Wydanie: MWM 11/2016

Emigrant z wyboru czy mimo woli?

Article_more
Fryderyk Chopin już od początku 1830 roku wybierał się za granicę, aby zrealizować swój plan artystycznej kariery, którą rozpoczął publicznymi występami. Po zdobyciu sławy w nieco prowincjonalnej Warszawie musiał pokazać swój talent tam, gdzie wykuwały się wszystkie wielkie światowe nazwiska – w Wiedniu, Berlinie, Londynie i Paryżu.

W Warszawie dał dwa koncerty na wiosnę, a jeden – jesienią, żegnał się z przyjaciółmi, odkładając z miesiąca na miesiąc moment wyjazdu. Gdy w początku listopada dwudziestoletni kompozytor opuszczał Warszawę, kierując się przez Wiedeń do Londynu, nie miał wcale w planie porzucać na zawsze domu rodzinnego, ukochanych najbliższych, Warszawy, Ojczyzny… Zbieg okoliczności spowodował, że dojechawszy po roku do Paryża, pozostał tam kolejne dwadzieścia lat, aż do śmierci. Warto wyjaśnić, iż, starając się o rosyjski paszport, podał jako cel podróży „Londyn przez Paryż”, bowiem niespokojna, rewolucyjna Francja nie była celem podróży dobrze widzianym przez carskie władze.

 

Chopin nie mógł przewidzieć, że w trzy tygodnie po jego wyjeździe z Warszawy wybuchnie powstanie listopadowe, które jak żadne inne w naszej historii miało spore szanse na zwycięstwo: dobrze wyszkoleni żołnierze, niemałe zapasy broni, świetna kadra oficerska wywodząca się z legionistów epoki napoleońskiej i Księstwa Warszawskiego, wreszcie ogromna nadzieja na odrodzenie narodowe. Jednak niewiara w zwycięstwo wśród kilku najwyższych dowódców, którzy nie stanęli na wysokości zadania, i brak poparcia militarnego ze strony państw zachodnich spowodowały, że po rocznej krwawej wojnie polsko-rosyjskiej powstanie upadło. Ocalałe korpusy wojsk polskich przekroczyły granicę pruską i austriacką, by kosztem rozbrojenia i wymuszonej emigracji uniknąć śmiertelnych represji Rosji.

 

W tym czasie Chopin przeżył rok w Wiedniu, a następnie dotarł do stolicy Francji, gdzie przez pierwsze pięć lat był koncertującym pianistą. Do Paryża stopniowo także trafiła ogromna liczba polskich żołnierzy i oficerów. Wielu z nich było szkolnymi kolegami Fryderyka. Stanęli oni w obliczu rozłąki z najbliższymi i trwałej niemożności powrotu do kraju, gdyż zwycięska władza cara, który postanowił surowo rozprawić się z buntownikami, wydawała kolejne ukazy, nękające powstańców nawet za granicą i represjonujące ich rodziny pozostałe w kraju. Kilkunastu głównych „prowodyrów buntu” zostało zaocznie skazanych na śmierć: dwóch, w tym książę Adam Jerzy Czartoryski jako prezes Rządu Narodowego – na ścięcie mieczem, pozostali – przez powieszenie, o czym donosiły kolejne komunikaty prasowe. Warszawa została ukarana za to, że była ogniskiem „Rewolucji Listopadowej”, i obłożona karą dziesięciu milionów (zapewne rubli), ściągniętych z Banku Polskiego „na pokrycie odszkodowań dla obywateli, którzy ucierpieli z powodu wojny 1831 roku”. Dług miasta miał zostać pokryty wraz z procentami przez mieszkańców z podwyższonego podatku od nieruchomości – w ten sposób Warszawa poniosła karę za czyn ogólnonarodowy. Zaś według carskiego ukazu z 17 kwietnia 1834 roku osoby, które bezprawnie przedłużyły pierwotnie zadeklarowany okres pobytu, bez wiarygodnego wyjaśnienia powodów tego czynu przed władzami rosyjskimi, traciły prawo powrotu, a pozostawione w kraju dobra miały zostać przejęte pod zarząd państwowy i zwrócone dopiero po śmierci właściciela jego spadkobiercom. Dopuszczalny czas pobytu za granicą został określony: dla szlachty na pięć lat, dla pozostałych stanów – na trzy lata.

 

Nie sposób nie dostrzec jaskrawej analogii do czasów tzw. słusznie minionej epoki: gdy obywatel PRL miał zamiar wyjechać za granicę (na Zachód), musiał złożyć w Biurze Paszportowym (na milicji) wniosek, określający między innymi deklarowany czas pobytu, zgodny zresztą z wymaganym „zaproszeniem” z zagranicy. Na określony czas otrzymywał (jeśli miał szczęście) jednorazowy paszport, który musiał oddać zaraz po powrocie. Samowolne przedłużenie pobytu za granicą wiązało się z nieprzyjemnościami po powrocie, zawsze powiadamiany był zakład pracy, który stosował wewnętrzne kary pracownicze, a zazwyczaj – dla nauczki – następne podanie o paszport było odrzucane. Taka kara obejmowała także najbliższą rodzinę.

 

W Warszawie ojciec Fryderyka śledził z uwagą poczynania władz, czytał francuskie gazety, donoszące o nowych zarządzeniach i w trosce o syna ostrzegał go w liście z 7 września 1834 roku: „Ponieważ zdaje się, że zostaniesz jeszcze jakiś czas za granicą, donoszę Ci, moje dziecko, że podobno w gazetach francuskich z 11 czerwca podano, że każdy Polak powinien starać się o przedłużenie swego paszportu. Ze względu na to, iż wyjechałeś przed zaburzeniami i żeś w nich nie brał żadnego udziału, cieszyłbym się, gdybyś zasięgnął w tej sprawie wiadomości, co łatwo zrobisz w ambasadzie. Przyznam się, że nie życzyłbym sobie, byś przez niedbalstwo został zaliczony do liczby emigrantów. Nie lekceważ tego, proszę Cię, i donieś mi, co z tego wyniknie”.

