ochroniarze zatrzymali tenora Klausa Floriana Vogta, kiedy szedł na próbę w kostiumie i nie miał przy sobie dokumentów. Poza tym odkryto, że spośród 180 pracowników teatru, trzydzieścioro pięcioro posiada wyroki w zawieszeniu, po czym ich zwolniono. Na ogół śpiewacy traktowali konieczność częstego legitymowania się ze zrozumieniem, choć denerwowała ich nadgorliwość niektórych funkcjonariuszy. Ale zgodnie przyznawali, że po ostatnich wydarzeniach lepiej „dmuchać na zimne”, choć tego typu elitarne imprezy nie wydają się zagrożone ewentualnymi zamachami.

 

Trafione albo chybione
Muzyczna strona festiwalu nigdy nie budzi zastrzeżeń, zwłaszcza orkiestra i chór reprezentują wysoki poziom. Podobnie jak w poprzednich latach, tak i w tym sezonie ogromnym aplauzem nagradzani byli wszyscy dyrygenci, a więc kierownik muzyczny festiwalu Christian Thielemann, który prowadził Tristana, Axel Kober dyrygujący Holendrem tułaczem, debiutujący w tym roku Hartmut Haenchen i Marek Janowski, który przejął batutę po Kirillu Petrenko i poprowadził Pierścień Nibelunga. Co się tyczy solistów, w ciągu ostatnich siedmiu lat wybór premierowej obsady głównych ról okazywał się nieudany. W inscenizacji Lohengrina z 2010 roku tytułową partię wykonywał Jonas Kaufmann. Lokalna prasa zachwycała się nim, ale kiedy próbował śpiewać piano, wydobywane przez niego dźwięki brzmiały głuchawo, jak ze studni. W kolejnym sezonie zastąpił go z wielkim powodzeniem Klaus Florian Vogt. Podobna sytuacja miała miejsce rok później w związku z wystawianiem Tannhäusera. W 2012 roku, tuż przed premierą Holendra tułacza doszło do skandalu. Po próbie generalnej z roli tytułowej zrezygnował – niezupełnie dobrowolnie – rosyjski baryton Jewgienij Nikitin. Okazało się bowiem, że ma na torsie wytatuowaną swastykę. Wprawdzie nie byłoby jej widać pod kostiumem, ale po rozmowie z kierownictwem festiwalu Nikitin podjął decyzję o wycofaniu się. Zastąpił go południowokoreański bas-baryton Samuel Youn. Tłumaczono, że Bayreuth z racji dawnych powiązań rodziny Wagnerów z Hitlerem jest tak obciążone nazistowską przeszłością, że trzeba unikać choćby najmniejszych odniesień do tamtych czasów i ich symboliki. Ale nikomu jakoś nie przeszkadzało, że w odbywających się równolegle przedstawieniach Parsifala w reżyserii Stefana Herheima (premiera w 2008 roku), które nawiązywały do obu wojen światowych, w drugim akcie powiewały na scenie flagi ze swastyką.

 

Niezbyt trafne okazało się także obsadzenie głównych partii w Pierścieniu Nibelunga, którego premiera odbyła się w jubileuszowym Roku Wagnera 2013, w dwusetną rocznicę urodzin kompozytora. Zygfryd (Lance Ryan) był w nie najlepszej kondycji i jego śpiew brzmiał skrzekliwie, natomiast Brunhilda (Catherine Forster) brała niektóre górne dźwięki zbyt agresywnie.

 

Zdecydowanie lepiej wypadli soliści w ostatnich dwóch premierowych inscenizacjach, mianowicie w wyreżyserowanym przez Katharinę Wagner Tristanie i Izoldzie (2015), w którym główne partie zaśpiewali Evelyn Herlitzius i Stephen Gould, oraz w tegorocznym Parsifalu. Świetnie pod względem wokalnym i aktorskim zaprezentowała się debiutantka Elena Pankratova. W prasie pojawiały się złośliwe uwagi, że potrzebne byłyby jej napisy, ale właściwie potrzebowaliby ich wszyscy z wyjątkiem Georga Zeppenfelda, który wykazał się nie tylko wspaniałym głosem, lecz także znakomitą dykcją. Gurnemanz w jego wykonaniu był wyrazisty i przekonujący.

