Wydanie: MWM 12/2016

Trzej urodzeni w buszu

Article_more
Było ich trzech tuż przed Bożym Narodzeniem w Togo, w Afryce. Spotkałam ich, podróżując na polską wigilię do przyjaciółki mieszkającej w stołecznym Lomé. Trzech griotów, może jednak trochę magów? Na pewno mędrców. Michel, Martin i Yassih. Dziś żyje tylko jeden, a i tego nie jestem pewna, bo mieszka głęboko w buszu i nie używa komórki.

Któż to jest griot w Afryce? Niegdyś była to rola społeczna, artystyczna, polityczna. Pierwsi grioci pojawili się w średniowieczu. Należeli do arystokratycznych rodów, które służyły na dworach królewskich za czasów imperium Mandingów, rozpościerającego się w Afryce Zachodniej od Mali, Nigru i Mauretanii po wybrzeże Zatoki Gwinejskiej. Pośredniczyli między władcami a ludem, posługując się słowem i muzyką. Byli nie tylko artystami i ambasadorami kultury, którzy sławili w pieśniach władców, królestwo, dynastie, lud, lecz także znachorami, opowiadaczami, królewskimi doradcami, a przede wszystkim strażnikami pamięci narodu, bo tradycja afrykańska to tradycja oralna.

 

Jak opowiadał mi przed kilku laty Toumani Diabaté, griot i wirtuoz kory z Mali, griot jest do dziś dla Afryki Zachodniej tym, czym krew dla ludzkiego organizmu, nadaje sens jej istnieniu. W języku malinke ludu Mandingów odpowiednikiem słowa „griot”, które zapożyczono z francuskiego, jest „djéli”, czyli właśnie krew narodu. „Griota ma do dziś każdy szef rządu w państwach leżących na terenie dawnego imperium, ale i każda wioska, każda rodzina. W afrykańskiej tradycji ustnej grioci są porte-paroles społeczeństwa, towarzyszącymi każdemu etapowi życia człowieka, narzędziem pamięci zbiorowej, a dziedzictwo griota przekazywane jest z ojca na syna od siedmiuset lat”, wyjaśniał mi Diabaté.

 

Współcześnie grioci to najczęściej – tak jak Toumani Diabaté – wybitni muzycy, którzy pielęgnują artystyczną tradycję rodzinną. Takich rodów jest zaledwie kilka: ród Diabaté, Kante, Diarra, Dembélé czy Sissoko. Społeczność griotów jest do dziś doskonale zorganizowana i pielęgnuje wartości demokracji i cywilizacji, jakie były związane z imperium Mandingów. Stowarzyszenie griotów ma swoją siedzibę w Bamako w Mali. Griotów z tych wielkich arystokratycznych rodów spotkać można nawet w Polsce, bo jako wybitni artyści dają znakomite koncerty na całym świecie.

 

Ale do griota z wioski pojechać trzeba osobiście. To ludzie skromni, są wśród nich i mężczyźni i kobiety, i nic w tym dziwnego, bowiem kobiety także pełnią tę rolę. Najsłynniejszą współcześnie griotką jest Adam Ba Konaré, malijska pisarka, profesor historii sztuki i żona polityka Alphy Oumara Konaré, prezydenta Mali w latach 1992–2002 i przewodniczącego Unii Afrykańskiej do 2008. Notabene oboje doktoraty zrobili w Polsce.

 

Ale, jak wspominałam, są grioci, którzy niekoniecznie noszą owe wielkie, naznaczone dziedzictwem afrykańskiej historii, nazwiska. Rodzą się griotami jak owi wielcy, ale nie zawsze z powodu rodzinnej tradycji, a po prostu z powołania, talentów artystycznych, społecznych. Za sprawą swej twórczości – opowieści, poezji, pieśni, tańca – pomagają ludziom, radzą im, jak postępować, są arbitrami w sporach między zagniewanymi sąsiadami lub małżonkami, naprawiają ludzkie relacje, leczą dusze, wzruszają i upamiętniają w swej sztuce ważne wydarzenia z życia wioski, społeczności, rodziny i przekazują wiedzę o nich młodszym pokoleniom.

 

Moich trzech griotów z buszu w Togo nosiło nazwiska nieuświęcone tradycją: Michel Potossa Morosa, Yassih Weyenama i Martin Badjam Tchamassi. Ale dziś tkwią we mnie głęboko.

 

Podczas wędrówki na polską wigilię przystanęłam w buszu w miejscowości Pagouda, na północy Togo. I wtedy owi trzej grioci objawili się znienacka, jako że sądziłam dotąd, iż tradycja griotów jest w Togo dość słaba. A wcale nie byłam nieobeznana z tematem, tak mi się przynajmniej wydawało. W Pagouda, w parafii katolickiej proboszczem był mój nieodżałowany przyjaciel, Piotr Warzecha, człowiek otwarty na afrykańską kulturę. W moich podróżach zawsze robiłam przystanek u niego. Tam był mój dom w Afryce – rodzinna, a wieloetniczna atmosfera, kawa z mlekiem na śniadanie, obiad przygotowany przez Hélène, doskonałą kucharkę Piotra, Afrykankę rzecz jasna, która wyczarowywała polskie żurki i bigosy. Tym razem ów spokojny pobyt w Pagouda na kilka dni przed wigilią zamienił się w pielgrzymkę. Do wiosek w buszu i w górach, i w samej Pagoudzie. Piotr bowiem zakrzyknął: „Interesują cię grioci? Mamy tu kilku całkiem niezłych!”.

