Wydanie: MWM 12/2016

Jestem sobą

Jan Lisiecki - wywiad
Article_more
Jeśli ulegnie się tym, którzy mówią, jak należy wyglądać, co powinno się mieć na zdjęciu i co grać, przestaje się być autentycznym. Muzyka też staje się wtedy sztuczna, robi się z niej karykatura. A publiczność od razu to wyczuwa.

Róża Światczyńska: Pamiętam naszą pierwszą rozmowę, to było prawie osiem lat temu. Mogę wciąż nazywać cię Jasiem? A może wolałbyś być już Janem?

Jan Lisiecki: Wciąż bardzo lubię być Jasiem. Nie mam z tym najmniejszego problemu. Nie odpowiada mi tylko Janek, sam nie wiem dlaczego. 

 

Jasiu, z twojej strony internetowej wynika, że byłeś ostatnio bardzo zajęty. To nic nowego w twoim życiu…

To prawda, mam za sobą prawdziwy maraton koncertowy. Byłem na tournée ze Szkocką Orkiestrą Kameralną, z którą graliśmy koncert zatytułowany Akademia Beethovenowska 1808, czyli IV Koncert fortepianowy, V i VI Symfonię oraz Fantazję c-moll op. 80 na fortepian, chór i orkiestrę. Wykonywałem też koncerty Mozarta w Wiedniu i w Niemczech, wcześniej miałem recital w Wigmore Hall. To mała, ale bardzo wymagająca sala, gra się tam zupełnie inaczej. Dużo trudniej, bo trzeba dostosować dynamikę do intymności jej wnętrza. Występowałem w niej już po raz trzeci, ale za każdym razem jest to dla mnie spore wyzwanie. Sala była jednak pełna, a ja mam zaproszenie na kolejne sezony.

 

Ten obecny zaczął się dla ciebie bardzo intensywnie. Miałeś jakieś wakacje?

Staram się zawsze podróżować między koncertami. Po występie w Wiedniu wpadłem na przykład do Bratysławy. Lubię takie wycieczki, to moje życiowe przyjemności.

 

Ale z wyjazdu do Nepalu zrezygnowałeś, by zagrać we wrześniu w Poznaniu…

Nietrudno było mnie namówić, bo tu mieszkają moi dziadkowie. Wakacje zawsze mogą poczekać, zwłaszcza że sporo ostatnio podróżuję, a oni nie mają wielu okazji, by mnie posłuchać. Tym bardziej w koncercie Chopina.

 

Chopina grałeś też podczas swego debiutu na warszawskim festiwalu „Chopin i jego Europa”. Byłeś wtedy beztroskim, nikomu prawie nieznanym trzynastolatkiem. Dziś jesteś jednym z czołowych pianistów młodego pokolenia, gwiazdą wytwórni Deutsche Grammophon. Twoja kariera nabrała szalonego tempa.

Staram się nie patrzeć wstecz. Cieszę się, że tak często koncertuję i mam okazję poznać tylu wyjątkowych ludzi. Była wśród nich nawet królowa Elżbieta.

 

Nazywają cię „arystokratą fortepianu” i „światową elitą pianistyczną”. Schlebiają ci takie określenia czy raczej cię bawią?

Nie ignoruję ich, ale też nie przywiązuję do nich wagi. Robię to, co zawsze sprawiało mi przyjemność, i cieszę się, że czasem podoba się to także publiczności. Nie lubię popisywać się grą, skupiać na sobie uwagi. Chciałbym raczej inspirować ludzi do poznawania piękna muzyki.

 

Inspirujesz także orkiestry – tak mówi Krzysztof Urbański, dyrygent, z którym grałeś ostatnio w Hamburgu.

Uwielbiam grać z orkiestrami! Zacząłem w wieku jedenastu lat, więc później w Warszawie miałem już trochę doświadczenia. Teraz, kiedy gram co tydzień z innym zespołem, mam sporo okazji do nauki. Głównie tego, jak słuchać pozostałych muzyków, tym bardziej że każdy koncert jest przecież inny. Nie mógłbym grać Chopina z dwiema orkiestrami tak samo. Moje wykonanie straciłoby świeżość.

 

Po podpisaniu kontraktu z Deutsche Grammophon mówiłeś, że bycie zwyczajnym muzykiem jest w naszych czasach niemodne. Dziś masz za sobą sześć lat kariery w blasku reflektorów, w świecie reklamy i speców od stylizacji. Wciąż udaje ci się tę zwyczajność zachować?

