A u Macieja znowu zagrają

Article_more
Anioł i Emanuel w jednym stali domu; Anioł na ambonie, Emanuel przy organach. Następcy są pilnie poszukiwani.

Na początku było słowo, ale potem przebiła się muzyka. Przynajmniej we wrocławskim kościele św. Macieja. Słowo to Angelus Silesius, czyli poeta-mistyk Anioł Ślązak, a muzyka to Emanuel Kania, kompozytor i pianista. Poeta zdominował wprawdzie muzyka, ale kompozycje Kani są wciąż wykonywane. Świątynia, której patronuje apostoł Maciej (nie ma muzycznych pasji, to patron cieśli, rzeźników, cukierników – widać go na witrażu od strony ulicy Szewskiej) jest na trasie turystycznej łączącej Rynek z Ostrowem Tumskim, znają ją jednak głównie studenci. Wygląda skromnie, należy do duszpasterstwa akademickiego, nie ma parafii. Ale ma niezwykłą historię.

 

Przez wieki była kościołem klasztornym Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą. Zakon wywodził się z Pragi, a na Śląsk sprowadziła go księżna Anna, synowa świętej Jadwigi. Krzyżowcy założyli szpital, opiekowali się także ludźmi starymi i sierotami. Anna i jej czterej synowie przekazali kościół zakonnikom w 1253 roku. Choć zakonna reguła wymuszała ascezę, krzyżowcy grosiwa na chwałę bożą nie pożałowali.

 

Największym skarbem kościoła jest wspaniała ambona. Od niej się wszystko zaczęło. I słowo, i muzyka, i sława Macieja. To najstarsza – po ambonie z kościoła św. Marii Magdaleny – wrocławska kazalnica. Ma ponad czterysta lat i została wykonana z kamienia, co na Śląsku jest rzadkością. Ufundował ją w 1607 roku mistrz wrocławskich Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą, Jan Heinze. Kosz z piaskowca podpierają trzy duże figury aniołów, z których środkowy trzyma banderolę z napisem „In omnem terram exivit sonus eorum. Ps. XVIII”. To cytat z psalmu: „Ich głos rozchodzi się na całą ziemię”. Balustradę zdobią figurki czterech ewangelistów, Chrystusa Zbawiciela Świata oraz świętych Piotra, Pawła i Macieja. Nad głową kaznodziei wisi kamienny baldachim ozdobiony rzeźbą gołębicy – czyli symbolu Ducha Świętego – zwieńczony drewnianą kulą z krzyżem.

 

Tajna broń na ambonie

Kazalnica została ufundowana w odpowiednim momencie, bo Wrocław miał trzy dekady później poczuć moc jezuickiego desantu. W 1637 roku w klasztorze Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą Daniel Kirchner, czeski prowincjał jezuitów, spotkał się z przełożonym krzyżowców na Polskę i Śląsk, Henrykiem Hartmannem. Hartmann był konwertytą i dobrym przyjacielem jezuitów, gorliwym bojownikiem wiary katolickiej. Uzgodnił z Kirchnerem, że w klasztorze krzyżowców zamieszka dwóch jezuitów, aby przez swój pobyt oddziaływać na innowierców.

 

Hartmann bał się jawnie wprowadzić jezuitów do Wrocławia – protestancka rada miejska stawiała silny opór. Dlatego posłużył się baronem Schellendorfem, prezydentem kamery cesarskiej dla Śląska, który rok później przywiózł w tajemnicy dwóch ojców: Jana Wazina i Henryka Pfeilschmidta. W zimny lutowy wieczór na dziedziniec klasztoru wjechał zamknięty powóz. Nikt nie widział wysiadających mężczyzn. Ale wszyscy ich wkrótce mieli usłyszeć.

