Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 02/2017

Strasznie się wpycham na scenę

Paulina Kinaszewska - wywiad
Article_more
Na Taborach Domu Tańca ludzie niemal rozpychają się łokciami – „teraz ja będę grać!”. Teatr natomiast jest wysublimowany, z większą dozą hipokryzji… Ostatecznie wszystko załatwia się u dyrektora, ale też trzeba się ustosunkować. Ja tego nie cierpię. Mnie te wszystkie „ąse, dąse”, o których pisał Gombrowicz, „ą, ę, bułkę przez bibułkę, alleluja na wysokościach”, to wszystko mnie tak wkurza, że naprawdę wolę się jawnie wepchnąć na estradę niż wejść na scenę dzięki zabiegom dyplomatycznym.

Michał Nowak: Spotykamy się w malutkiej warszawskiej kawiarni na Pradze, która prowadzi również sprzedaż płyt winylowych. Masz sentyment do tego nośnika?

Paulina Kinaszewska: Tak. Nie mam jednak w domu gramofonu, choć noszę się z zamiarem zakupu.

 

A w dzieciństwie słuchałaś płyt analogowych? Na przykład nagranych na nich bajek?

Oczywiście, bajki-grajki, moje ukochane, wspaniałe. Teraz można je kupić na płytach CD, ale to już nie to samo. To były cudowne bajki, do których muzykę pisali świetni kompozytorzy, a grali w nich znakomici aktorzy. Alibaba i 40 rozbójników, Kopciuszek

 

Calineczka

…Tak…

 

Pchła Szachrajka

Tego nie miałam. Pamiętam za to doskonale Tadka-Niejadka i Czerwonego Kapturka.

 

Tutaj nie widzę bajek, podobnie jak albumów z muzyką, która jest ci teraz najbliższa, czyli z muzyką tradycyjną. Jak to się stało, że wciągnął cię ten świat?

Stało się to chyba z przekory. Trudno wytłumaczyć, skąd się bierze jakaś fascynacja, ale zawsze lubiłam działania kontrkulturowe. Według mnie muzyka tradycyjna jest dziś właśnie kontrkulturowa. Zwłaszcza w tej formie, jaka mi się podoba, czyli w formie pierwotnej, granej przez wiejskich wykonawców, nieuszminkowanej.

 

Przyznam, że mam kłopot z tą muzyką. Z jednej strony trzymam kciuki, bo środowisko osób zaangażowanych w muzykę tradycyjną jest świetne. Z drugiej strony jednak bardzo często nie zadowala mnie poziom wykonawców. Nie przeszkadza ci to?

Wiem, o czym mówisz, bo mój mąż ma podobne odczucia. Jako człowiek zajmujący się muzyką, po szkole muzycznej i po szkole jazzowej krzywi się czasem, że zdarzają się fałsze, że ktoś gra brzydkim dźwiękiem. Nie wiem, na czym to polega, ale ja przeszłam od muzyki folkowej, inspirującej się muzyką tradycyjną, do tej chropowatej i nie do końca pięknej muzyki tradycyjnej, która mi się teraz zdecydowanie bardziej podoba. Nie jestem zresztą osamotniona w tym procesie. Być może starzy wykonawcy ze wsi mają coś, co w przetworzonej formie już ginie. Dlatego trzeba studiować, poznawać muzykę tradycyjną, bo coś w niej jest – może w tych rytmach, może w wyczuciu tempa, a może w wiedzy, do czego się daną muzykę wykonuje, jaki ma być nastrój, jaka przyśpiewka jest związana z daną melodią. Bez całego tego kontekstu kulturowego muzyka tradycyjna staje się tylko „ładna”. Czegoś w niej brakuje.

 

Chodzi o autentyzm wiejskich muzyków?