I tak dowiedziałam się, że parę kroków od parafii ma swoją chatę jeden z najwybitniejszych i najpopularniejszych w tym kraju tradycyjnych griotów, Yassih Weyenama. Wybrałam się więc na jego podwórko z małymi podarunkami świątecznymi i z tłumaczem, bo Yassih mówił w języku swojego ludu Kabyé.

 

Nowych gości witał, zaczynając od pieśni o wypadku lotniczym byłego prezydenta kraju, Gnassingbé Eyadémy. To zmitologizowana historia autentycznego zdarzenia sprzed kilkudziesięciu lat. Dla mnie dość bulwersująca była owa pochwała nieżyjącego już prezydenta, jako że był to paskudny, wyjątkowo długo panujący w Afryce dyktator. Eyadéma urodził się niedaleko Pagoudy, w wiosce Pya, i tam też się zdarzył ów wypadek, na lotnisku niedaleko posiadłości władcy.

 

Yassih spełnił więc swą rolę, choć może nie bardzo pielęgnował w tym przypadku wartości demokratyczne tradycji griotów. Za to był diabelsko utalentowany, piszę „był” – bo niestety nie żyje już od kilku lat. Grał na pięknej lutni własnej produkcji, a dźwięki z niej wydobywał przecudne, rytmiczne, porywające, melodeklamując ciepłym głosem. Był też niezwykle gościnnym, dobrodusznym człowiekiem, dziadkiem z czułością odnoszącym się do gromady wnuków przed chatą i uczącym młodsze pokolenia sztuki układania opowieści oraz tworzenia muzyki. Znał też doskonale powiedzenie wybitnego malijskiego intelektualisty, Hamadou Hampaté Bâ: „Gdy w Afryce umiera stary człowiek, to tak, jakby spłonęła cała biblioteka”, określające znaczenie tradycji ustnej i tych, którzy ją wciąż chronią.

 

Od Yassiha poszłam na piechotę w góry, do wioski Asseré, do Martina Badjama Tchamassi i jego żony Madame Akonadom, czyli Tej Która Przyniosła na Ten Świat Problemy. Oboje okazali się niezwykle skromni. To ludzie naprawdę bardzo biedni, ale z otwartymi sercami, przygarnęli mnie na zawsze – on z n’goni, tradycyjnym instrumentem griotów zrobionym z puszki po oleju i ona, która zaśpiewała i zatańczyła mi przypowieść o żonie niewiernej (nie wiedzieć czemu, ale jak ujmująco!). Potem wracałam do nich z jakąś kupką ubrań, bo o nie zawsze mnie prosili, i z garścią pieniędzy. Dla mnie była to suma niewielka, ale im pozwalała jeść porządnie przez jakiś czas.

 

Potem pojechałam wozem terenowym – sama, pierwszy raz terenowym, nie powiem, ile mnie to nerwów kosztowało! – w busz, do wioski Banwaré. Tam mieszkał griot i bajarz Michel Potossa Morosa zwany Abalkpeto, czyli Najczarniejszy Człowiek. Michela znaleźć na miejscu nie jest łatwo; mimo iż nie widzi, wciąż jest w ruchu ze swoją lutnią, przecudnym miodowym głosem o chyba czterowymiarowej głębi, i muzyką o bardzo jazzowym, synkopowym rytmie. Ludzie z różnych okolic wciąż go zapraszają, a to by zagrał na weselu, a to z okazji urodzin dziecka, a to po prostu, by zagrał. W Michelu nie sposób się nie zakochać, cała wioska przybiega, gdy on gra i śpiewa, wszyscy tańczą do jego melodyjnej, rytmicznej, gorącej muzyki. Michela można było nawet od czasu do czasu usłyszeć w lokalnym węźle radiowym wioski Pagouda. Najczarniejszy Człowiek jest popularny, bo z dalekiego buszu instynktownie wędruje w swej sztuce z duchem zmieniającej się muzyki afrykańskiej, która łączy dziś w sposób fascynujący różne rytmy, od muzyki rytualnej po popularną, tak jak robią to afrykańscy artyści zawodowej estrady muzycznej.

 

Uspokoję czytelników: dotarłam w końcu na polską wigilię, ale od tej pory ma ona chwilami ciemną skórę afrykańskich griotów, którzy niosą w swojej muzyce i opowieści mądrość codzienną oraz tę odziedziczoną po przodkach, i w tej mądrości łączą ludzi z różnych stron, bywa, że i z bardzo odległych.

 

Jest takie afrykańskie przysłowie: „Nic nie podąża szybciej do nieba niż dym”. Moich dwóch griotów już odeszło z tego świata. Gdzie jest trzeci, nie wiem. Ale wiem, że tradycja w Afryce za sprawą tych ludzi dymem nie jest.