Trzeba zawsze być sobą, tylko tak można w tej sytuacji przetrwać. Mam szczęście, że mogę zawsze liczyć na wsparcie rodziców, dzięki temu łatwiej zniosłem ostatnie lata. Musiałem też szybko nauczyć się odmawiania, nie tylko występów, ale też prób kreowania mojego wizerunku. Jeśli ulegnie się tym, którzy mówią, jak należy wyglądać, co powinno się mieć na zdjęciu i co grać, przestaje się być autentycznym. Muzyka też staje się wtedy sztuczna, robi się z niej karykatura. A publiczność od razu to wyczuwa.

 

A „Justin Bieber fortepianu” i „gwiazda pop muzyki klasycznej”? Skąd wzięły się te określenia?

Nie mam pojęcia. Ludzie piszą różne rzeczy. Nie wiem, co miałoby mnie łączyć z Justinem Bieberem…

 

­Może uwielbienie nastolatek?

No, może trochę tak... (śmiech)

 

­A mówiąc serio: Maria João Pires powiedziała, że wspiera cię, bo masz rzadki dar naturalnej muzykalności i jesteś bardzo autentyczny w grze. Czujesz na co dzień to wsparcie wybitnych muzyków?

Wydaje mi się, że ta relacja tworzy się dość naturalnie. Najtrudniej jest z dyrygentami. Kiedy widzimy się po raz pierwszy, nigdy nie potrafię się odpowiednio zaprezentować. Dopiero gdy pracujemy razem na estradzie, udaje mi się nawiązać z nimi szczere porozumienie. Potem często mi pomagają, ale naprawdę nie wiem, jak to się odbywa.

 

A wiesz komu zawdzięczasz zastępstwa za Marthę Argerich i Nelsona Freire?

Do dziś nie wiem, jak to się stało, że zamiast Marthy zagrałem koncert z Maestro Claudiem Abbado. Nie mam nikogo, kto by mnie bezpośrednio wspierał, żadnego mentora. To chyba kwestia ogromnego szczęścia.

 

Takie nagłe zastępstwa mobilizują cię czy raczej deprymują?

Zawsze mobilizują. Muszę przecież starać się, by publiczność zapomniała, że przyszła tu dla kogoś innego. I nie chodzi o to, by być lepszym czy gorszym. Wolę unikać porównań, choć pewnie słuchacze są rozczarowani, kiedy zamiast Marthy Argerich występuje jakiś młody pianista. Podobnie musiało być, kiedy zastępowałem Radu Lupu. Też byłbym zawiedziony. Dlatego mam wtedy silną motywację do grania.

 

A jak zareagowałeś na wieść, że twoje nagranie koncertu Schumanna pokonało w Płytowym Trybunale Dwójki  nie tylko interpretacje Marthy Argerich i Marii João Pires, lecz także Krystiana Zimermana i Światosława Richtera?

Byłem w podróży, kiedy pan Stanisław Leszczyński zadzwonił, by przekazać mamie tę wiadomość. Potem odsłuchałem nagranie audycji i stwierdziłem, że w paru miejscach sam niekoniecznie zgodziłbym się z krytykami… (śmiech) Ta audycja ma zresztą bardzo ciekawy  zamysł. Ja też, kiedy wiem, kto gra, słucham go z pewnym nastawieniem. Ciekawie robi się, kiedy nie wiadomo, kto kryje się za nagraniem.

 

Koncert Schumanna to ważne dzieło w twoim repertuarze. Debiutowałeś nim między innymi na londyńskich Promsach i w Nowym Jorku.

On nieoczekiwanie stał się dla mnie ważny. Po raz pierwszy grałem go z Maestro Antoniem Pappano i orkiestrą Akademii Santa Cecilia w Rzymie. Potem występowaliśmy wspólnie na koncertach w Niemczech i na Promsach. Świetnie nam się grało, poprosiłem więc szefów DG, bym mógł z tymi samymi muzykami nagrać Schumanna na płytę. Problemem okazały się  sprawy kontraktowe, ale ostatecznie wytwórnia się zgodziła. Teraz tak polubili Pappano, że częściej dla nich nagrywa.

 

Pappano,  Abbado… Krystian Zimerman powiedział kiedyś, że spotkania z wybitnymi dyrygentami były dla niego niemal tak ważne, jak studia pianistyczne. A czego ciebie uczą takie kontakty?

Zawsze przyglądam się, jak dyrygent pracuje z orkiestrą podczas próby. Jeden zwraca uwagę na dźwięk, inny na frazowanie lub sposób interpretacji. Bywa to bardzo inspirujące. Wiele się można nauczyć, słuchając, jak na te uwagi reaguje orkiestra i jak pod ich wpływem muzyka zmienia swój kształt. Staram się podpatrywać, co robią inni muzycy i dostosować do tego mój sposób gry, by ta współpraca była jak najlepsza.

