Wydanie: MWM 01/2017

Gram muzykę, która mnie porusza

Tasmin Little - wywiad
Article_more
Tym, co łączy kompozytorów polskich, jest paradoksalnie bardzo indywidualny język muzyczny każdego z nich. Nie słyszę korelacji nawet między Szymanowskim a Karłowiczem. Chociaż może wspólnym mianownikiem ich stylu, również stylu Lutosławskiego, jest wyrazisty rytm. Natężenie emocjonalne muzyki i jej rytmiczność to cechy charakterystyczne dla polskich kompozytorów, których utwory grałam.

Andrzej Cezary Zieliński: Rozmawiamy w dniu, w którym wybory na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych wygrał Donald Trump. Trudno zatem zacząć od innego tematu, szczególnie w kontekście tego, że kilka miesięcy wcześniej Wielka Brytania zdecydowała o wyjściu z Unii Europejskiej. Czy te wszystkie, dość radykalne zmiany polityczne, odciskają swoje piętno na świecie muzyki?

Tasmin Little: Oczywiście! Polityka oddziałuje na każdą sferę naszego życia. To, o czym pan mówi, to smutne wiadomości zarówno dla mnie, jak i zapewne dla każdego, kto zajmuje się sztuką. W każdym kreatywnym działaniu chodzi przecież o łączenie, a nie o stawianie murów. Bardzo dotknęło mnie to, że większość Brytyjczyków wybrała Brexit. Ja głosowałam inaczej. Wydaje mi się, że dla naszego kraju to duży krok wstecz. Odpowiadając jednak na pana pytanie: tak, polityka oddziałuje w bezpośredni sposób na nas, muzyków. Nieustannie przemieszczamy się pomiędzy salami koncertowymi całego świata, nie chcę sobie nawet wyobrażać, jak wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej wpłynie na i tak utrudnione już podróże. Jednak dzięki temu, że musieliśmy włożyć wiele pracy w to, by wykonywać nasz zawód, my muzycy jesteśmy bardzo zawzięci i zdeterminowani. Na pewno znajdziemy sposób na to, by dalej tworzyć muzykę, bez względu na podziały administracyjne.

 

Patrząc z szerszej perspektywy, Brexit nie jest niczym nowym. Epoka izolowania się Brytyjczyków jest zdecydowanie dłuższa niż okresy, kiedy Wyspy były otwarte na Europę kontynentalną i resztę świata. Wszyscy wiemy, że to nie tylko położenie geograficzne determinowało taki stan rzeczy. Widać to również w muzyce. Uwielbiani przez Brytyjczyków kompozytorzy, tacy jak Edward Elgar czy Frederick Delius, do tej pory są rzadko obecni w programach koncertowych poza Wielką Brytanią.

Owszem, ale warto wspomnieć, że obaj kompozytorzy mieli zupełnie inne podejście do swojej brytyjskości. Elgar był tradycjonalistą – kochał Anglię całym sercem, co zresztą słychać było w jego muzyce. Delius nienawidził wszystkiego, co brytyjskie. Nie mógł doczekać się, aż będzie mógł opuścić ten kraj. Zresztą większość życia spędził poza jego granicami. Uwielbiał Francję, Norwegię i Florydę. Mimo tej różnicy między obydwoma twórcami ich muzyka rzeczywiście nieczęsto trafia do serc melomanów spoza Wielkiej Brytanii. Ale to chyba powszechne zjawisko na całym świecie. Koncert skrzypcowy A-dur Mieczysława Karłowicza, który osobiście uwielbiam, nie jest przecież znany poza Polską. Nie wydaje mi się krzywdzące, że niektórzy kompozytorzy doceniani są jedynie w swoim kraju. Tak naprawdę tylko niewielu szczęściarzom udało się osiągnąć znaczący sukces na świecie. Powiedzmy sobie szczerze – ilu jest Bachów, Chopinów czy Mozartów?