 

Tajna broń Hartmanna zaczęła działać niemal natychmiast. Już 24 lutego ojciec Wazin wygłosił pierwsze kazanie u św. Macieja. Okazał się tak znakomitym oratorem, że ściągał do kościoła nie tylko katolików, lecz także protestantów z całego miasta. „Kaznodzieje luterscy zabraniają swoim odwiedzania naszej świątyni, ale nadaremnie. Pewnie i śmiało przechodzimy ulicami i pozdrawiamy wszystkich, i przez nich jesteśmy pozdrawiani”, pisał o. Jan Wazin w sprawozdaniu z 1 marca 1638 roku do czeskiego prowincjała Marcina Stredoniusa.

 

Anioł przemówił

Wkrótce miał się tu pojawić jeszcze wybitniejszy mówca, prawdziwy Anioł. Był tutejszy, śląski, co nie umniejsza jego niezwykłości. Wrocławianin z urodzenia, lekarz z wykształcenia, ksiądz z powołania, mistyk z potrzeby ducha, czyli Angelus Silesius – to jeden z najsłynniejszych w Europie poetów baroku. W rzeczywistości nazywał się Johannes Scheffler. Jego ojciec, Stanisław, był mieszkańcem Krakowa i polskim szlachcicem, który przeniósł się do Wrocławia prawdopodobnie po to, aby uniknąć presji wywieranej na innowiercach. Dlatego syn Johannes, urodzony w 1624 roku, został wrocławianinem.

 

Ochrzczony w protestanckim kościele św. Elżbiety, kształcony w protestanckim gimnazjum Elisabethanum, aktu konwersji na katolicyzm dokonał dopiero w wieku dwudziestu dziewięciu lat, przyjmując wówczas imię Angelus. Szybko jednak stał się jednym z aktywistów kontrreformacji. Zamieszkał w klasztorze Krzyżowców z Czerwoną Gwiazdą (dziś siedziba Ossolineum) przy kościele św. Macieja i w tej świątyni wzywał do walki z heretykami. W mowie pogrzebowej przypomniano jego słynną pielgrzymkę do Trzebnicy – właściwie demonstrację religijną, która wywołała oburzenie protestantów. Angelus trzymał w rękach krucyfiks i pochodnię, a na głowie miał koronę cierniową. 

Jednak jego twórczość okazała się ponadkonfesyjna. Nic dziwnego, skoro w swych poszukiwaniach mistycznych sięgał zarówno do katolickich, jak i do protestanckich autorów. Polacy znają Anioła Ślązaka przede wszystkim dzięki przekładowi Mickiewicza. Bożonarodzeniowy epigram – „Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie / Lecz biada ci, jeżeli nie zrodzi się w tobie” – jest wciąż przywoływany przez polskich kaznodziejów. Należy do zbioru tysiąca pięciuset mistyczno-religijnych aforyzmów, które opublikowano pod tytułem Cherubowy wędrowiec. Równie cenione jest dzieło Święta uciecha duszy albo duchowne pieśni pasterskie, jeden z najwybitniejszych zbiorów pieśni religijnych europejskiego baroku. Dostosowane do cyklu roku liturgicznego cieszyły się wielką popularnością, znalazły się w kancjonałach zarówno katolickich, jak i protestanckich, i nadal są śpiewane.

 

Gimbaza rządzi

Jezuici, którzy w 1659 roku założyli Gimnazjum św. Macieja, ściągali do swojej szkoły uczniów z dużym potencjałem. St. Matthias-Gymnasium (po sekularyzacji zakonu krzyżowców w 1810 roku mieszczące się w klasztorze, dziś zajętym przez Ossolineum) wypuściło między innymi dwóch arcybiskupów i szesnastu biskupów. Uczył się tu także ksiądz Jan Dzierżon, słynny w Europie znawca i hodowca pszczół, wybitny poeta Joseph von Eichendorff i ojciec niemieckiej socjaldemokracji, Ferdinand Lassalle. Jeszcze w XIX wieku gimnazjum cieszyło się powodzeniem nie tylko wśród Ślązaków, lecz również wśród polskiej arystokracji z Poznańskiego i Królestwa. Mimo oficjalnej nazwy „gimnazjum katolickie” przyjmowano tu także Żydów i protestantów.

