Wydanie: MWM 12/2016

Mikołaj z Miry

Article_more
Kiedy będą mogli państwo sięgnąć po ten tekst, wszystko w centrach miast będzie już krzyczeć o świętach. Od stosownych dekoracji – czyli: migających lampek, choinek we wszelakich odmianach i kształtach, gwiazdek, dzwoneczków oraz zaprzężonych w renifery sań z rubasznym, rumianym siwobrodym grubasem w czerwonym kubraku – trudno będzie się opędzić. Takie nasze czasy, z konsumpcjonizmem rosnącym wykładniczo w chwilach, kiedy podobno powinniśmy szczególnie myśleć o duchowym wymiarze naszego bytu. Ale najgorsza w tej komercyjnej orgii jest „stosowna”, „świąteczna muzyka”, tak zwane „christmasy” – popowe kawałki ze świętami w tle i w roli głównej. Nawet w minimalnej dawce przyprawiają o mdłości.

Ciekawe, czy ktokolwiek odpowiedzialny za tę orgię świątecznego kiczu zadał sobie trud zerknięcia na mapę w poszukiwaniu miejsc historycznie ze świętym Mikołajem związanych? Wątpliwe i już raczej bez znaczenia, bo także tam, do Licji – konkretnie do Demre w Turcji – mikołajowo-świąteczny kicz niestety dotarł. Stosowny pomnik (szkaradzieństwo niemożebne) wita turystów chcących zwiedzić starożytną Mirę. Według hagiografów na przełomie III i IV stulecia posługę biskupią sprawował tutaj Mikołaj, jeden z najbardziej czczonych świętych większości obrządków. Miejsce to niezwykłe, ze śladami świetności i dawnej wielkości, której nie zniszczył ani czas, ani religijna ortodoksja. Co prawda wielkiej świątyni Artemidy nie ma (zburzono ją na rozkaz biskupa Mikołaja), ale przetrwał imponujący rzymski amfiteatr. Jego skala uświadamia, jak zasobna musiała być starożytna Mira, jakie potrzeby kulturalne mieli jej mieszkańcy. Dość niezwykle zabrzmiał śpiew muezina, dobiegający z pobliskiego meczetu. Wiem, był odtwarzany z głośników zawieszonych na minarecie, ale po południu, w kontekście tych starożytnych ruin, kamieni ze śladami kunsztu mistrzów rzeźbiarstwa, wykutych w skałach grobowców o fasadach zdobnych kolumnami, był jak dowód przemijania – ludzi, cywilizacji, religijnych obrządków. Święty i cudotwórca kościoła wschodniego i zachodniego, wspominany nawet w kalendarzach protestanckich, także przeminął. Sobór Watykański II zakwestionował historyczność Mikołaja. Od końca lat sześćdziesiątych minionego wieku 6 grudnia jest jedynie „wspomnieniem dowolnym” tak powszechnie czczonego dawniej świętego. Wiecznotrwałość to rzecz ulotna…

„Prawdziwy” święty, biskup Mikołaj – nie ten dzisiejszy, sprowadzony do komercyjnego dostawcy gwiazdkowych prezentów – pobudził artystyczną wyobraźnię Benjamina Brittena. Ciekawe, że okoliczności powstania kantaty St Nicolas op. 42 z bożonarodzeniową okazją się nie wiążą. Muzyczna opowieść o życiu i cudach dokonywanych przez Mikołaja powstała na zamówienie Lancing College, szkoły Petere Pearsa, która zamierzała jej wykonaniem ubarwić stulecie swego istnienia. Tekst napisał Eric Crozier, librecista opery Albert Herring oraz autor komentarzy do The Young Person’s Guide to the Orchestra. Do wykonania kantaty oprócz tenora solo niezbędny jest chór mieszany, chór dziecięcy, kwartet solowych głosów chłopięcych i oczywiście zespół instrumentalny, złożony z kwintetu smyczkowego, dwóch fortepianów, perkusji i organów. Całość Britten ukształtował tak, by wykonanie kantaty nie przekraczało możliwości dzieci, niekoniecznie nawet poddanych rygorom edukacji muzycznej. Co nie znaczy, że w którymkolwiek momencie poszedł na artystyczną łatwiznę, doskonale zdawał sobie bowiem sprawę, że prawdziwa prostota powinna być utożsamiana ze szlachetnością.

 

Koncept dramaturgiczny kantaty jest pyszny. W Introdukcji chór wywołuje ducha Mikołaja. Spoza oślepiającej chwały świętości, biskupich szat, mitry i złotego krzyża ma ukazać się zwykły człowiek i opowiedzieć o drodze swojego życia. I Mikołaj – patron dzieci, marynarzy i podróżnych – opowiada o swoich narodzinach, o tym, jak po śmierci rodziców poświęcił się Bogu, o wędrówce do Palestyny, wyborze na biskupa Miry i obietnicy złożonej kongregacji, że będzie chronił sieroty i wdowy. W barwnej historii sprzed 1600 lat nie brakuje epizodu przyprawiającego o dreszcz przerażenia. Część siódma kantaty opowiada o klęsce głodu. Zdesperowani do ostatka ludzie zabili trzech chłopców. Miało dojść do próby kanibalizmu. Na szczęście Mikołajowi udało się ich wskrzesić i zwrócić matkom. Miarę owego cudu podkreśla potężne Alleluja. Biskup Miry przez ponad cztery dziesięciolecia służył biednym i sierotom, niósł pocieszenie i nadzieję. Na koniec przepowiada swą śmierć, która będzie nieuchronnym i oczekiwanym spotkaniem z Bogiem. Całość, muzycznie surową (może nawet zamierzenie ascetyczną), wieńczy hymn. Do jego wykonania może dołączyć się publiczność. Szkoda, że możliwe jest to (z oczywistych względów) wyłącznie w ojczyźnie Brittena. Stało się tak w czerwcu 1948 roku, podczas przedpremierowego wykonania w kościele parafialnym na Aldeburgh Festival. Oficjalna premiera kantaty odbyła się w Lancing College miesiąc później. Obydwa wykonania poprowadził kompozytor. St Nicolas op. 42, akurat ten owoc artystycznej imaginacji, może służyć za zbawienną odtrutkę na kiczowatą oprawę dźwiękową grudniowych świąt. Miłej lektury i Wesołych Świąt!