A masz jakiegoś pianistycznego guru? Są pianiści, którzy udzielają ci artystycznych porad?

Od dawna pracuję sam. Najwięcej uczą mnie występy i bezpośredni kontakt z publicznością. Czuję wtedy, kiedy gram dobrze, a kiedy muszę jeszcze coś poprawić. Wydaje mi się, że z każdym kolejnym recitalem lepiej rozumiem grane utwory i intuicyjnie nadaję kierunek mojej pracy. Pedagog może oczywiście poddać mi pewne idee czy wiedzę o tradycji wykonawczej, ale czasem lepiej dochodzić do tego samemu. Brzmi to bardziej świeżo.

 

Nie masz nauczyciela, nie startowałeś w wielkich konkursach. Twoja droga do sukcesu nie jest standardowa.

To prawda, ale nie jestem wyjątkiem. Istnieje całkiem sporo koncertujących pianistów, którzy nie musieli brać udziału w renomowanych konkursach. Dziś nikt ich już o to nie pyta. Konkursy mogą pomóc w karierze, o ile potrafi się je wykorzystać. Ale nie są niezbędne.

 

Śledzisz kariery swoich kolegów z Kanady, laureatów ostatniego Konkursu Chopinowskiego, Charlesa Richarda-Hamelina i Tony’ego Yanga? To wielki sukces  kanadyjskiej  pianistyki.

Jestem dumny, że Kanadyjczycy tak wspaniale wypadli w warszawskim konkursie. Kanada, wbrew pozorom, ma piękną tradycję pianistyczną, nie jestem więc zaskoczony. Cieszę się, że obaj tak ciekawie interpretują Chopina i mogą reprezentować ten kraj na całym świecie.

 

A sławni Kanadyjczycy, Glenn Gould czy Marc-Andre Hamelin, byli dla ciebie kiedykolwiek inspiracją?

Wciąż każdy z nich mnie inspiruje. Goulda cenię za pasję i odwagę, z jaką bronił własnych koncepcji wykonawczych, nawet jeśli bywały one czasem na siłę kontrowersyjne. Hamelin jest z kolei niezwykle inteligentnym i wszechstronnym pianistą. Potrafi zagrać wszystko i brzmi to zawsze  fantastycznie.

 

Twój repertuar też się powiększa. Z Yannickiem Nezet-Seguinem zagrałeś ostatnio trzy różne koncerty Mozarta w ciągu tygodnia, wykonujesz także wszystkie dzieła na fortepian z orkiestrą Beethovena. Ile utworów koncertowych masz dziś pod ręką?

Co roku staram się poszerzać swój repertuar o co najmniej dwa koncerty. W ubiegłym roku miałem okazję zagrać komplet dzieł Beethovena w Poznaniu i było to dla mnie fantastyczne doświadczenie. Pięć koncertów w dwa wieczory. Czułem się, jakbym zdobył Mount Everest!

 

A szczyty, które dopiero chcesz zdobyć?

W przyszłym roku będę grać I Koncert fortepianowy d-moll Brahmsa. To poważne wyzwanie i zarazem naturalny wybór po Schumannie, który swe op. 142 zadedykował właśnie Brahmsowi. Nagrywałem ostatnio ten utwór na płytę i widzę w obu dziełach wiele podobieństw, choć to oczywiście zupełnie różny język muzyczny. Chciałbym też zagrać koncerty Rachmaninowa, Czajkowskiego i Prokofiewa. Lepiej nauczyć się ich za młodu, bo potem może być trudniej. (śmiech)

 

Grywasz też coraz więcej Mozarta. Kiedyś to właśnie dla niego zrezygnowałeś z  kontraktu z wytwórnią Virgin.

To stara historia, ale rzeczywiście tak było. Mozart był i jest moim ukochanym kompozytorem. Marzyłem, aby go nagrać, ale w Virgin mieli dla mnie wtedy inne propozycje. Ustaliliśmy więc, że poczekają na dobry moment. Kontrakt był już dla mnie przygotowany, kiedy zadzwonili z Deutsche Grammophon, od razu proponując mi koncerty Mozarta. Dwa z nich znalazły się na moim płytowym debiucie.

 

Potem był komplet Etiud Chopina. Miałeś wtedy osiemnaście lat. To dobry wiek do nagrywania tego repertuaru?

Trudno mi to ocenić. Taki był mój Chopin w wieku osiemnastu lat i nie wstydzę się tego nagrania. Dziś gram etiudy inaczej, jak większość utworów, które wykonywałem kiedyś. Jeśli poczuję, że mam w nich coś nowego do powiedzenia, po prostu nagram je na nowo.

 

A wiesz już co będzie na dwóch pozostałych płytach, które obejmuje twój kontrakt?