 

Drugim punktem spornym są inscenizacje. Akcja Lohengrina w reżyserii Hansa Neunfelsa rozgrywała się w laboratorium naukowym, wśród szczurów i myszy, za które poprzebierano członków chóru. Tannhäuser Sebastiana Baumgartena z 2011 roku wywołał jeszcze większą konsternację. Reżyser umieścił akcję w fabryce gazu biologicznego i ubrał pielgrzymów w stroje sprzątaczy. Tannhäuser upija się na scenie, Elżbieta umiera w komorze ciśnieniowej, a Wenus na końcu rodzi dziecko. Baumgarten zainspirował się tu słowami samego kompozytora, który powiedział: „Jestem jeszcze winien światu Tannhäusera”. Markus Thiel, dziennikarz gazety „Münchner Merkur”, opatrzył wówczas swoją recenzję przekornym tytułem Chłopczyk, czy dziewczynka?, i uznał tę produkcję za najbardziej nieudaną z dotychczasowych. Po czterech sezonach usunięto ją z programu.

 

Zdania na temat jubileuszowej inscenizacji Pierścienia… były podzielone. Obywatele byłej NRD i młodsi widzowie reagowali przychylniej niż starsi wiekiem wagnerianie z Europy Zachodniej, mający jeszcze w pamięci legendarne inscenizacje tetralogii, na przykład w reżyserii Patrice Chereau z 1976 roku. Reżyser Frank Castorf głównym wątkiem uczynił globalizację, a rolę skarbu Nibelungów wyznaczył ropie naftowej. Pełno tam odniesień do komunizmu w wydaniu sowieckim i NRD-owskim, co nie dla wszystkich jest czytelne. W końcowej scenie Zygfryda tytułowemu bohaterowi i Brunhildzie towarzyszą dwa krokodyle. Niektórzy skojarzyli je z Fafnerem, ale pojawiło się pytanie: dlaczego dwa? Okazało się, że było to nawiązanie do krokodyli, które pewnego razu uciekły z berlińskiego ZOO. Po kilku dniach zostały odnalezione, ale od tej pory rodzice zaczęli straszyć nimi dzieci, podobnie jak w Polsce straszyło się najmłodszych czarną wołgą. Zygfryd i Brunhilda nie zlękli się zwierząt, ale po zakończeniu przedstawienia rozległo się na widowni straszliwe buczenie i gwizdy. Niektórzy otwarcie nazywali Castorfa komunistą i chcieli posłać go do psychiatry.

 

Tegoroczny Parsifal był natomiast dość udany. Inscenizacja w wydaniu Laufenberga nie odbiegała specjalnie od libretta, choć pojawiło się w niej kilka aluzji do teraźniejszości: pierwszy i trzeci akt rozgrywają się w kościele, w którym na polowych łóżkach nocują uchodźcy. Kundry i dziewczęta-kwiaty występują w burkach. W scenie kuszenia Parsifala zrzucają je i ukazują mu się w strojach arabskich tancerek. Klingsor jest właścicielem haremu i kolekcjonuje krucyfiksy. Dłuższe ramię jednego z nich zakończone jest penisem, co zarówno przez część publiczności, jak i przez wykonawców uznane zostało za niesmaczne. Widzom, którym nie podoba się akcja sceniczna, pozostaje zawsze złoty środek: zamknięcie oczu i słuchanie wyłącznie muzyki.

