Wydanie: MWM 11/2016

Salzburg latem

Article_more
Wydaje się, że wyprawa do Salzburga musi być wyprawą do miasta Mozartów. Doświadczony podróżnik spodziewa się, że to miasto nawet podczas najkrótszej wizyty osaczy go nadmiarem mozartowskich dźwięków. Tak się jednak nie dzieje.

W deszczowy letni dzień – a dni zazwyczaj są tu deszczowe – uwagę przyciąga miarowy szum rzeki Salzach, na której powierzchni rzęsiste krople rozbijają się z delikatnym pogłosem. Każdy kolejny kwadrans odliczają słynne salzburskie dzwony. Ich głos w deszczu jest lekko stłumiony, zdałoby się – aksamitny. Te dzwony zaczarowały Thomasa Adèsa, który w Salzburgu kończył komponować swoją najnowszą operę The Exterminating Angel napisaną na motywach filmu Luisa Buñuela. „Dzwony to wtargnięcie wieczności w codzienność – mówi Adès – gdy zaczynają bić, trzeba przestać robić to, co akurat się robi. Ma się wrażenie, że dzwony przemawiają do nas – »To znowu my, a ty wciąż nic nie zrobiłeś. Nic się nie zmieniło«. Salzburg jest światową stolicą dzwonów. Na co drugim budynku wisi potężny dzwon, który bije niemal bez przerwy. Niektóre dzwony wygrywają fragmenty arii Mozarta. Ma się wrażenie, że tutaj zmienia się bardzo niewiele”.

 

Operę Adèsa otwiera bicie dzwonów. Ich głos zaciera granicę pomiędzy ulicą a teatrem operowym, pomiędzy czasem widza a czasem dzieła. Rozpoczyna się opowieść, brzmienie dzwonów wciąga nas w zaczarowany świat dźwięków, z którego nie tak łatwo się wyrwać. Żeby się od niego uwolnić, szukamy ciszy. Znajdujemy ją na spokojnych wodach położonego nieopodal Salzburga – choć już po niemieckiej stronie granicy – jeziora Königssee, po którym od 1909 roku pływa się tylko albo łodzią wiosłową, albo stateczkiem napędzanym przez silnik elektryczny. W połowie drogi do wyspy świętego Bartłomieja stateczek staje bokiem do ginącej w chmurach ściany skalnej. Jeden z marynarzy z futerału dobywa flugelhorn i zaczyna grać prostą, opartą na triadzie harmonicznej melodię. Po chwili melodię powtarzają góry. W tej samej tonacji, w tej samej barwie. Trębacz zaczyna grać sam ze sobą. A może z Alpami? To miejsce od dawna słynie z niezwykłego echa. Dawniej jego właściwości demonstrowano wystrzałem z działa, którego huk odbijał się ponoć aż siedem razy. Miejscowi trębacze lubią powtarzać, że każdy z nich, grając w pojedynkę, brzmi tak, jakby grało siedmiu. Nie do końca to prawda, choć splatające się głosy góry i górala robią wrażenie. 

Górskie echo na długo pozostaje w pamięci. Znając je, inaczej słucha się dzwonów po powrocie do Salzburga. Ich mnogość to jakby zwielokrotnione echo głosu w górach. Dzwony zmieniają już nie tylko poczucie czasu, ale i przestrzeni. Kto nie chce się im poddać, może poszukać schronienia we wnętrzu kościoła, choćby w słynnym Sebastiankirche, przy którym, na niewielkim cmentarzu pochowany został Leopold Mozart. W kościele głos dzwonów wydaje się daleki, oniryczny, rozmyty. Niespodziewanie zagłusza go głośny wydech organów, które najpierw skrzypią, potem kaszlą, by wreszcie po drażniącym pisku odezwać się pełnym głosem w molowym akordzie. To nie była próba koncertu muzyki współczesnej. Ktoś spokojnie i metodycznie czyścił i regulował instrument. Gdy skończył, zaintonował melodię chorału z jednej z kantat Johanna Sebastiana Bacha. Przerwał po chwili, by nie burzyć skupienia księdza, który akurat wszedł do konfesjonału.

 

Dopiero na koniec pobytu w Salzburgu udaje się usłyszeć muzykę Mozarta. Przy popularnej promenadzie na równo wyciętym blacie uliczny muzyk ustawił słoiki, które starannie wypełnia wodą. Stroi. Poprawia. Zwilża dłonie i zaczyna na swojej szklanej harmonice intonować Marsz turecki. Otacza go tłum Azjatów z telefonami na kijkach. Fotografują. On gra coraz szybciej. Ich migawki wyprzedzają go bez trudu. Zagłuszają go z jeszcze większą łatwością. Pora wracać do domu.