Wydanie: MWM 11/2016

O tempach i temperamentach

Article_more
– A dlaczego w dawniejszej muzyce zawsze jest w kółko: wolno–szybko–wolno–szybko? – pyta Zo.

– Albo szybko–wolno–szybko? Chodzi ci o układ części w dłuższych utworach, prawda? – dopytuję.
– Tak. Jest tak samo w kółko. Trochę nuda.
– Albo raczej równowaga. Bo gdyby cały czas było powolnie i rzewnie, to dopiero byśmy ziewali. A gdyby cały czas było szybko i ćwierkająco, to pewnie by nas to w końcu zmęczyło. A tak po ożywieniu jest uspokojenie, i odwrotnie. Tak jak powinno być w życiu, żebyśmy się dobrze czuli. 
– I w ogóle nie ma całych utworów wolnych i smutnych albo wesołych i szybkich?
– Są, jasne, że są. Moda na przeplatanie części o zdecydowanie różnych nastrojach i różnych tempach w sumie dalej trwa, ale już romantycy często mieli ją w nosie.
– I pisali całe utwory w jednym nastroju, tak jak im się żywnie podobało?
– Albo raczej jak im w duszy grało.
– Czyli smutno albo wesoło? – docieka Zo.
– Albo gniewnie, albo melancholijnie. Kompozytorzy miewają różne, a do tego niezbyt zrównoważone temperamenty. Są na przykład zapalczywi cholerycy, czyli ci z nadmiarem żółci w organizmie – przystępuję ze swadą do rekonstruowania mojej ulubionej typologii Hipokratesa. – Są i liczni melancholicy. Kiedyś twierdzono, że u tych przeważa czarna żółć. Są też…
– Co takiego?! – wcina się Zo, mieszając mi szyki. – To bez sensu. Przecież to żółć jest żółta, a czerń – czarna.
– No niby masz rację, ale tu nie chodzi o kolory, tylko o tajemne przekształcenia płynów w ciele. Przy melancholii takich iście czarodziejskich przekształceń jest zresztą więcej! Czerń swojego temperamentu, czy związany z nim ołowiany smutek, taki artysta melancholik umie czasem przemienić w prawdziwe złoto! Umie uwolnić się na chwilę od melancholii, na przykład tworząc piękną, genialną muzykę.
– Ale kręcisz, wiesz! – przerywa mi czujnie mądrala. – To w końcu muzyka pochodzi z melancholii czy z braku melancholii, z ołowiu czy ze złota?
– Oj, bo to nie takie proste. Rzadko panuje przecież zgoda co do tego, czy dany utwór jest prawdziwym złotem! Czy tylko ołowiem.
– I co, teraz pewnie znowu zaczniesz przekonywać, że jedni lubią pomarańcze, a inni jak im skarpetki śmierdzą?
– No… a czemu nie?
– Bo to akurat już od dawna wiem!
I sobie poszła. Oburzona.
Fakt, teoria była pewnie zbyt wyszukana, poza tym grubymi nićmi szyta. Więc może trzeba zaufać prostszym rozwiązaniom, choćby i przysłowiom. Jakby to było? Muzyka jest ołowiem, a milczenie – złotem…?

 

.