Wydanie: MWM 11/2016

Historia

Article_more
„Historia zweryfikuje arcydzieła” – brzmi często powtarzane hasło. Wiele w nim prawdy – jeśli dziś trudno zaprzeczyć, że pasje Bacha czy symfonie Brahmsa należą do zasobu dzieł istotnych, zasługa w tym dziesiątek lat praktyki wykonawczej, refleksji teoretycznej, przychylnego odbioru publiczności.

Hasło powyższe występuje często w parze z innym, chętnie przywoływanym choćby przez Lutosławskiego: „najszybciej starzeje się awangarda”. I tu należałoby się zgodzić: to, co nowe, z upływem czasu „nowym” być przestaje; maksyma to zatem słuszna, choć niezbyt odkrywcza. Wątpliwości nie należą do arsenału metod myślowych cenionych przez konserwatystów, ja jednak pozwolę sobie z szatańską niewinnością dołożyć do tej kolekcji bon motów pytanie: czy rzeczywiście zadaniem artysty jest pisanie dzieł wiecznych?

 

Prawda, wielu twórców szuka potwierdzenia wartości swojej sztuki u publiczności, dotyczy to zresztą także artystów spoza kręgu popkultury. Kompozytor muzyki niepopularnej chciałby przecież nie tylko zarobić swoim dziełem jakieś pieniądze, ale też wprowadzić własny głos do publicznej debaty. Czy muzyk może to zrobić? Oczywiście: postawy wobec sztuki, o których tu piszę, przekładają się przecież na postawy społeczne, a nawet polityczne: otwartości i zamknięcia, ciekawości i jej braku, przywiązania do własnych przyzwyczajeń, gotowości do opowiadania się za określonymi wartościami, pojmowania funkcji kultury (ma sprawiać przyjemność czy przekazywać poglądy, czy może wypełniać miło wolny czas?) itp. Socjologowie muzyki nie bez powodu opracowują profile zwolenników różnych jej rodzajów. Twórcy awangardowi przyzwyczaili się już do tego, że ich idee nie znajdują od razu masowego wzięcia, wierzą jednak, że czas będzie im sprzyjał. Gdyby nie wierzyli, mogliby równie dobrze pisać do szuflady. Nie boją się jednak uznania swoich dzieł za doraźne, rozumiejąc wpływ, jaki mogą one wywrzeć choćby na wąską grupę poszukiwaczy nowości. 

Spisuję te myśli zaraz po premierze zamówionej przez „Warszawską Jesień” opery multimedialnej Aaron S. Jej twórcy, kompozytor Sławomir Wojciechowski, librecista Paweł Krzaczkowski, twórca instrumentów i software’u Krzysztof Cybulski oraz artysta wideo Norman Leto, zbudowali wielowarstwową kompozycję, która jest wypowiedzią niewątpliwie polityczną. Nie sądzę, by rzecz ta, dotycząca wolności i podziału dóbr w dobie komunikacji cyfrowej, była arcydziełem (ale przecież: czas zweryfikuje!), twórcy włożyli jednak ogromną pracę w poszukiwanie środków ekspresji odpowiadających ich założeniom. Pod względem technicznym Aaron S. intrygował i budził uznanie, chociaż w mojej opinii jest to kompozycja niezbyt komunikatywna. Czy ktokolwiek jednak powinien odmawiać jej prawa wybrzmienia w publicznej przestrzeni? Nawet jeśli wiele w niej błędów – czy ktokolwiek jest w stanie przewidzieć, jakich znaczeń nabierze za lat kilkadziesiąt?

 

Weźmy jeszcze jeden przykład kompozycji wykonywanej na tegorocznym festiwalu: Treatise Corneliusa Cardew. Jego powstanie poprzedziło rewolucję obyczajową 1968 roku, przez lata jednak muzyka ta zmagała się z obojętnością lub ironią (także ze względu na osobliwe polityczne wybory jej autora). Rzecz to szczególna: graficzna partytura pozostawiająca pełną wolność doboru dźwiękowych środków wykonawcom. A skoro tak, to pełny dostęp ma do niej każdy, nie tylko zawodowy muzyk. Zwykle wykonanie Treatise poprzedzają jednak próby czy warsztaty, których uczestnicy ustalają między sobą reguły odczytania tekstu. Mogą pozwolić sobie na pełną improwizację, mogą też przypisać poszczególnym znakom konkretne działania. Sednem przestaje tu być wyłącznie prezentowany efekt końcowy, wirtuozeria czy zamierzony przekaz. Środek ciężkości przesuwa się ku wspólnej pracy, wykonanie powinno więc być rozpatrywane jako skutek konkretnych decyzji. Widać w nim, co udało się uczestnikom uzgodnić, w czym pozostają różni. Warszawska realizacja była raczej „uporządkowana”; wykonawcy to zawodowcy, prowadzeni przez dyrygentkę, odtwarzający też zaplanowaną profesjonalnie choreografię. System przyswoił utwór, którego zasadą jest antysystemowość. Jak wyglądały prace nad dziełem, na ile decyzje były kolektywne – nie wiem, myślę jednak o tym, w jakim stopniu sposób jego wykonania okazuje się zwierciadłem społeczności, która go bierze na warsztat. Tego, czego chcemy i co uznajemy za ważne. Mimo że Treatise powstał pół wieku temu, może powiedzieć nam bardzo wiele. Czy upływ czasu potwierdził jego wartość? Z pewnością, choć przecież przez pewien czas mogło się zdawać, że jego wymowa należy do repertuaru idei przebrzmiałych.

 

Czy zatem awangarda faktycznie się starzeje? Tylko z pozoru, bo chociaż świat zapomniał o wielu odkrywcach nowych lądów, to przecież na swój sposób „awangardowi” byli także Beethoven, Berg, Carl Philipp Emanuel Bach. Nie warto używać obiegowych opinii jako pałki w sporach o kulturę. Nikt przecież nie wie, co rzecz raz pomyślana przyniesie w przyszłości.