 

Ale przecież nie kto inny, tylko pani dowodzi, że może być inaczej. Zostańmy przy muzyce polskiej: wykonuje pani nie tylko utwory wspomnianego Karłowicza, lecz także Lutosławskiego, Szymanowskiego czy Panufnika.

Zarówno Andrzeja, jak i jego córki Roxanny. Tak, bardzo cenię muzykę polską.

 

Spuścizna kompozytorów, których wymieniłem, stanowi przekrój odmiennych stylów w muzyce. Ponadto pisali oni w różnych czasach. Czy pani, jako artystka spoza naszego kręgu kulturowego, widzi jakąś cechę wspólną ich twórczości? Czy dostrzec można w tej muzyce polski idiom?

Wydaje mi się, że tym, co ich łączy, jest paradoksalnie bardzo indywidualny język muzyczny każdego z nich. Nie słyszę korelacji nawet między Szymanowskim a Karłowiczem. Chociaż może wspólnym mianownikiem ich stylu, również stylu Lutosławskiego, jest wyrazisty rytm. Tak, natężenie emocjonalne muzyki i jej rytmiczność to cechy charakterystyczne dla polskich kompozytorów, których utwory grałam. Ostatnio bardzo zagłębiam się w twórczość Szymanowskiego. Właściwie tuż przed naszą rozmową ćwiczyłam jego I Koncert skrzypcowy! Jestem porażona impresjonistyczną sensualnością, nawet seksownością (!) tej muzyki. Liczba kolorów, jakimi „maluje” Szymanowski, jest niebywała. Słychać tam nieskażoną ręką człowieka naturę. Takie samo wrażenie odnosiłam również, grając jego II Koncert skrzypcowy. Wykonywałam też Mity, Nokturn i Tarantellę oraz Romans. Dużo tego Szymanowskiego… Moje zainteresowanie tą muzyką nie wynika jednak z jej „polskości”. Gram po prostu to, co mnie porusza.

 

A czy nie sprawiały pani problemów liczne nawiązania do polskiej muzyki ludowej, jej skal i rytmów?

Również i w angielskiej muzyce często występują elementy zaczerpnięte z ludowej rytmiki czy modalności. Ale oczywiście nie ograniczałam się tylko do rodzimej twórczości. Dorastałam, grając utwory wielu kompozytorów, którzy inspirowali się muzyką tradycyjną. Zgłębianie muzyki z różnych krajów jest jak uczenie się kolejnych języków. Kiedy pozna się ich wystarczająco dużo, wtedy odnajduje się elementy, które są wspólne dla nich wszystkich.

 

Czy mam więc rozumieć, że istnieją cechy uniwersalne, które łączą muzykę ludową ze wszystkich tradycji?

Tak! Schematy rytmiczne zaczerpnięte z folkloru w wielu krajach bywają bardzo podobne. Tak samo jak skale. Porównując angielską, szkocką czy irlandzką muzykę znajdziemy wiele wspólnych cech! U Bartóka często słyszymy coś, co u nas określa się mianem Scotch snap (synkopa szkocka), a przecież inspirował się on węgierską muzyką ludową. Kto powiedział, że taka formuła rytmiczna należy tylko do szkockiej tradycji? Wydaje mi się, że tak naprawdę wszystko swoje źródło ma w naturze.

 

Wcześniej wspomniała pani koncerty skrzypcowe Karola Szymanowskiego, które powstały dla Pawła Kochańskiego. Wiemy, że słynny skrzypek blisko współpracował z kompozytorem przy ich pisaniu. Czy pani również wspomaga twórców, gdy komponują dla pani?