Jedna z nich jest już nawet nagrana i ukaże się u progu przyszłego roku. Znajdzie się na niej także Chopin i wiem, że części tego repertuaru nie ma jeszcze w katalogu DG.

 

Nie będzie to więc płyta solowa?

Nie, ale nic więcej nie mogę na razie powiedzieć.

 

Na poprzednim festiwalu „Chopin i jego Europa” grałeś Sonatę wiolonczelową Chopina  w duecie z Trulsem Mørkiem. Zdarza ci się grać na co dzień muzykę kameralną?

Gram ją całkiem często. W dzieciństwie kameralistyka była ważną częścią mojej edukacji. Teraz co prawda skupiam się na czym innym, ale grając z orkiestrami wciąż uprawiam rodzaj kameralistyki. Tak traktuję swoją rolę w wielu koncertach, szczególnie kiedy występuję z mniejszymi zespołami. Niedawno w Wiedniu wykonywałem Mozarta z Norweską Orkiestrą Kameralną. Ten zespół często gra bez dyrygenta, zdarza się nawet, że bez nut. Tym razem mieliśmy tylko jedną próbę, więc nuty się przydały, ale każdy z nas znał dokładnie każdy głos partytury, dzięki czemu muzyka nabrała innego wymiaru.

 

Wiem, że dyrygowałeś od fortepianu także innymi zespołami.

Orkiestry często mi mówią, że łatwo im się ze mną gra. A dyrygent, szczególnie mniej wybitny, nie zawsze pomaga, a czasem wręcz przeszkadza w interpretacji. Nie zawsze rozumie idee, które chcę przekazać, zdarza się, że nie do końca rozumie wykonywany utwór. Postanowiłem więc spróbować dyrygowania podczas długiego tournée z Orkiestrą Kameralną w Zurichu. Graliśmy dwa świetnie mi znane koncerty Mozarta i było to wspaniałe doświadczenie.

 

Chcesz w przyszłości częściej sięgać po batutę, jak Christian Zacharias, z którym  nagrywałeś koncerty Mozarta?

Dlaczego nie? Na razie cieszę się, że mogę grać na fortepianie. Dyrygowanie  nie jest łatwe. Nie każdy, nawet świetny solista, może być dobrym dyrygentem. Ale bardzo mnie to pociąga i chciałbym się tej sztuki nauczyć.

 

Krytycy nie zawsze są łaskawi, kiedy „cudowne dzieci” dorastają. Jakie znaczenie mają dla ciebie recenzje?  

Nie można zbytnio przejmować się opiniami krytyków, trzeba nabrać do nich trochę dystansu. Ostatnio grałem koncert z orkiestrą w Weronie. Potem przeczytałem w recenzji, że „Czajkowski Lisieckiego był magiczny”. Tylko że ja grałem koncert Chopina… I co mam wtedy myśleć? Czasem też krytycy dorabiają do mojej gry jakieś teorie, które nie mają nic wspólnego z prawdą. Przestałem więc przejmować się recenzjami. Wolę mieć dobre wspomnienia z koncertów.

 

A jak ci się grywa w Polsce? Czujesz tu większą presję niż w Wiedniu czy Londynie?

Może tylko w Warszawie trochę większą. W innych miastach zawsze jest łatwiej. Dziś w Polsce czuję się jak w domu. Lubię tu grać i dlatego bardzo się cieszę na oba koncerty we Wrocławiu. Mamy szczęście jako Polacy – wzbogaciliśmy się teraz o tyle wspaniałych sal i koncertów na wysokim poziomie.

 

W Narodowym Forum Muzyki zagrasz koncert Edvarda Griega. Niedawno grał go tutaj Lang Lang, dość niekonwencjonalnie i jak zwykle gwiazdorsko. Jaki będzie Grieg w twoim wykonaniu?

Sądzę, że całkiem odmienny. Zawsze dążę do maksymalnej prostoty w interpretacji. Nie interesuje mnie gwiazdorskie granie, najważniejsza jest sama muzyka. Czasem publiczność woli, kiedy artysta gra bardziej siebie, ale nie można rywalizować z wykonywanym utworem. Geniuszem jest Chopin czy Mozart, ja tylko interpretuję ich muzykę i mam z tego wielką przyjemność.

 

Wystąpisz na koncertach sylwestrowych. To szczególna okazja, tego wieczoru wielu słuchaczy pragnie jednak kontaktu z gwiazdą. Założysz chociaż błyszczący frak, zaskoczysz jakąś ekstrawagancką fryzurą czy brokatem na włosach?

Nie myślałem jeszcze o tym, ale może poddałaś mi ciekawy pomysł? (śmiech)