Wydanie: MWM 12/2016

W Zurichu i Lozannie

Article_more
To październikowe popołudnie w Zurichu należało do Włochów. Początek wizyty nie był obiecujący. W hali głównej dworca kolejowego zaskakiwał bowiem podróżnych potężny, biało-błękitny namiot. Okazało się, że na gościnne występy przybył tu Oktoberfest, który spragnionych podróżnych kusił zapachami wurstu i piwa, dodatkowo okraszonymi miarowym rytmem biesiadnej muzyki bawarskiej.

Dwa kroki od dworca, uwolniwszy się od dudnienia, w przyjemnej ciszy zuryskiego Landesmuseum odnaleźć można było Włochów. Fenomenalna wystawa „Europa w epoce renesansu. Przemiany w okresie 1400–1600” sama mogłaby być celem odległej podróży. Snuta ze szwajcarskiej perspektywy opowieść eksponuje znaczenie reformacji i dokonania Szwajcarów. Tropiciel wątków związanych z Polską z pewnością zwróci uwagę na cyfrową mapę ukazującą rozprzestrzenianie się wynalazku druku, na której pojawia się Kraków, zaś w sali poświęconej rozwojowi nauki pochyli się w zadumie nad egzemplarzem dzieła Mikołaja Kopernika O obrotach sfer niebieskich. Zapominając o dokonaniach nauki, szlakach handlowych i wojnach religijnych, zwiedzający zagubi się wśród włoskiego malarstwa, między studiami perspektywy i greckimi boginiami.

 

Do Włochów należał również wieczór spędzony w Operze Zuryskiej, choć i tu tropiciel polskich wątków mógł znaleźć coś dla siebie. Na afiszu Rycerskość wieśniacza Pietra Mascagniego i Pajace Ruggiera Leoncavalla w inscenizacji Grischy Asagaroffa. Inscenizacja ta – równie werystyczna jak same opery – dała śpiewakom pole do popisu, zarówno w dziedzinie aktorstwa, jak i wokalistyki. W obu tytułach główne role męskie wykonał Roberto Alagna. Te postaci wydają się dla niego stworzone, jako francuski Włoch i włoski Francuz o sycylijskich korzeniach odnajduje się w tych partiach znakomicie. Turiddu, rycerski wieśniak z Sycylii, mógłby nazywać się Roberto. Podobnie odwiedzający kalabryjską wioskę pagliaccio Canio. Na scenie partię jego żony Neddy wykonuje świetna Aleksandra Kurzak. Gdy ich tragioperowa opowieść dobiega końca, zachwycona publiczność wstaje z miejsc. 

Kolejnego dnia podróżny ponownie trafia na zuryski dworzec. Jest wcześnie rano, więc biało-błękitny namiot jeszcze śpi. O tej porze do Lozanny wyruszają niemal jednocześnie dwa pociągi. „Jeśli pan się śpieszy – mówi konduktor – proszę pojechać tym, który jedzie przez tunele. Jeśli byłby pan gotów jechać dziesięć minut dłużej, będzie pan miał szansę popatrzeć na panoramę Alp i jezioro Neuchâtel”. Niestety Alpy skryły się w chmurach, za to jesienne Jezioro Neuchâtel, po którym błąkają się ostatnie żaglówki, rzuca na podróżnego urok. Podobnie Jezioro Genewskie, nad którym położona jest Lozanna. Nie jest to miasto dla nowo przybyłego łatwe. Tak przynajmniej uważa kanadyjski reżyser Robert Carsen, który po trzydziestu latach nieobecności powrócił do Opery Lozańskiej, by wyreżyserować Orfeusza Claudia Monteverdiego. „Lozanna nie jest miastem, które odkrywa się przy pierwszym spojrzeniu, bez wątpienia dzieje się tak ze względu na jego topografię. Stereotypy także dają znać o sobie, gdy przekracza się granicę – wydajność, czystość i… drożyzna! Gdy minie pierwsze wrażenie, dominować zaczyna kultura – muzea, teatry, orkiestry, tak bardzo obecne i na tak wysokim poziomie”. Carsen ma rację: wędrując po Lozannie, trzeba poddać się niełatwemu ukształtowaniu miasta, droga od portu do katedry dla mniej zaprawionego piechura może okazać się prawdziwą wspinaczką. Na szczęście z dworca do opery jest blisko, droga zaś niezbyt stroma.

 

Wielokrotnie przebudowywany teatr robi wrażenie nowoczesnego. Tuż przy wejściu uwagę zwraca tablica przypominająca, że właśnie tu odbyła się w 1918 roku premiera Historii żołnierza Igora Strawińskiego. Lozanna kultywuje pamięć o Strawińskim, podobnie jak o Ignacym Janie Paderewskim, który mieszkał w pobliskim Morges. Wyprawa śladami wielkiego pianisty to jednak temat na odrębną opowieść.

 

Orfeusz Carsena zaczyna się w morzu kwiatów. Chórzyści po śmierci Eurydyki spychają je ze sceny swoimi ciałami, by ukazać lśniącą czarną posadzkę, którą już za chwilę pokryje woda. W wodzie rozgrywa się scena z udziałem Orfeusza i Charona. Z tej pokrywającej podłogę tafli zrozpaczony mąż wydziera na chwilę Eurydykę Plutonowi. Piąty akt kończy się obrazem Orfeusza wśród tańczących płatków śniegu. Magię tego niezwykłego spektaklu współtworzy mistrzowskie światło przygotowane przez Henriego Marzeau i muzyka, którą błyskotliwie odczytuje zespół prowadzony przez Ottavia Dantone. Nawet w najtragiczniejszych chwilach opowieści soliści i chór emanują młodością, której wykwintnie szpakowata publiczność wydaje się bardzo spragniona. Śnieg na scenie jest tak sugestywny, iż po wyjściu z teatru widz dziwi się, że wciąż go tu nie ma. Wiejący od strony Mont Blanc lodowaty wiatr obiecuje jednak, że na śnieg w Lozannie nie trzeba będzie czekać bardzo długo.