Tak, dobre relacje są bardzo ważne w tworzeniu muzyki. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Na pewno ma to miejsce w przypadku mojej współpracy z Roxanną Panufnik, która prywatnie jest moją najlepszą przyjaciółką. Napisała dla mnie utwór Four World Seasons (Cztery pory roku na świecie), z którym przyjeżdżam w styczniu do Narodowego Forum Muzyki. Z jednej strony Roxanna, komponując to dzieło, myślała o moim dźwięku, o moim stylu gry, a z drugiej – współpracowałyśmy bardzo blisko na etapie tworzenia samej koncepcji i struktury. Miałam zatem duży wpływ na finalny efekt. Oczywiście ta kompozycja już samą nazwą nawiązuje do Czterech pór roku Vivaldiego. Jednak próżno w niej szukać trzyczęściowej formy koncertów. Roxanna podeszła do tematu zgoła inaczej. Każdy z czterech utworów to muzyczna podróż do innego kraju, do innej tradycji. Wszystko rozpoczyna Jesień dedykowana ojcu Roxanny – Andrzejowi. Umiejscowiona jest w roztańczonej Albanii. Później w Zimie przenosimy się na ośnieżone tybetańskie szczyty, gdzie wybrzmiewa piękna ballada miłosna. Wiosna to podróż do Japonii i nasłuchiwanie śpiewającego o tej porze roku wierzbownika japońskiego. Wszystko kończy duszne, ale i bardzo rytmiczne indyjskie Lato

Chciałbym oficjalnie wyrazić żal z powodu tego, że dedykowana Andrzejowi Panufnikowi Jesień nie została osadzona w Polsce!

(śmiech) Może Roxanna stworzy zupełnie nowe Cztery pory roku i wszystkie je umiejscowi w Polsce? To dobry pomysł!

 

Podobno liczy pani każdy swój koncert. Którym będzie z kolei ten wrocławski?

Tak, każdy swój występ zapisuję w specjalnie w tym celu stworzonej bazie danych. Wrocławski koncert uplasuje się gdzieś około 1580 numeru.

 

Kompozycja Four World Seasons Roxanny Panufnik znalazła się na pani najnowszej płycie, wydanej przez wytwórnię Chandos. Zestawiona została z Czterema porami roku Antonia Vivaldiego – utworem, po który skrzypkowie dziś sięgają rzadko. Po pierwsze został on nagrany niezliczoną liczbę razy, a po drugie – Vivaldi, jak i cała muzyka baroku, został niejako zawłaszczony przez muzyków reprezentujących nurt wykonawstwa historycznego.

Głównym powodem, dla którego poprosiłam Roxannę o napisanie dla mnie Four World Seasons, była chęć zaprogramowania koncertu w taki sposób, by wykonać jednocześnie Cztery pory roku Vivaldiego, Estaciones Porteñas Astora Piazzolli oraz właśnie jej utwór. Każda z tych kompozycji jest zupełnie inna gatunkowo, ale łączy je wspólna nadrzędna idea. Często z powodu braku czasu wykonywałam podczas koncertów tylko Vivaldiego i Panufnik. Wielu słuchaczom bardzo podobało się to zestawienie. Dlatego postanowiłam, że takie połączenie zostanie również na płycie. Poza tym nigdy jeszcze nie nagrałam Czterech pór roku Vivaldiego i po prostu chciałam to w końcu zrobić. Owszem, zdawałam sobie sprawę, że inni nagrali to już setki razy, wiedziałam, że nie gram w sposób charakterystyczny dla wykonawstwa historycznego, ale wie pan, jestem muzykiem i uważam, że każda interpretacja wnosi coś nowego. Nie sądzę również, że dzieła Vivaldiego powinno się grać tylko na instrumentach dawnych. To tak jak z Bachem – na czymkolwiek będzie wykonany, i tak jego muzyka zabrzmi świetnie. Nasza sztuka ma tę cechę, że brzmi dobrze w wielu kontekstach.

 

Tak chyba sądzi również pani kolega ze szkoły, Nigel Kennedy. Jego płyta z Czterema porami roku Vivaldiego to jeden z największych sukcesów fonograficznych w całej historii muzyki poważnej.

Właśnie! Ale proszę zwrócić uwagę, że podszedł on do tej kompozycji tak, jakby była to

muzyka pop. Tam nie było dużo „barokowego” grania, dominowała raczej swoboda interpretacyjna. To tylko potwierdza tezę, że ta muzyka jest bardzo uniwersalna.