Wagner dzieciom
Pomysłodawczynią projektu, polegającego na przybliżeniu twórczości kompozytora młodszej widowni, była sama Katharina Wagner. Od 2009 roku specjalnie powołana do tego agencja BF-Medien zleca zaadaptowanie którejś z oper dla dzieci i wystawia ją na jednej ze scen przeznaczonych do prób. Czas trwania utworów skracany jest do 70–80 minut, co w 2011 roku udało się nawet w przypadku Pierścienia Nibelunga. W warstwie muzycznej pozostawia się najważniejsze motywy i dodaje trochę tekstu mówionego. W efekcie powstaje forma zbliżona do musicalu, która bardzo podoba się dzieciom i rodzicom. Pojawiają się tam również aluzje do współczesności. W inscenizacji Lohengrina (2014) główny bohater usiłuje odczarować łabędzia za pomocą zaklęć, jakich używał Harry Potter.

 

Realizowany na przełomie lipca i sierpnia projekt Wagner für Kinder zalecany jest także dla dorosłych, którzy nie przepadają za twórczością Wagnera, ale chcieliby poznać najważniejsze wątki i motywy muzyczne jego utworów. Do roku 2015 zdążono już zaadaptować wszystkie najważniejsze opery i w minionym sezonie wystartowano ponownie z Holendrem tułaczem. W przedstawieniu bierze udział kilkoro solistów śpiewających w Festspielhaus, a towarzyszy im trzydziestoosobowa orkiestra, w tym roku pod batutą Borisa Schäfera. Najbardziej sympatycznie wypada fiński bas-baryton Jukka Rasilainen, który występował w Festspielhaus od 2006 roku, kolejno jako Holender, Amfortas, Kurwenal i Friedrich von Terlamund. W operach dla dzieci wcielał się w Hansa Sachsa, hrabiego von Telramund, a ostatnio wystąpił jako Daland. W sensie muzycznym inscenizacja ta była uboższa w porównaniu z poprzednimi. Ze względu na ograniczoną liczebność obsady partię chóru prządek wykonywała Mary, Daland odśpiewał zaś parę taktów „Steuermann, lass die Wacht”. Utwory chóralne w operach, takich jak Holender tułacz, Tannhäuser i Lohengrin, to perełki, które w tym wypadku powinien wykonywać choćby mały zespół. W Tannhäuserze dla dzieci z 2010 roku występował na przykład chór kameralny Caruso i tej adaptacji niczego nie brakowało. Kiedy cały chór zastępowany jest przez jedną osobę, to choćby była wysokiej klasy śpiewakiem, efekt jest mizerny.

 

Bilety dla wybrańców, zysk dla spryciarzy
Mimo szalonych i często trudnych do zaakceptowania pomysłów reżyserskich do Bayreuth ściągają tłumy. Festspielhaus jest wypełniony do ostatniego miejsca, a przed każdym spektaklem widzi się pojedyncze osoby, stojące pod teatrem z kartką z napisem: „suche Karte”. Czasami udaje się komuś kupić pokątnie bilet, oczywiście po zawyżonej cenie. Można też nabyć go na internetowym „czarnym rynku”. Na portalu ebay proponuje się bilety w cenach dwu- albo trzykrotnie wyższych niż normalnie. Najdroższe bilety na miejsca parterowe w pierwszych sześciu rzędach kosztują według taryfy 320 euro. W internecie suma ta urasta nawet do tysiąca euro. W czerwcu tego roku ktoś zaoferował bilet na Tristana na jedno z ostatnich miejsc na galerii za 300 euro, podczas gdy jego oficjalna cena wynosi 45 euro. Ale chętnych nie brakuje, na ebay ogłaszają się też osoby poszukujące kart wstępu na konkretne przedstawienia. Zawsze znajdzie się ktoś, kto za wszelką cenę chciałby wstąpić w progi „wagnerowskiej świątyni”, choćby na jeden akt.

