Autor: Jacek Dehnel

Nikolaus Schneemann (1789–1833)

Mały słownik kompozytorów zapomnianych i nieistniejących
Article_more
Schneemann przyszedł na świat w niewielkim Oberndorfie pod Salzburgiem w mroźny dzień grudniowy; śnieg leżał już wysoko, a że w kalendarzu wypadał akurat dzień świętego Mikołaja, cherlawemu noworodkowi nadano – zgodnie z miejscowym zwyczajem – właśnie to imię. Ktoś mógłby zarzucić, że zwyczaj taki świadczy o braku wyobraźni u tamtejszej ludności, ale też trzeba przyznać, że rodzice przyszłego kompozytora nie cierpieli na nadmiar wolnego czasu, który mogliby poświęcić na wymyślanie imienia dla potomka: matka urodziła właśnie jedenaste z trzynaściorga dzieci (tylko troje z nich dożyło dorosłości), ojciec zaś albo zaharowywał się w niewielkim gospodarstwie, albo marzł w lesie, zastawiając wnyki na zwierzęta, w wolnym czasie trudnił się bowiem kłusownictwem.

W wieku lat pięciu Nikolaus zapadł na ciężką chorobę płuc i wówczas to jego rodzice, ludzie niewielkiej wiedzy medycznej, ale głębokiej wiary, odddali go w opiekę Matce Boskiej, przysięgając, że jeśli chłopiec przeżyje, przeznaczą go na księdza. Jakkolwiek księdzem ostatecznie nie został, chwila ta miała zaważyć na całym życiu Schneemanna – przede wszystkim dlatego, że musiał zdobyć wykształcenie poważniejsze niż pierwszy lepszy wiejski parobek, a istotną częścią tego wykształcenia okazała się muzyka, do której chłopiec zdradzał, jak się miało okazać, szczególne zdolności.

 

Jego mężem opatrznościowym stał się Johann Nepomuk Hiernle, wikary salzburskiej katedry i kierownik tamtejszego chóru, który wyjątkowo troszczył się o uzdolnionych muzycznie uczniów. Innym jego podopiecznym był Josef Mohr – o trzy lata młodszy od Nikolausa, który jak on przyszedł na świat w grudniu, i to w okolicznościach bardziej jeszcze nieprzychylnych, był bowiem nieślubnym dzieckiem pewnego dezertera i hafciarki. Mimo różnicy wieku chłopcy zaprzyjaźnili się ze sobą, razem udali się na dwa lata do opactwa benedyktyńskiego w Kremsmünster, razem powrócili i kto wie, czy to nie za sprawą Schneemanna młody Mohr postanowił wstąpić do seminarium – na co, z uwagi na nieślubne pochodzenie, musiał zresztą uzyskać specjalną dyspensę.

 

W przeciwieństwie do Mohra (śpiew i skrzypce), który później okazał się księdzem oddanym i słynnym ze swojej dobroczynności, Schneemann (śpiew i obój) nie czuł szczególnie mocnego powołania; przyjął po prostu śluby rodziców jako coś oczywistego, z czym się nie dyskutuje – jednak burzliwy okres dojrzewania sprawił, że młodzieniec odszedł z seminarium i postanowił podążyć ścieżką kariery muzycznej. Nie znaczy to wszakże, że drogi przyjaciół się rozeszły; w roku 1815 Mohr został wprawdzie umieszczony w parafii Ramsau pod Berchtesgaden, ale nadal wymieniali ze sobą serdeczne i obfite listy, traktujące głównie o muzyce, Bogu i chorobach górnych dróg oddechowych.

 

W roku 1816 Josef dołożył do jednej z przesyłek niedługi wierszyk, zaczynający się od słów „Stille Nacht, heilige Nacht…”, a w odpowiedzi otrzymał, naszkicowaną dość niechlujnie, melodię, opatrzoną komentarzem: „Wieleśmi, Józiu drogi, uczynił radości tymto wierszykiem, pszysiadłem wienc zgitarą na pszypiecku i w czy kwaderanse machnąłem tento muzyczkę, której czeba może wincyj uwagi, ale niechaj i ciebie cieszy”. Mohr podziękował grzecznie, acz zdawkowo, i więcej do sprawy nie wracali, co nie powinno też specjalnie dziwić, bo wielokrotnie – sądząc z korespondencji zachowanej tylko częściowo – wymieniali się urywkami skomponowanych własnoręcznie lub zasłyszanych gdzieś melodii i nie przywiązywali do tego większej wagi.