Tak, ale też o spójność całej podbudowy kulturowej. Tego, że skrzypek jest bardzo ważnym trybem, ale jednak tylko trybem w świecie kultury tradycyjnej. Wie, że to, co akurat teraz gra, to pieśń dla sieroty, którą wykonuje się w trakcie oczepin – bardzo poważnego, a może nawet smutnego obrzędu. Wesele to nie był wcale wesoły moment dla panny młodej, która często zalewała się łzami i nie wiedziała, co z nią będzie. Te odczucia odbijały się w muzyce, a wiejscy wykonawcy mieli świadomość jej wagi. Dokładnie wiedzieli, jaka muzyka powinna zabrzmieć w konkretnej sytuacji. Podobnie jest w dawnej muzyce sakralnej. Tam, gdzie muzyka ma jakąś podbudowę, która rozstrzyga, co, gdzie i kiedy się wykonuje, tam zyskuje ona większą wagę. Czuć, że stoi za nią jakaś tajemnica. A kiedy muzyka odrywa się od tradycji czy od religii, wkrada się w nią coś miałkiego.

 

Tradycyjna muzyka instrumentalna pozbawiona jest jednak tego kontekstu religijnego, jest świecka.

Diabelska wręcz.

 

Otóż to. Dlatego niezwykle ważne okazywałoby się zakotwiczenie muzyki tradycyjnej w egzystencjalnych doświadczeniach człowieka wiejskiego?

Wydaje mi się, że tak. Osoby, które zajmują się muzyką tradycyjną, próbują się wżyć w ten kontekst. Stąd wyjazdy na wieś, stąd przyjaźnie ze starymi muzykantami, czy nawet z żonami muzykantów – wszystko po to, by dowiedzieć się, jak się czuła żona, gdy mąż na przykład szedł na trzy dni na wesele. Ja zresztą też poczułam, że zaczynam się zajmować tą muzyką na poważnie, gdy wiejski mistrz się na mnie zdecydował, a ja – na niego. Miałam jednego nauczyciela – pana Tadeusza Jedynaka. Zaczęłam być przyjmowana w jego rodzinie, w pewnym sensie stałam się ważnym elementem jego życia chociażby przez to, że on na mnie czekał. Żeby nauczyć się poruszać w świecie muzyki tradycyjnej potrzebny jest przewodnik. Trzeba terminować u mistrza i jednocześnie starać się poznać sposób życia w tradycyjnej wspólnocie. Być może jestem trochę naiwna i staromodna, ale w to wierzę. W każdym razie u mnie się to sprawdziło – moja gra zmieniła się dzięki nauce u tego jednego starego skrzypka i poznaniu kontekstu kulturowego.

 

Czego nauczył cię pan Tadeusz Jedynak? Czego nie mogłabyś zdobyć bez jego pomocy?

Kluczowe okazały się rzeczy drobne. Na przykład pan Tadeusz śpiewał konkretną przyśpiewkę do jakiegoś mazurka, której nastrój informuje o charakterze tego mazurka. Albo opowiadał o okolicznościach, w jakich danego mazurka się wykonywało: „Tego graliśmy na wozie i wszyscy śpiewali, a myśmy tak cięli!”. Zarysowywał w ten sposób emocjonalną aurę mazurków, którą staram się odtworzyć w trakcie ich wykonywania. Nie zapisuję mazurków w nutach, tylko zapamiętuję je razem z towarzyszącymi im przyśpiewkami bądź historiami. Jestem aktorką z zawodu, więc bliski jest mi ten sposób pracy. Przypomina to trochę proces konstruowania jakiejś postaci scenicznej, w trakcie którego również szuka się emocjonalnych odnośników.

 

Skoro porównujesz aktorstwo z graniem muzyki tradycyjnej, to czy przypadkiem te dwa światy nie mają o wiele więcej wspólnego – terminowanie, bycie częścią czegoś większego…

Jednak nie. W świecie muzyki tradycyjnej jest dużo fajniej.

 

Dlaczego?

Nie ukrywam, że jestem zezłoszczona na teatr, a nawet rozczarowana nim. Chociaż oczywiście tak to jest, gdy się coś kocha albo gdy jest się z czymś mocno związanym. Pewnie przechodzę teraz okres dziecięcej złości na teatr i buntu wobec niego, ale brakowało mi tego, co daje mi obecnie muzyka. Nie mogę powiedzieć, że nie miałam mistrzów. Wręcz przeciwnie, wiele zawdzięczam dwóm wspaniałym aktorkom i nauczycielkom – pani Annie Seniuk i pani Teresie Budzisz-Krzyżanowskiej. Nie podobało mi się jednak w szkole teatralnej. Przepraszam wszystkich profesorów, ale nie podobał mi się panujący w tej uczelni klimat, to wszechobecne nadęcie. Podobnie, niestety, wygląda środowisko teatralne. W pojedynkę są to wspaniali ludzie, a w sumie tworzą jakiś taki bufonowaty świat.