 

„Wrocławskie gimnazjum pozostało dla mnie do dziś dnia tą »swoją budą«, w której czułem się doskonale – wspomina w pamiętnikach książę Krzysztof Radziwiłł. – Moi koledzy z nielicznymi wyjątkami pochodzili ze środowisk bardzo »demokratycznych«. Byli to synowie urzędników, rzemieślników, dorożkarzy i policjantów, a więź katolickiego wychowania i kult obowiązku łączyły ich z nami do tego stopnia, że ich wizyty u nas i nasze w ich małomieszczańskich rodzinach stwarzały podstawę prawdziwej, szczerej przyjaźni”.

 

Szkoła była wypo­sa­żona we wła­sną biblio­tekę, gabi­nety do nauk przy­rod­ni­czych, salę gimnastyczną, rysun­kową i muzyczną. Bo uczniowie musieli rozwijać talenty muzyczne. Szczególnie dobrze ten rozwój przebiegał u Józefa Elsnera, przyszłego nauczyciela Fryderyka Chopina. Do gimnazjum trafił w 1781 roku, jako dwunastolatek. Śpiewał początkowo w gimnazjalnym chórze i grał w szkolnej kapeli, ale szybko dał się poznać całemu Wrocławiowi (w 1785 roku zdobył uznanie, wykonując w kościele św. Elżbiety solową partię sopranową w oratorium pasyjnym Der Tod Jesu Carla Heinricha Grauna). Zanim wyruszył w świat, do Brna, Lwowa, a potem Warszawy, u Macieja brzmiał jego głos i rozlegała się jego muzyka.

 

O dwóch takich, co mieli uszy

Ponad pół wieku po Elsnerze do St. Matthias-Gymnasium trafili Hugo Ulrich i Emanuel Kania. Byli z tego samego rocznika, 1827, obaj ze Śląska Opolskiego. I obaj z muzycznych rodzin.

 

Ojciec Hugona (zmarł, gdy syn miał dziewięć lat) uczył muzyki w opolskim Królewskim Katolickim Gimnazjum, ojciec Emanuela był nauczycielem i organistą w Uszycach. W St. Matthias-Gymnasium nie tylko się uczyli, lecz także grali na organach w szkolnym kościele. Po latach zdobyli w świecie uznanie jako kompozytorzy, pianiści i pedagodzy. Ulrich przebijał się z większym trudem, wiecznie borykał się z brakiem pieniędzy i zmarł w wieku czterdziestu pięciu lat. Emanuelowi Kani Opatrzność dodała jeszcze piętnaście lat i dobrze je wykorzystał. Zamieszkał w Warszawie, zarabiał jako nauczyciel gry na fortepianie i recenzent – publikował między innymi w „Kurierze Codziennym”, „Gazecie Muzycznej i Teatralnej”, „Ruchu Muzycznym”, „Tygodniki Ilustrowanym” oraz „Kłosach”, a przede wszystkim komponował – miniatury fortepianowe (nokturny, romanse, barkarole, etiudy), tańce koncertowe (polonezy, mazurki, krakowiaki, polki, walce), pieśni solowe do różnych tekstów z towarzyszeniem fortepianu oraz utwory chóralne na zespoły mieszane i męskie. Są wciąż wykonywane, Kania nie jest jeszcze starym grzybem. Niestety o Ulrichu nikt u Macieja już nie pamięta, tylko Angelus Silesius i Emanuel Kania mają swoje tablice.

 

Pięć głosów czeka

Kilka lat temu konserwatorzy poskładali ambonę, która w 1958 roku została rozbita po zawaleniu się sklepienia, więc oratorzy mogą przemówić z wysokości, a w tym roku odrestaurowano organy.

 

To skromny instrument, pięciogłosowy pozytyw. Nie znamy jego budowniczego, ani roku budowy, ale ksiądz rektor Mirosław Maliński zapewnia, że brzmi ładnie. Został przeniesiony do prezbiterium i ma być wykorzystywany podczas niedzielnych mszy odprawianych o godzinie 11:00. Następny Emanuel może się zgłosić. W trakcie remontu podłogi na emporze organowej znaleziono stare nuty, więc wystarczy tylko usiąść i zagrać.