Rok później ksiądz, za sprawą słabego zdrowia, musiał powrócić do Salzburga, a po okresie rekonwalescencji trafił do rodzinnej miejscowości Nikolausa, Oberndorfu; tu miał się przekonać, że jego przyjaciel daleko odszedł od dawnej pobożności. Odnosił się wprawdzie do Mohra równie serdecznie, co przedtem, jednak żył w grzechu z młodą wdową po młynarzu, sprowadzając na siebie gniew całej miejscowości, publicznie kpił z najrozmaitszych świętości, a w karczmie chętnie śpiewał komponowane ad hoc, sprośne przyśpiewki. Nowy ksiądz kilkakrotnie usiłował bezskutecznie „sprowadzić go na dobrą drogę”, po czym dał sobie z tym spokój i zaczął odżegnywać się od znajomości, która mogła mu zaszkodzić w oczach parafian; był młody, dopiero zaczynał karierę, a że od dzieciństwa wiedział, jak smakuje bieda, wolał się nie wychylać i dochrapać się porządnej prebendy.

 

W Boże Narodzenie 1818 roku ośmielił się wystąpić przed wiernymi, odśpiewując swój wiersz jako kolędę – wydobył dawny list Nikolausa, kilkakrotnie prześpiewał na plebanii Cichą noc i, z niejaką nieśmiałością, ruszył do kościoła. Nie mógł się, oczywiście, spodziewać, że nowa pieśń zdobędzie błyskawiczną popularność; zanim jeszcze minął okres świąteczny, zaczęto ją śpiewać we wszystkich okolicznych parafiach, w tym w niedalekim Arnsdorf. I to właśnie arnsdorfski nauczyciel i organista, Franz Xaver Gruber, z którym w ostatnim czasie zawarł bliższą znajomość i któremu wyznał, kto jest autorem popularnej melodii, uświadomił mu, że prawda za żadne skarby nie może wyjść na jaw; chroniczny cudzołóżca, bluźnierca i opój nie może figurować jako natchniony muzyk, który ułożył tak piękne dźwięki. Postanowili zatem, ad maiorem Dei gloriam, nagiąć nieco prawdę i wymyślili łzawą historyjkę o tym, jak Mohr w przeddzień świątecznej mszy ruszył przez śniegi do Arnsdorfu, uprosił Grubera o skomponowanie melodii, a ten, pomodliwszy się, raz-dwa z natchnienia Ducha Świętego zapisał całą melodię bez jednej błędnej nuty.

 

Nie trzeba było wiele czasu, by Nikolaus dowiedział się, że Josef go zdradził. I nie chodzi o to, że dbał o parę linijek zapisu nutowego, rzuconego od niechcenia; szło o przyjaźń właśnie, o to, że najbliższy przyjaciel spiknął się z Gruberem – z którym, swoją drogą, Schneemann miał od pewnego czasu na pieńku, bo, przyciśnięty biedą, sam starał się o posadę organisty w okolicznych miejscowościach, oczywiście na próżno, nie mógł się bowiem pochwalić świadectwem moralności.

 

Całą swą energię obrócił odtąd na udowodnienie, że to on stworzył melodię z roku na rok coraz ochotniej śpiewaną w Salzburgu, jego okolicach, a w końcu i w całym cesarstwie. Nazywał Mohra „księdzem z piekła rodem” i „Judaszem naszych czasów”, wykupił – pomimo ciągłych problemów z gotówką – ogłoszenie w miejscowym dzienniku, gdzie „z całą mocą i klnąc się na wszelkie świętości” (w które osobiście, jak się zdaje, nie wierzył) przysięgał, że to on, a nie Gruber, skomponował kolędę. Na próżno, bezbożnemu awanturnikowi nikt nie wierzył, a Schneemann, popularny niegdyś w karczmach jako dobry kompan do picia, stał się powoli nieznośny, jak większość ludzi cierpiących na monomanię. Najpierw opuściła go – i wyrzuciła z domu – wdowa po młynarzu, która niebawem poślubiła owdowiałego pocztmistrza, potem kolejni znajomi; kompozytor stawał się coraz bardziej samotny i zapity, nie ustawał jednak w próbach potwierdzenia, że to on napisał Stille Nacht. Wysłał nawet w tej sprawie pismo do Wiednia, ale odpowiedź miała nigdy nie nadejść: 26 grudnia 1833 roku żebrak, znany w całej ziemi salzburskiej, niejaki Chudy Fritz, włóczył się w okolicach Glanegg; nieopodal zamku, w Młynarzowym Żlebie, natknął się na zwłoki Schneemanna (pogłoski widziały w tym rękę dawnego przyjaciela, zawiniła chyba jednak spora dawka schnapsa). W stosownej teczce kancelarii cesarskiej odnotowano lakonicznie: „Sprawa nieaktualna za sprawą zgonu petenta”.