Fryderyk nie śpieszył skorzystać z dobrych rad ojca, który zalecał, by syn nie palił za sobą mostów przez zbyt ścisłe stosunki z polskim środowiskiem emigracyjno-powstańczym. Wiedział, że ambasador rosyjski w Paryżu, hrabia Pozzo di Borgo, bacznie śledził, na skutek specjalnej instrukcji cesarza Mikołaja, co się działo wśród polskich wychodźców. Inwigilacja była skuteczna, a ambasador słał regularne raporty do Petersburga, skąd otrzymywał szczegółowe instrukcje postępowania. Kiedy emigrant, nad którym wisiał zarzut polityczno-kryminalny udziału w zbrojnej rewolucji, chciał legalnie i bezkarnie wrócić do Polski, musiał zgłosić się do ambasady rosyjskiej, objaśnić swoje dotychczasowe postępowanie i prosić o łaskę w postaci paszportu do kraju. Decyzja leżała w gestii hrabiego Pozzo di Borgo, była oparta wyłącznie na jego osobistej ocenie postawy politycznej proszącego i czasami się udawało, nawet po wielu latach. „Kurier Warszawski” (nr 36) w 1850 roku donosił na przykład: „Najjaśniejszy Pan, w przychyleniu się do najpoddańszej prośby wychodźcy Polskiego, Apolinarego Duve, w Paryżu przebywającego, Najmiłościwiej zezwolić raczył na powrót jego do kraju, bez zwrócenia mu atoli skonfiskowanego na rzecz Skarbu majątku”.

 

Chopin, który zwykle słuchał rad i wskazówek ojca, będących dowodem na rodzicielską trzeźwą ocenę faktów i rozwagę, ocierającą się nawet nieco o oportunizm, w tym przypadku nie podzielał jego opinii. Formalnie rzecz biorąc, nie był „emigrantem”: nie uciekł za granicę przed prześladowaniami, więc nie ryzykował kar przewidzianych w carskich ukazach. Nastąpiła tu kolizja postaw, bowiem Fryderyk sercem identyfikował się z przyjaciółmi powstańcami i wręcz ubolewał nad faktem, że nie wziął czynnego udziału w powstaniu. Nie posłuchał więc zaleceń ojca i nie tylko nie złożył wyjaśnień w ambasadzie rosyjskiej, ale posunął się dalej, bo nawet odmówił „zaszczytnej” propozycji, by zostać muzykiem dworu cesarskiego w Petersburgu. Był to gest, który zwykle interpretuje się jako jeden z wyrazów jego patriotyzmu, choć – być może – w grę wchodziły także jakieś względy czysto praktyczne: może finansowe, może niechęć wobec pomysłu przeniesienia się do Petersburga, a może obawa, że jego twórczość będzie sterowana życzeniami monarchy?

 

We Francji Chopin bardzo cierpiał z powodu oddalenia od ukochanych rodziców i sióstr, a jednak nie wybrał się w odwiedziny, choć miał okresy prosperity i mógł sobie finansowo na to pozwolić. George Sand w jednym z listów pisała, że Chopin uderzeniami dwóch rąk na jednym dwugodzinnym koncercie zarobił sześć tysięcy franków i będzie mógł pływać w złocie całe lata. 

 

Czy więc Chopin swoją postawą odciął sobie możliwość wyjazdu do Warszawy? Czy powodem była obawa przed nieuniknioną rozmową z rosyjskim funkcjonariuszem i koniecznością tłumaczenia się z paryskich kontaktów i przyjaźni? Obawą, że w podróży może mu się „coś przytrafić”, co zakłóci długoterminowy życiowy plan kariery artystycznej? Ocena jego postępowania nie jest jednoznaczna, bo też mogłoby się wydawać, że reputacja jednego z najwspanialszych artystów swojej epoki dawała pewną rękojmię i chroniła przed administracyjnymi szykanami. Z jednej strony znakomite koneksje wśród żon i córek rosyjskich dygnitarzy, z których wiele dopraszało się, aby zostać jego uczennicami, z pewnością dawały możliwości „załatwienia” pewnych drażliwych spraw. Z drugiej strony w okresie późniejszym pogarszające się zdrowie nie sprzyjało wyjazdom. Czemuż więc nigdy rodzice Fryderyka nie przyjechali go odwiedzić?

 

W Paryżu Fryderyk nie był uważany za emigranta. Dowodzi tego między innymi rejestr adresowy Polaków, przechowywany w zbiorach Biblioteki Polskiej w Paryżu, gdzie przy nazwisku Chopin widnieje adnotacja „nie emigrant”. I choć formalnie nie był emigrantem, to zapisał się do skupiającego emigrantów Towarzystwa Historycznego w Paryżu, bywał i grywał „godzinami” u Czartoryskich w Hôtel Lambert, dawał koncerty na rzecz polskich emigrantów, czyli w duchu i postawie czuł się emigrantem, jak jego przyjaciele powstańcy. Dodajmy do tego, że Hector Berlioz we wspomnieniu pośmiertnym napisał, iż tylko polscy emigranci korzystający z jego wsparcia wiedzą, gdzie się podziała fortuna Chopina, a Louis Énault dodał: „Był bardziej polski niż Polska”.