Muzyczne skarby z Milicza

Article_more
Studentka muzykologii znalazła w poznańskiej Bibliotece Uniwersyteckiej nieznane utwory Carla Friedricha Abla, ucznia Bacha, wirtuoza gry na violi da gamba i barytonie. Okazało się, że są one częścią ogromnego zbioru książek i muzykaliów, wywiezionych po wojnie z pałacu hrabiów Maltzanów w Miliczu.

Prawykonanie odbyło się w listopadzie w Londynie. Saksoński muzyk spędził tam większość dorosłego życia – był między innymi dyrektorem orkiestry kameralnej królowej Zofii Charlotty Mecklenburg-Strelitz, żony Jerzego III, prowadził też z synem Bacha pierwsze publiczne koncerty w stolicy Korony Brytyjskiej – i tam umarł jako bankrut, pozostawiwszy jedynie swoje kompozycje. Na koncert przyjechał hrabia Mortimer von Maltzan, który opuścił Milicz w 1945 roku jako siedmiolatek. To on miał odziedziczyć majątek: ogromne stawy rybne, ziemie, lasy, pałac niczym sezam wypełniony skarbami, obrazy mistrzów flamandzkich, oszacowaną na czternaście milionów marek w złocie kolekcję miedziorytów, wspaniałą bibliotekę oraz zbiór instrumentów z warsztatów Stradivariusa i Amatiego.

 

Skrzypce dla gospodarza

Maltzanowie dostali te muzyczne cuda od króla pruskiego Fryderyka II. Byli jednym z najbogatszych śląskich rodów. Ich antenaci wywodzili się ze Słowian pomorskich. Przybyli do Milicza pod koniec XVI wieku z Meklemburgii, na pamiątkę dawnych posiadłości nosili przydomek zu Wartenberg und Penzlin. Dzięki korzystnemu mariażowi stali się właścicielami olbrzymiego, założonego w średniowieczu, kompleksu stawów hodowlanych karpia. A dzięki zmiennym sympatiom politycznym szybko nabierali znaczenia.

 

Nic to, że cesarz Leopold Habsburg nadał Maltzanom tytuły hrabiowskie. Owszem, przyjęli z wdzięcznością, ale gdy król pruski Fryderyk II postanowił zabrać Habsburgom ich śląskie złote jabłko, Maltzanowie poparli najeźdźcę. Hrabia Joachim Andreas von Maltzan jako jeden z pierwszych złożył w 1741 roku hołd Fryderykowi we wrocławskim Ratuszu. I bardzo mu się to opłaciło. Został przez monarchę powołany na ministra gabinetu odpowiedzialnego za finanse państwa. Jednym słowem, trzymał kasę. Trochę stresujące zajęcie. Fryderyk deklarował wprawdzie, że choć zdobył kraj orężem, przyszedł jako „łaskawy ojciec” i uzna za stracony każdy dzień, „w którym nie uczyni czego dobrego dla uszczęśliwienia mieszkańców Śląska”, ale oczekiwał, że oni też go uszczęśliwią. Najlepiej otwierając szeroko sakiewki, które czyścił do podszewki.

 

A jednak ten legendarny skąpiec okazał gest. W 1772 roku odwiedził ulubionego ministra w domowych pieleszach, zlustrował milicki garnizon, posiedział kilka dni w gościach i na końcu podarował gospodarzowi kosztowny prezent: dzieła najsłynniejszych włoskich lutników. Pasowało to do monarchy, który kobietom mówił nie, ucztom – nie, balom – nie, ale muzyce – trzy razy tak.

 

I wszystko gra
Joachim Andreas miał równie zręcznego syna, Joachima Carla, którego król pruski wysłał w 1770 roku z misją do Londynu. Na tronie zasiadała dynastia hanowerska, więc na dworze Jerzego III i Zofii Charlotty niemiecki dyplomata czuł się jak w domu. Abel święcił wtedy triumfy, Joachim Carl pewnie bywał na jego koncertach, a może nawet brał lekcje gry na violi. Służąc królowi, który komponował i grał na flecie, warto było się podszkolić.

 

Wygląda na to, że Maltzan wrócił do Milicza nie tylko z upodobaniem do puddingów, sosuWorcester, herbacianych fajfów i angielskich guwernantek, ale i z rękopisami utworów Abla – przywiózł dziesięć zeszytów, dwadzieścia dwa utwory Saksończyka plus trzy sonaty gambowe Andreasa Lidla i Johanna Christiana Bacha, tzw. Bacha londyńskiego. Dworska kapela, utrzymywana w Miliczu do połowy XIX wieku, miała co grać. Tym bardziej, że hrabia Joachim Carl prowadził ożywione życie towarzyskie. Zatrudnił Karla Gottfrieda Geisslera, który zaprojektował mu pałac przypominający królewską rezydencję Sanssouci, urządził park w stylu angielskim i mógł organizować nawet zjazdy koronowanych głów.

