Witajcie w muzycznym Weimarze

Article_more
Nad wejściem do urzędu miasta w Lwówku Śląskim wisi herb księcia Konstantyna von Hohenzollern-Hechingen z jego rodową dewizą „Nihil Absque Deo” – „Nic oprócz Boga”. Ale była jeszcze muzyka. I były kobiety.

Obłożony szarym piaskowcem gmach to dawny pałac zimowy ostatniego księcia Hohenzollern-Hechingen. Władca ściągał tu najwybitniejszych kompozytorów i wirtuozów epoki – w ten sposób dawał miastu okazję do zdobycia tytułu „Muzycznego Weimaru”. Właściwie jego państewko rozciągało się na terenie dzisiejszej Badenii-Wirtembergii, status księstwa miało od XVII wieku, a Konstantyn objął nad nim władzę w 1834 roku. Zaczynał życie pod szczęśliwą gwiazdą, bo – po pierwsze – był jedynym synem, więc nie musiał się spadkiem dzielić. A po drugie, dostał go tuż po trzydziestce, gdyż ojciec poważnie zachorował i nie mógł rządzić.

 

Niech czytelnicy wybaczą ten cynizm, ale końskie zdrowie i długie życie władców wpędzało ich potencjalnych następców do grobu. Królowa Wiktoria rządziła sześćdziesiąt trzy lata, więc syn Edward, zużyty przez wymagające aktorki, kurtyzany lub damy (kochał wszystkie, bez klasowych uprzedzeń), doczekał się korony w starości. A Konstantyn zachował siłę i ambicję młodości. Szczęście też go nie opuściło, bo kilkanaście lat porządził, a potem przeszedł na luksusową emeryturę.

 

W 1848 roku wybuchła w Niemczech rewolucja marcowa, demonstranci domagali się nie tylko wolności politycznej, lecz także zjednoczenia państw niemieckich w jeden kraj i Konstantyn przekazał księstwo królowi Prus. Nie za darmo, ale za dożywotnią rentę w wysokości dziesięciu tysięcy talarów. A potem przeniósł się do odziedziczonego po matce pałacu w Skale, niedaleko Lwówka Śląskiego. Bynajmniej nie sam, lecz z całą czterdziestopięcioosobową orkiestrą, którą kierował Thomas Täglichsbeck, uznany skrzypek i kompozytor. Dzisiaj jest już zapomniany, jednak w swojej epoce uchodził za wybitnego kapelmistrza. W Hechingen przyjmował Berlioza, Liszta, Louisa Spohra (podziwianego wówczas na równi z Beethovenem) i Antonia Bazzinego (jego uczniem był Puccini). Na Dolnym Śląsku nie zamierzał spuszczać z tonu.

 

Zagraj mi, żono

Ale potrzebował sali koncertowej, więc książę Konstantyn postanowił ją wybudować w Lwówku Śląskim, jako część pałacu zimowego. Miał pieniądze i silną motywację – nową żonę, baronównę Amalię Schenk von Geyern. Pierwsza – księżniczka Eugenia von Leuchtenberg, córka pasierba Napoleona Bonapartego – taktownie opuściła ten padół łez w 1847 roku, a choć nie uchodzi podejrzewać księcia, że odczuł ulgę, to warto zaznaczyć, iż lista jego pozamałżeńskich przygód jest tak długa, jak dorobek kompozytorski Telemanna.

 

Cóż, Konstantyn dostał Eugenię z przydziału, żeby wzmocnić ród, a Amalię wybrał sam – jego drugie małżeństwo było morganatyczne, dzieci nie dziedziczyły tytułów po ojcu, bo matka za nisko stała w hierarchii społecznej. Ale za to obie żony kochały muzykę.

 

Eugenia śpiewała, jako chórzystka brała udział w takich spektaklach, jak oratorium Siedem ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu Josepha Haydna prezentowane w kolegiacie w Hechingen, Amalia także śpiewała oraz grała na harfie, a Konstantyn i śpiewał, i komponował. Dla takich małżeństw sala koncertowa na sześćset osób to minimum.

 

W Lwówku Śląskim zaprojektował ją, wraz z pałacem, Friedrich August Stüler, topowy berliński architekt, hołubiony przez króla pruskiego Fryderyka Wilhelma IV. Trzykondygnacyjny budynek mieścił nie tylko apartamenty pary książęcej i pokoje gościnne, lecz także mieszkania dla muzyków z rodzinami. Potem dobudowano jeszcze stajnię oraz wozownię, urządzono ogród w stylu francuskim i Konstantyn mógł się cieszyć dolce vita.

 

Sztuka dla mas

Umiał się dzielić swoimi przyjemnościami i zapraszał na cotygodniowe, darmowe koncerty mieszkańców Lwówka. Dużo ich nie było, miasteczko zamieszkiwało około pięciu tysięcy potencjalnych melomanów, ale do księcia każdy chętnie przyszedł. A raz w miesiącu zjeżdżali do pałacu utytułowani goście z Bolesławca, Wrocławia, a nawet Berlina i Drezna. Zaraz też zaczęli pojawiać się sławni artyści bywający w Hechingen, między innymi Liszt, Berlioz, Wagner i Hans von Bülow. Lwówek, który w średniowieczu zbudował swoją pozycję na wydobywaniu złota i należał do najsilniejszych oraz najludniejszych miast Śląska (w XIV wieku mieszkało tu jedenaście tysięcy ludzi!), teraz muzyką zwrócił na siebie uwagę. 