 

To przyjrzyjmy się światu muzyki tradycyjnej, choćby Taborom Domu Tańca.

Tabory są świetne.

 

To prawda, ale spójrzmy na nie okiem obserwatora. Zewsząd dobiegają dźwięki dość nieudolnych prób grania.

No tak, wszyscy rzępolą.

 

Co wieczór jest impreza taneczna. Wszyscy dobrze się bawią, ale trochę wygląda to tak, że każdy chce się wepchnąć na estradę na kilka minut.

Oczywiście, ja pierwsza. O mnie mówią, że strasznie się wpycham na estradę.

 

No właśnie, nie przypomina to świata teatru?

Ale na Taborach to jest takie pierwotne, prawie że łokciami – „teraz ja będę grać!”. Teatr jest  wysublimowany, z większą dozą hipokryzji… Ostatecznie wszystko załatwia się u dyrektora, ale też trzeba się ustosunkować. Ja tego nie cierpię. Może dlatego, że jestem ze wsi, to znaczy moja mama pochodzi ze wsi. Mnie te wszystkie „ąse, dąse”, o których pisał Gombrowicz, „ą, ę, bułkę przez bibułkę, alleluja na wysokościach”, to wszystko mnie tak wkurza, że naprawdę wolę się jawnie wepchnąć na estradę niż wejść na scenę dzięki zabiegom dyplomatycznym. Być może dlatego, że w dyplomacji zawsze przegrywałam, zawsze byłam słabsza niż moje koleżanki, a tutaj po prostu wchodzę na estradę i gram na skrzypcach. Niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy nie.

 

Mówi się, że osoby zajmujące się muzyką tradycyjną powinny pojechać do miejsca urodzenia swoich rodziców albo dziadków.

Tak się mówi.

Odbyłaś taką podróż?

Kiedyś podzielałam ten pogląd, ale trochę go zmieniłam po lekturze wspomnień różnych muzykantów bądź wspomnień o różnych muzykantach. Nie wszyscy byli zakorzenieni w miejscu, w którym działali. Wielu z nich przywędrowało z zupełnie innych stron, czasem posługiwali się nawet pseudonimami. Oczywiście, muzykowi, który zna wszystkie zakamarki kultury, w której wyrósł, jest o wiele łatwiej. Lecz to niejedyny możliwy scenariusz uprawiania muzyki tradycyjnej. Moja rodzina pochodzi z południowego Podlasia, a tam nie zachowała się praktycznie żadna muzyka. To byli Rusini, którzy opowiedzieli się po stronie polskiej, w związku z czym wyparli się swojego języka i swojej kultury. Nie chcieli być nazywani „Ukraińcami” czy „Ruskimi”. Dlatego nie mam czego szukać w tych miejscach. Zupełnie inaczej jest na Radomszczyźnie. Jej mieszkańcy bardzo dobrze czują się w swojej kulturze. Poza tym chodzi też o jakość wykonawstwa muzyki tradycyjnej. Na Radomszczyźnie mieszkają wirtuozi, a mnie bardzo interesowało, do  jakiej maestrii można doprowadzić tę w sumie prostą muzykę, jak można ją skomplikować. Sposób gry niektórych muzyków, na przykład pana Bujaka z Szydłowca, jest niesamowity. Jego nagrania mogę z czystym sumieniem zanieść skrzypkowi z Warszawskiej Opery Kameralnej, żeby posłuchał, jakie to jest niesamowite, pełne wirtuozerii. To wszystko skusiło mnie do zajęcia się muzyką z Radomszczyzny.

 

Czy jednak mieszczanie uczący się u wiejskich mistrzów nie ulegają pewnemu złudzeniu? Żyją przecież w zupełnie inny sposób niż muzykanci, są osłuchani z zupełnie inną muzyką. Nie mogą stać się tacy sami, jak mistrzowie, a zatem nie mogą też grać tak, jak oni. Nie ma tu prostej kontynuacji.