 

Razem z wnukiem, który miał to samo imię, tekę ministra i tytuł Reichsgrafa (hrabiego Rzeszy), gościł w Miliczu swojego króla, Fryderyka Wilhelma III, oraz cara Aleksandra, którzy w pamiętnym roku 1813 zręcznie komponowali koalicję antynapoleońską. Nie obyło się bez uczt i kapeli, bo muzyka znakomicie pomaga rozwiązywać problemy polityczne. Szczególnie muzyka armat.

Instrumenty bez muzyki
Nie wszyscy Maltzanowie byli muzykalni. Maria von Maltzan, córka Andreasa, przedostatniego właściciela Milicza, wspominała, że „ojciec nie odnajdywał się w świecie muzyki” i do opery poszła pierwszy raz dzięki dentyście. Ten bowiem, borując jej zęba, opowiadał z zachwytem o przedstawieniu, które było „czymś w rodzaju teatru z dużą ilością muzyki”. Zaintrygowana dziewczynka tak długo męczyła rodziców, aż ci zabrali ją do Wrocławia na Otella Verdiego.

 

„Moja matka uznała pewnie, że jest to coś zabawnego, skoro występuje tam Murzyn. Wystrojona w czarną, aksamitną suknię z koronkowym irlandzkim kołnierzykiem, siedziałam w jednej ze środkowych lóż i z najwyższym napięciem śledziłam fabułę” – wspominała po latach Maria. A gdy ujrzała Otella, czyhającego ze sztyletem na modlącą się Desdemonę, krzyknęła: „Uważaj, on stoi za kolumną!”. Widownia i artyści parsknęli śmiechem, przedstawienie na chwilę przerwano, a po spektaklu Maria została zaproszona do garderoby Desdemony i obdarowana ogromną bombonierką, w podziękowaniu za heroiczną obronę.

 

Andreas Maltzan lubił jednak sztukę – sam kolekcjonował zegary – i dbał o kolekcję instrumentów muzycznych. Stradivariusy zostały w Miliczu do 1945 roku. Maria próbowała je ocalić, przyjechała do pałacu w przedostatnim roku wojny, żeby namówić szwagierkę na wywóz cennych dzieł sztuki.

 

Gdzie jest stradivarius
To nie była łatwa wizyta, bo Maria uchodziła za czarną owcę rodu. Wieczna buntowniczka, daleko odeszła od swoich arystokratycznych krewnych i ich sympatii politycznych. W dzieciństwie wrzuciła brata do pałacowej fosy, bo przez niego ogrodnik pozabijał zaskrońce w parku, potem zagroziła utopieniem królowi Saksonii (zapalonemu ornitologowi), gdy ten droczył się, że zaobrączkuje płochliwe rokitniczki, wreszcie rozbroiła polskich pracowników sezonowych (lubiła ich towarzystwo) szykujących się do bójki na noże.

 

Los sprawił, że często miała okazję do demonstrowania swojej odwagi. Wbrew matce i bratu zaczęła studiować zoologię i botanikę, a później – weterynarię. Obroniła doktorat z ichtiologii, ale w nazistowskich Niemczech nie miała szans na pracę naukową. Była wrogo nastawiona wobec reżimu, obracała się w komunistycznych kręgach, miała przyjaciół Żydów. Zaangażowała się w ruch oporu; wraz z członkami szwedzkiej parafii w Berlinie lokowała wykupionych od gestapo więźniów politycznych w bezpiecznych kryjówkach. Co najmniej sześćdziesięciu ludzi zawdzięczało życie odwadze Marii.

 

Rodzinę miała po drugiej stronie. Jej szwagrem był feldmarszałek Reichenau, współtwórca Fall Barbarossa, planu najazdu na ZSRR (brał ślub w Miliczu), brat Carlos też wspierał reżim. W 1940 roku poległ podczas ataku na linii Maginota, dlatego w Miliczu została tylko jego żona Elisabeth z dziećmi. Nie chciała słuchać Marii, namawiającej do wywiezienia dzieł sztuki, uznała to za dowód defetyzmu.

 

Maria przed wyjazdem ostatni raz przeszła przez amfiladę pałacowych komnat. „Pałac był jasny i rozświetlony dzięki wielkim, wychodzącym na południe empirowym oknom. To światło towarzyszyło mi podczas przejścia przez galerię do tak zwanego muzeum, gdzie w szklanych witrynach stały kosztowne instrumenty muzyczne, które Fryderyk Wielki podarował jednemu z moich przodków”. Nie wiadomo, co się z nimi stało. Pałac ocalał, ale po wojnie zaczęli go najeżdżać szabrownicy, indywidualni i instytucjonalni. Znikło wszystko, co można było wywieźć, i nic nie wróciło. Dobrze, że w końcu ktoś się zainteresował zdobyczą wojenną biblioteki poznańskiej i świat usłyszał o Ablu, Maltzanach oraz Miliczu. Wprawdzie musieliśmy czekać na to siedemdziesiąt lat, ale lepiej późno niż wcale.