 

Nigel Kennedy jest teraz bardzo ważnym muzykiem w Polsce, mieszka u nas od wielu lat.

Tak, Nigel zawsze miał dobry gust. (śmiech)

 

Zostańmy chwilę przy mariażu muzyki poważnej z kulturą popularną. Jest Nigel Kennedy, ale mamy też Vanessę Mae, której techno-przeróbki Vivaldiego mają dość dużą rzeszę odbiorców. Czy sądzi pani, że tacy wykonawcy bardziej pomagają muzyce poważnej, czy jej szkodzą?

Wszystko zależy od instrumentalisty i jego umiejętności technicznych. Jeżeli jakiś artysta dodaje do muzyki poważnej beat, zachowując przy tym wysoki poziom artystyczny, to nie mam zastrzeżeń do takich działań. Całkowicie jednak nie toleruję sytuacji, w której muzyk próbuje braki w technice nadrobić krzykliwym, często też w przypadku kobiet, skąpym strojem lub wzbudzaniem kontrowersji. Łączenie muzyki poważnej z kulturą masową ma wiele twarzy. Bardzo popularny ostatnio jest skrzypek i showman André Rieu, który wskrzesza romantyzm spod znaku sukni balowych i fraków, zamieniając swoje koncerty w prawdziwe przedstawienia. Przybywają na nie tłumy wiernych słuchaczy. Trudno zatem w jednoznaczny sposób ocenić to zjawisko. Myślę, że ważne jest, by ludzie mieli wybór i sami decydowali o tym, czego chcą słuchać.

 

Ale żeby świadomie podejmowali decyzje, na początku powinni wiedzieć, z czego mogą wybierać. Pani wpadła na znakomity pomysł, jak poszerzyć grono odbiorców muzyki poważnej. Płytę The Naked Violin udostępniła pani darmowo na swojej stronie internetowej. Każdy mógł ją ściągnąć. To bardzo odważne posunięcie. Czy inni muzycy nie postrzegali tego jako przejścia na ciemną stronę mocy?

(śmiech) Nagranie tej płyty w 2008 roku, jeszcze przed rozkwitem serwisów, takich jak Youtube czy Spotify, miało za zadanie przekroczyć granicę, otworzyć wszystkim drzwi do muzyki poważnej. Bardzo irytuje mnie postrzeganie klasyki jako czegoś elitarnego czy ekskluzywnego. Chciałam udowodnić, że gdy zabierzemy wszystkie przeszkody, które stoją na drodze do poznania muzyki poważnej, to każdy może stać się jej odbiorcą. Setki listów, które dostałam w związku z tą płytą czy pół miliona jej pobrań, świadczą o wielkim apetycie na tego rodzaju muzykę. Oczywiście idea, by wszystko było dostępne za darmo jest niemożliwa do zrealizowania. Sztuka musi być wspierana finansowo. Jednakże gdyby artyści aktywniej zachęcali słuchaczy na przykład poprzez udostępnianie darmowych pojedynczych utworów, to liczba naszych odbiorców na pewno by się powiększyła. Gdy ludzie mogą czegoś skosztować, to jest szansa, że im zasmakuje i będą chcieli więcej. W przypadku, nie oszukujmy się, dość drogiej niewiadomej zamkniętej szczelnie w pudełku stojącym na półce w sklepie, szanse na kupno są bardzo nikłe. Chodzi o stwarzanie szansy na poznanie muzyki poważnej. I też często na przełamanie lęku w stosunku do niej.

 

Na koniec proszę powiedzieć o swoich planach na 2017 rok.

W styczniu wystąpię w londyńskiej Barbican Hall w II Koncercie skrzypcowym Szymanowskiego. W tym roku planuję też nagrać obydwa jego koncerty, tak samo jak inne jego utwory – Sonatę skrzypcową, Romans czy Nokturn i Tarantellę. Zatem szykuje się dużo Karola Szymanowskiego w moim życiu! Oczywiście nie mogę doczekać się też wrocławskiego koncertu w Narodowym Forum Muzyki.