Od 1857 roku kapelmistrzem był Max Seifriz, doskonały skrzypek i zdolny kompozytor, który znakomicie prowadził orkiestrę. Dość wspomnieć, że w jej składzie był David Popper, czeski wirtuoz gry na wiolonczeli, autor wielu utworów kameralnych, koncertów i etiud, do dziś grywanych bądź wykorzystywanych do nauki. Hector Berlioz, który odwiedził Lwówek w 1863 roku, zachwycił się poziomem książęcych filharmoników. A to dużo znaczy, bo francuski kompozytor był drażliwym mękołą, emocjonalnym jak nastolatek. Doświadczył tego Wrocław, goszczący Berlioza siedemnaście lat wcześniej.

 

Miał dać koncert dans la salle de l’Université (czyli albo w Auli Leopoldyńskiej, albo w Sali Muzycznej), ale wcześniej udał się na koncert z muzyką Beethovena i nie mógł zrozumieć, dlaczego publiczność po koncercie siedzi cicho. Zaczął pokpiwać z chłodu breslauerów, ale wtajemniczeni mu wytłumaczyli, że tutejsi melomani tak umiłowali Beethovena, tak są poruszeni jego sztuką, że wielbią go milczeniem. W tej sytuacji Berlioz ze wstrząsem przyjął owacje, które rozległy się po jego koncercie. Jak to – on, Hector, mniej porusza niż Beethoven?! Poczuł się urażony, zraniony i dwa następne koncerty nie doszły do skutku.

 

Niesprawiedliwie, bo na pobycie we Wrocławiu kompozytor sporo zyskał – za oknem swego wrocławskiego mieszkania usłyszał pieśń studencką Jam nox stellata velamina pandit, do której napisał muzykę i włączył do komponowanej właśnie Legendy dramatycznej, czyli Potępienia Fausta. Ale w Lwówku nie marudził, czuł się noszony na rękach i dopieszczony.

 

Stary mecenas wciąż dobrze płaci

Franz Liszt, który we Lwówku przebywał najczęściej i najdłużej, pisał w 1861 roku do Agnes Street-Klindworth, że „przemiła, a nawet przyjazna gościnność księcia Hohenzollerna zatrzymuje go od trzech tygodni” i że przed wyjazdem do Weimaru książę nadał mu tytuł szambelana, co miało poprawić jego skromną pozycję w nowym mieście. Taki dowód poparcia ze strony dworu pomagał zdobyć uznanie.

 

Książę był zdecydowanie pożyteczny dla muzyków, tym bardziej że wciąż dobrze płacił. Niestety dopadła go starość. Zdumiewające określenie w przypadku sześćdziesięcioletniego mężczyzny, ale wszyscy o tej starości mówili. Richard Wagner, który odwiedził Lwówek w tym samym roku co Berlioz, uznał, że książę jest już zbyt stary, by mógł być mu pomocny, ale koncert uznał za dość udany, orkiestrę – za całkiem znośną, a „prezent” od księcia w wysokości 1400 talarów, opakowany wyrazami żalu, że mecenas nie może być hojniejszy, pozytywnie go zaskoczył.

 

Berlioz też wspominał, że książę jest niedołężny, cierpi z powodu podagry, ale jego miłość do muzyki wydaje się rosnąć. Do Berlioza też. „On mnie dosłownie uwielbia”, pisał twórca Symfonii fantastycznej. Kompozytor dostał wygodny pokój koło sali koncertowej – jak ocenił, doskonałej akustycznie – i codziennie o godzinie szesnastej szedł na próbę. Orkiestra z wystarczającym szacunkiem stała, gdy Berlioz szedł do pulpitu dyrygenta i miała doskonale opanowane jego utwory. Ciekawe, że w jej składzie nie było harfy, choć hrabina Amalia (taki tytuł dostała od króla na otarcie łez z powodu morganatycznego małżeństwa) grała na tym instrumencie. Berlioz przywiózł z Weimaru swoją harfistkę, żonę przyjaciela i tłumacza, Richarda Pohla.

 

„To żarty, panowie, ćwiczymy chyba tylko dla zabawy. Nie mam najmniejszych uwag!” – usłyszeli w końcu muzycy. Maestro wybrał na koncert między innymi fragmenty symfonii dramatycznej Romeo i Julia, Harolda w Italii i uwerturę Karnawał rzymski. Wszystko poszło znakomicie. „Jesteśmy w Weronie, a nie we Lwówku” – entuzjazmował się Berlioz. Ludzie płakali, Berlioz pławił się w uwielbieniu i przyjmował ze zrozumieniem hołdy dla tytana muzyki, których tak skąpiono mu w rodzinnej Francji.

 

Berlioz i książę Konstantyn zmarli w tym samym roku 1869, w odstępie kilku miesięcy. Odejście Hohenzollerna zamknęło mały, ale ważny rozdział w historii muzyki. Nie było następców, którzy dzieliliby jego oddanie muzyce i muzykom.