To jest po prostu niemożliwe. Ludzie ze wsi tańczą zupełnie inaczej od tych z miast. Choćby mieszczanie nie wiem czego próbowali, i tak będą tańczyć inaczej. Inaczej też śpiewają i inaczej grają. Nie da się tego odtworzyć w stu procentach i śmieszą mnie takie próby podszywania się pod dziadków ze wsi. Wydaje mi się natomiast, że warta zachodu jest próba jak największego zbliżenia się do ducha tej muzyki. Chodzi o uczciwość w stosunku do siebie samego. Ja nie będę udawała pana Tadeusza Jedynaka, który ma 93 lata. Mogę jednak podpatrzeć, jak on konstruuje swoją muzykę, jakich technik skrzypcowych używa, w jaki sposób nakręca tancerzy, jak urozmaica swoją grę. Chodzi właśnie o to, żeby przetrwała umiejętność takiego grania mazurków. Jeśli przetrwają tylko harmoniści, to styl skrzypcowy umrze, a przed pojawieniem się harmonii był on dużo ciekawszy i dużo barwniejszy. Skrzypek był wtedy wszystkim. Musiał umieć tak zagrać, żeby ludzie szaleli. I rzeczywiście szaleli. Jak to mówią, „wściekali się” od tej muzyki. Technika skrzypcowa była wówczas niezwykle bogata. Pod wpływem harmonii zubożała.

 

Tańczysz?

Oczywiście. Uważam, że każdy, kto gra muzykę tradycyjną, powinien ją też tańczyć, a przynajmniej próbować tańczyć. Poprzez swoje ciało muzyk dowiaduje się, jak muzyka oddziałuje na tancerzy. Chodzi wręcz o mechanikę cielesną, o to, że gdzieś jest koło zamachowe, że w pewnym momencie ciało wytraca swoją prędkość. Dzięki temu można się dowiedzieć, które nuty są ważne, a które pozbawione znaczenia, które trzeba zaakcentować, a które mogą się wymknąć, bo są tylko zakończeniem ruchu. Tego typu rzeczy da się zrozumieć tylko poprzez taniec. 

   

Gdy patrzymy z tej perspektywy na muzykę, okazuje się, że jest ona czysto służebna wobec tańca.

Oczywiście, i bardzo mi to pasuje.

 

Czyli nie powinno się tej muzyki słuchać, tylko powinno się do niej tańczyć?

Najlepiej, jakby się do niej tańczyło. Wiadomo, że zdarzają się kompromisy. Ostatnio występowaliśmy na Mikołajkach Folkowych na estradzie. W związku z tym skracaliśmy obroty mazurków, żeby ludzie się nie nudzili, bo oni nie tańczyli, tylko siedzieli i słuchali. Ogólnie jednak, gdy się dobrze gra, to ludzie powinni tańczyć. Problem w tym, że mało kto teraz potrafi zatańczyć mazurka. Dlatego najlepiej byłoby brać na wszystkie koncerty kogoś, kto będzie uczył tańczyć. Gdy uczę dzieci grać na skrzypcach, przede wszystkim opowiadam im o tym, jak się śpiewa daną melodię, z jakiej przyśpiewki ona pochodzi, choć taka melodia jest w gruncie rzeczy improwizacją na temat oryginału. Następnie pokazuję, jak się przy tym bębni, co również łączy się z tańcem. To wszystko jest ze sobą ściśle związane. Jeśli postawi się jedynie na wirtuozerię wykonawczą, bez świadomości, że muzyka jest do tańca i oddziałuje na tańczących, to według mnie ta muzyka przestanie istnieć.

 

Czyli wszystkie klasyczne przetworzenia są już zbyt wyrafinowane?

Według mnie tak.

 

A co z Chopinem?

