Wydanie: MWM 01/2017

Triste Freunde

Article_more
„Wygląda trochę prowincjonalnie” – powiedział znajomy dziennikarz włoski, przypatrując się przez okno hotelu niemieckiemu miasteczku Bochum. Swym nieśpiesznym, nawykłym do krajobrazu genueńskich ulic okiem wodził po nieefektownie odbudowanym centrum.

Spojrzenie zatrzymał na wybijającej się smukłej wieży kościoła mariackiego. Ujmując rzecz dokładniej: byłego kościoła mariackiego, którego budynek został wykorzystany – jak piszą autorzy projektu przebudowy – jako „funkcjonalny punkt główny nowego centrum muzycznego, fundujący jednocześnie jego architektoniczną tożsamość”. To Annelise Brost Musikforum Ruhr. Miejsce szczególne, powstało bowiem z inicjatywy i datków mieszkańców miasta. W piątek 27 października, podczas uroczystego otwarcia dawny kościół tętnił życiem. Urządzono w nim – minimalnie ingerując w oryginalną architekturę – kasę, szatnię i bar. Sala koncertowa dobudowana została z boku. Na jej inaugurację mieszkający w Bochum kompozytor Stefan Heucke napisał utwór do wybranego przez Stevena Sloana, szefa miejscowej orkiestry, hebrajskiego tekstu Baruch Ata Adonai (Błogosławiony jesteś, Panie). Tę eklektyczna kantatę, w której Heucke każe muzykom niemal cały czas przemieszczać się po sali, poprzedziły okolicznościowe przemówienia. Mówiono o tym, że powstało nowe „WG” – z niemiecka Wohngemeinschaft, wspólny dom dla symfoników z Bochum. „Ale WG to także Wertegemeinschaft, wspólnota wartości” – mówił głośno i dobitnie przedstawiciel władz. „W dawnej świątyni na nowo znalazło się miejsce kultu, w którym teraz uczestniczyć mogą wszyscy, bez względu na wyznanie i pochodzenie. Miejsce kultu muzyki”.

Kilka dni później w drezdeńskiej Semperoper miałem okazję słuchać niemieckiej premiery oratorium Sofii Gubajduliny O miłości i nienawiści. To znacznych rozmiarów dzieło, napisane na kwartet solistów, chór i orkiestrę. Gdy chór zaczyna szeptać i syczeć, swym brzmieniem silnie kojarzy się z turbą, pasyjnym tłumem z Pasji Krzysztofa Pendereckiego. Tłumacząc sens swego oratorium, Gubajdulina mówi: „Jestem przekonana, że cywilizacja zachodnia jest w stadium upadku. Nasz duch przesiąknięty jest egoizmem. [...] Bez religijności, bez relacji z wyższym wymiarem życia, wszystko usycha”. Znakomicie wykonany utwór – co niewątpliwie jest wielką zasługą drezdeńskiej Staatskapelle, chóru MDR, solistów i dyrygenta Omera Meira Wellbera – publiczność fetowała gorącą owacją. Na stojąco. Podobnie przyjęta została w Bochum kantata Baruch Ata Adonai


Niemiecka publiczność, słuchając muzyki, potrafi szybko osiągnąć stan skupienia, wyciszyć się. I w Dreźnie, i w Bochum, wśród słuchaczy niewielu było przedstawicieli słynnej niemieckiej wielokulturowości, ci bowiem w piątkowy wieczór wybrali inne rozrywki. Jeśli „wspólnota wartości” rzeczywiście ma służyć wspólnocie, musi wydarzyć się cud, dzięki któremu grupa gotowa uczestniczyć w muzycznych nabożeństwach stanie się bardziej różnorodna i zdecydowanie młodsza. O tym właśnie rozmawiamy ze znajomym Włochem, stojąc po koncercie na stopniach byłego ołtarza. Kelnerzy roznoszą piwo i precle, za oknami zaś widać wielobarwny tłum, który zmierza w stronę nocnych klubów. „Welche Freude” – krzyczy nieznajomy, nieostentacyjnie wytworny, szpakowaty meloman, proponując nam toast za nową salę koncertową. Włoch powoli podnosi butelkę, jakby chciał zagrać długie glissando na puzonie. Szeptem odpowiada: „Solo un po’ triste. Cincin!”.