 

Bilety chętniej udostępniane są zagranicznym gościom niż Niemcom. Po macoszemu traktowani są zwłaszcza mieszkańcy Bayreuth, którzy oczekują na bilety nawet dziesięć lat. Od 2010 roku postanowiono pójść im na rękę. Część z nich zaprasza się na próby generalne, inni mogą oglądać przedstawienia w kinie. Premiera Parsifala była transmitowana w stu kinach w Niemczech, w tym w trzech na terenie samego Bayreuth. W kilka dni później można było obejrzeć ją także na kanale 3SAT. Niektórym miejscowym takie rozwiązanie bardzo odpowiada; w kinie można wygodnie usiąść i nie jest tak duszno, jak w pozbawionym klimatyzacji wnętrzu XIX-wiecznego teatru. Inni twierdzą, że tylko w Festspielhausie, przy jego niepowtarzalnych warunkach akustycznych można naprawdę wsłuchać się w muzykę Wagnera.

 

Równolegle do Bayreuther Festspiele w tej samej miejscowości odbywa się od 1951 roku Festiwal Młodych Artystów (Festival Junger Künstler). Jego inicjatorem był ówczesny rzecznik prasowy Festiwalu Richarda Wagnera, Herbert Barth, któremu za motto posłużyły słowa kompozytora „Kinder, schafft Neues!” („Dzieci, twórzcie Nowe!”). Na festiwal przybywają studenci uczelni muzycznych z całego świata, aby wziąć udział w warsztatach prowadzonych przez wysokiej klasy pedagogów, które zakończone są koncertami lub spektaklami. Warto wspomnieć, że w pięćdziesiątej trzeciej edycji festiwalu (2003) uczestniczyła ówczesna orkiestra kameralna Akademii Muzycznej z Krakowa, z której później powstała Orkiestra Akademii Beethovenowskiej.

 

Do 2012 roku Festiwal Junger Künstler otrzymywał określoną pulę biletów na przedstawienia operowe w Festspielhaus, które sprzedawano uczestnikom w cenach od 30 do 60 euro. Współpraca ta została przerwana w 2013 roku, nad czym boleje dyrektor artystyczny Festiwalu, doktor Sissy Thammer: „Zaproponowano nam bilety po 130 euro, ale przecież studenci z Europy Wschodniej, Południowej i z krajów arabskich nie są w stanie tyle zapłacić! Mamy też uczestników z krajów Bliskiego i Dalekiego Wschodu, gdzie na co dzień nie ma możliwości zapoznania się z muzyką Wagnera. Ważne, a zarazem ciekawe byłoby, gdyby oni rozpropagowali jego twórczość w swoich krajach”.

 

Pozbawiając młodych muzyków możliwości obejrzenia przedstawień na Zielonym Wzgórzu, organizatorzy Bayreuther Festspiele sami sobie szkodzą. Po pierwsze nie starają się o utrzymanie międzynarodowego charakteru imprezy, która robi się coraz bardziej elitarna. Po drugie nie dbają o przyszłą widownię. Już teraz sale koncertowe na świecie wypełniane są głównie przez ludzi starszych. Tylko niewielki procent młodzieży lubi muzykę poważną, z czego jeszcze mniejszy stanowią wielbiciele twórczości mistrza z Bayreuth. Publiczność festiwalowa wyraźnie się starzeje, średnia wieku widzów wynosi mniej więcej pięćdziesiąt lat, ludzi przed trzydziestką można policzyć na palcach jednej ręki i są to głównie stypendyści Fundacji im. Wagnera. Projekt „Wagner für Kinder” nie jest w stanie wychować nowego pokolenia widzów ze względu na swój ograniczony zasięg. Co roku odbywa się bowiem tylko około dziesięciu przedstawień i przyjeżdżają na nie głównie dzieci niemieckie.

 

Trudno obecnie powiedzieć, w jakim kierunku zmierza festiwal. Przypuszczam, że jeszcze przez jakieś dwadzieścia lat Bayreuth będzie swego rodzaju Mekką dla wielbicieli muzyki Wagnera. Zdaniem krytyka Markusa Thiela, Katharina Wagner chciałaby ciągle zaskakiwać publiczność czymś nowym, oryginalnym i czasem robi to na siłę. Ale jedno nie budzi wątpliwości: muzyczna strona festiwalu jest i pozostanie na najwyższym poziomie. A teatralną każdy ocenia według własnych upodobań.