Dzieła Chopina należą do nielicznych wartościowych przetworzeń muzyki tradycyjnej. Jest dla mnie oczywiste, że on przeżył tę muzykę bardzo głęboko. Kolberg, znany jako wybitny etnograf, który zarchiwizował autentyczną formę ogromu muzyki tradycyjnej, najpierw próbował te wiejskie utwory przepisać na głos z fortepianem. Gdy to zobaczył Chopin, stwierdził, że Kolberg dorabia muzyce tradycyjnej gębę. A chodzi właśnie o to, żeby najpierw przeżyć ją od środka, jakoś ją zrozumieć, a dopiero później coś z nią robić. Tego typu dyskusje prowadziliśmy z Mateuszem Wachowiakiem, który jest akordeonistą klasycznym. Kiedyś postanowił się ze mną spotkać na gruncie muzyki tradycyjnej. Na początku dochodziło między nami do sporych nieporozumień. Na przykład ja chciałam grać muzykę z jednego regionu Polski, wolałam nie sięgać po góralszczyznę czy kurpiowszczyznę, a on nie rozumiał dlaczego – „przecież to jest taka piękna muzyka!”. Albo pytał, dlaczego w danym mazurku improwizuję tak, a nie inaczej, dlaczego nie potraktuję tego swobodniej. A ja trzymałam się pewnych ram, które wynikały z tradycji. Chodziło mi o to, żeby moja gra przypominała muzykę z Radomszczyzny, nie chciałam nawiązywać do muzyki afrykańskiej czy azjatyckiej. Zależy mi na zachowywaniu idiomu danego regionu. Zdaniem Mateusza jest w tym jakieś zniewolenie, a mnie to nie zniewala, ja się w tym czuję wolna.

 

To zupełnie inne podejście niż jazzmanów, którzy niezależnie od tego, jaką muzyką się inspirują, przesycają ją swingiem czy bluesem.       

Ja bym tak nie powiedziała. Mam wielki szacunek dla ludzi, którzy potrafią improwizować, ale uważam, że powinniśmy improwizować w idiomie swojej muzyki. Nie widzę potrzeby, żeby mazurka przerabiać na bluesa znad Mississippi. Przecież nasi skrzypkowie też improwizują. I to jak! Ale na przykład energia bebopu jest bardzo podobna do tej, która wyzwalała się podczas wiejskich wesel. Szaleństwo tańczących, które powodowała muzyka tradycyjna, jest bardzo bliskie szaleństwu bebopu.

 

Chociaż miało zupełnie inną manifestację.

Tak, ale było podobne z ducha.    

 

Uczyłaś się grać na skrzypcach w szkole muzycznej…

…siedem lat.

 

Te doświadczenia pomagały ci, czy były czymś, o czym powinnaś zapomnieć, wkraczając do świata muzyki tradycyjnej?

Myślę, że mi pomogły. Przede wszystkim dlatego, że dzięki nim posiadłam pewien aparat wykonawczy. Co prawda skrzypkowie na wsi nie używają podpórki pod skrzypce, ja zresztą też już kładę skrzypce bezpośrednio na ramieniu, czasami opieram je o brzuch. Zrezygnowałam z tego klasycznego ustawienia. No, ale jednak sama znajomość instrumentu spowodowała, że bardzo szybko wszystko łapałam. 

 

A jeśli chodzi o styl? Wydaje się, że to dwa całkowicie odrębne światy.

To prawda, musiałam świadomie zmienić styl grania. Zresztą nadal pewnie wiele osób lubiących muzykę in crudo zarzuca mi, że gram zbyt ładnie. Ja zresztą celowo staram się zbrzydzać swój styl gry. Pewnych rzeczy musiałam zatem się oduczyć. Przypomina to trochę sytuację klasycznie wykształconej baletnicy, która chce się zająć tańcem współczesnym. Taka osoba musi porzucić podstawową pozycję z nogami na boki i dążenie do tego, by wszystko było takie ładne, płynne i gładkie. Musi się nauczyć pewnej chropowatości w ruchu. Moje doświadczenia są bardzo podobne.

 

Jak z perspektywy świata, w którym teraz jesteś, patrzysz na swoje wcześniejsze projekty, powiedzmy na Cwietajewą?

Traktuję to jako dwie równoległe rzeczywistości. Myślę, że moim następnym krokiem będzie próba ich połączenia, choć na razie wydaje mi się to niewykonalne. Ostatnio zrobiliśmy projekt ze Świrszczyńską, w którym komponujemy piosenki. I nie robimy tego pod radomskie przyśpiewki albo pieśni z Kielecczyzny. Komponując te piosenki, inspiruję się muzyką z różnych regionów świata. W muzyce tradycyjnej natomiast pozostaję wierna jednemu regionowi.

