Wydanie: MWM 01/2017

Przewidujący

Article_more
Kandydatur do miana najdziwaczniejszego dzieła muzycznego wszech czasów można wskazać wiele. Ale kto wie, czy najbardziej tajemniczy i ekscentryczny, najbardziej wizjonerski utwór nie powstał już prawie 110 lat temu, w tej niezwykłej epoce, która poszukiwała absolutnej wolności i ostatecznie zrywała krępujące więzy systemu tonalnego. Jednym z liderów tego peletonu jest Skriabinowski Prometeusz, poemat ognia op. 60.

Proszę nie liczyć na łopatologiczne wytłumaczenie, dlaczego ostatnia ukończona (w latach 1908–1910) partytura symfoniczna Aleksandra Skriabina w tytule przywołuje greckiego tytana. I to tego, który pragnąc poprawić byt ludzkości, przyczynił się także do jej nieustającej niedoli. W odniesieniu do stronnika filozofii Swedenborga i Nietzschego, zdeklarowanego symbolisty, uznającego sztukę za najwyższą formę poznania, a twórcę – czyli siebie samego – za równego bogom, żadne proste formułki czy bezpośrednie przełożenia raczej nie wchodzą w rachubę. W tym niezwykłym utworze (trwającym zresztą ledwie dwadzieścia kilka minut) nic nie jest oczywiste. Formalnie Poemat ognia pozostaje hybrydą: poematem symfonicznym, kantatą i koncertem instrumentalnym, z ukochanym instrumentem Skriabina – fortepianem – w roli głównej. Do wykonania niezbędny jest ogromny aparat: orkiestra symfoniczna z potrójną obsadą dętych, ośmioma waltorniami i pięcioma trąbkami, potężną perkusją, oczywiście chór i – crème de la crème – czyli „clavier à lumières”. Cóż to takiego? Ano ni mniej, ni więcej tylko wyimaginowana klawiszowa konsola do gry… światłem. Bo Prometeusz to nie tylko symfonia dźwięków, lecz także symfonia świetlnych barw, które stanowią integralną część partytury. Owszem, zaznaczył Skrabin w partyturze, że możliwe jest wykonanie bez chóru i efektów świetlnych, ale nie miejmy wątpliwości – nie o tym marzył.

 

Partia „clavier à lumières” zapisana jest ponad wszystkimi instrumentami, na najwyższej pięciolinii w tej gęstej i skomplikowanej partyturze. I wygląda raczej rozczarowująco – dwa niemrawe i leniwe „głosy”, głównie półnuty łączone łukami. Ale każdy z tych dźwięków odpowiada konkretnemu kolorowi, więc nie ma tutaj żadnego przypadku. Barwy bezpośrednio wiążą się z tonalnością muzyki Skriabina, a właściwie z rozpadem tonalności, z harmoniką, która tradycyjny system poważnie narusza, kruszy i rozsadza. Podstawą myślenia harmonicznego jest tu akord kwartowy, nazwany przez muzykologów „centrum brzmieniowym”, „akordem mistycznym”, „akordem prometejskim” (sic!), który nie unifikuje i nie zawęża, lecz poszerza możliwości, ukazuje różne drogi muzycznej wędrówki. Skriabin mawiał: „melodia jest rozłożoną harmonią, harmonia – skondensowaną melodią”. W tych nabudowanych kwartach, zamierzenie dysonansowych, niejednoznacznych, ambiwalentnych, dostrzegano zapowiedź Schönbergowskiej dodekafonii. Gdyby się uprzeć, to można nawet pomyśleć, że Skriabin przepowiadał… spektralizm. Za dalekie skojarzenie? To proszę sprawdzić źródłosłów imienia greckiego herosa, który uszczęśliwił człowieka ogniem i naraził się bogom. Prometeusz oznacza „przewidujący”. 

Od pierwszych, tajemniczych dźwięków Skriabin wciąga nas w niezwykłą wędrówkę, podczas której świadomie gubi tropy, krąży po ścieżkach i bezdrożach, raz spowalnia, innym razem gwałtownie przyspiesza. Nic nie jest tu jednoznaczne, przede wszystkim treść. Lecz podświadomie zadajemy sobie pytanie o sens i przesłanie dzieła. Nie podpowie go chór – nie podaje przecież żadnej treści. A może jednak? Asemantyczne głoski zdają się nieść jej znacznie więcej niż tradycyjne słowa. Te ostatnie byłyby jakimś trywialnym nieporozumieniem, kompletnie nie na miejscu. Wędrujemy do finału, on jeden w poemacie jest wyraźnie zaznaczony. Na koniec wyłania się konsonansowo brzmiący akord Fis-dur. To cel? Tajemniczość nie lubi rozwiązań. Ostatni akord odpowiada kolorowi indygo.

 

Skriabin poszukiwał harmonii świata, ostatecznej ekstazy. W Prometeuszu nie doszedł do końca tej drogi. Marzyło mu się jeszcze jedno dzieło, wielkie, mistyczno-religijne misterium, odprawione w Indiach, w półkolistej świątyni-teatrze nad wodą, u stóp Himalajów. Dzieło totalne z muzyką, światłem, tańcem. Podobno (tak sugeruje Alex Ross) „miało doprowadzić do – ni mniej, ni więcej – unicestwienia Wszechświata. Kobiety i mężczyźni odrodziliby się w formie dusz astralnych, wolnych od różnic płciowych i innych ograniczeń ciała”. Uff…