 

Czy w świecie aktorskim ktokolwiek poza tobą interesował się muzyką tradycyjną?

Jestem w tym raczej odosobniona. Niektórzy wprawdzie interesują się białym śpiewem, bo to się czasem przydaje, chociażby w Weselu Wyspiańskiego, ale nie muzyką instrumentalną. Terminowanie u wiejskiego skrzypka zmierzające do tego, by przejąć jego repertuar, wymaga ogromnego nakładu pracy. To w ogóle nie służy mojemu aktorstwu.

 

Rozmawiasz o muzyce tradycyjnej z kimś ze środowiska aktorskiego?

Środowisko aktorskie kręci się wokół teatru. Ja z tego wypadłam. Przestały mnie interesować wspólne dla tego środowiska tematy. Muzyka tradycyjna fascynuje mnie teraz o wiele bardziej. Pamiętam moment, w którym zrozumiałam, że coś jest ze mną nie tak. To było podczas festiwalu nowoczesnego teatru rosyjskiego. Miałam zaproszenia na spektakl teatru z Moskwy, na którym stawiła się cała śmietanka towarzyska, a ja się tam koszmarnie nudziłam. Marzyłam tylko o tym, żeby pójść na taką mała potańcówkę, która odbywała się w tym samym czasie. Wiedziałam, że tańczy tam jakieś piętnaście osób i nie mogłam usiedzieć, wiedząc, że mogę tam pójść i zagrać na estradzie. Wyszłam w połowie spektaklu. Wtedy sobie pomyślałam, że siebie nie oszukam. Teatr przestał mnie zajmować, a tu mnie coś ciągnie.

 

Słuchasz jeszcze czegoś poza muzyką tradycyjną?

Oczywiście. Bardzo lubię na przykład ostatnią płytę Davida Bowiego Blackstar. Słucham też muzyki lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, muzyki dawnej…

 

…instrumentalnej, czy wokalno-instrumentalnej?

Wokalno-instrumentalnej.

 

Chodzi o teksty, czy po prostu o ludzki głos?

O głos. Zawsze byłam na niego wrażliwa. Dlatego podobały mi się zespoły z mocnym, charyzmatycznym głosem. Na przykład The Doors, który uwielbiałam w szkole średniej.

 

To jest jednak nie tylko zupełnie inny rodzaj grania od muzyki tradycyjnej, ale też odmienny sposób prezentowania się na estradzie – gwiazdorski.

Gdy gram, to chciałabym tak szaleć, jak gwiazdorzy rocka. Mam nawet wrażenie, że to jest podobna energia. Chociażby dominująca rola rytmu, z którego nie można się wyłamać, który tworzy taki rodzaj uścisku. Powoduje to przypływ adrenaliny. Cała improwizacja jest do tego stopnia podporządkowana rytmowi, że daje wrażenie sportu ekstremalnego.

 

Jeśli stwierdziłbym, że muzyka zmieniła twoje życie, to chyba bym się nie pomylił?

Nie pomyliłbyś się. Myślę, że muzyka tradycyjna była elementem, którego mi bardzo brakowało w moim życiu. Zawsze utożsamiałam się z wiejskim pochodzeniem mojej mamy i z wiejską kulturą. Po mojej rodzinie krąży zresztą pewna anegdota. Gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej (szkoły sportowej z baletem), na którychś zajęciach pani baletmistrzyni strofowała nas, żebyśmy nie tańczyły poloneza jak jakiegoś oberka na wsi, gdzie ktoś nas podszczypuje, dodała też, że mamy to robić z godnością, jak szlachcianki. Podobno potwornie się na to oburzyłam i się popłakałam. Cała czerwona jak burak powiedziałam, że moja rodzina jest ze wsi i nikt nikogo tam nie podszczypuje! Moja mama była bardzo dumna z mojej reakcji. Bardzo głęboko było więc u mnie zasiane ziarno miłości do wsi. Moja ukochana babcia była ze wsi i ja się tam zawsze świetnie czułam. Ani mnie nie odrzucały nigdy kury i ich odchody, ani krowy, konie. Potrafiłam wydoić krowę. Może dlatego wyraz muzyki tradycyjnej tak bardzo mi pasuje?