Wydanie: MWM 02/2017

Griot po kądzieli

Ablaye Badji - wywiad
Article_more
Nazwisko rodowe jest bardzo ważne dla naszej przyszłości, dla tego, kim zostaniemy, jak będziemy rozumieć naszą tożsamość, ale jeszcze ważniejsze, rudymentarne dla Afrykanina jest to, co płynie dla niego z mleka matki, czym nasiąka od chwili narodzin. Kim jest jego matka.

Magda Podsiadły: Jesteś artystą z Senegalu pielęgnującym muzyczną tradycję griotów. Zdecydowałeś się jednak osiąść na stałe w Polsce, to chyba nie była łatwa decyzja?

Ablaye Badji: Sprowadziła mnie do Polski miłość. Ożeniłem się z polską dziewczyną, ale prawdą jest, że muzyk grający na korze, tradycyjnym instrumencie afrykańskiego griota, to w polskiej kulturze muzycznej zjawisko wciąż mało znane i niezbyt popularne.

 

Ale zapewne zachwyca, gdy już publiczność usłyszy dźwięk kory. Jednak ty nie jesteś griotem, nazywasz się przecież Badji, a to nie jest nazwisko żadnej z rodzin afrykańskich griotów.

Odziedziczyłem tradycję po kądzieli, moja mama nazywa się Cissoko.

 

No tak, teraz to już nie mam żadnych wątpliwości.

Urodziłem się na południu Senegalu, w regionie Cassamance, w mieście Ziguinchor. Przeplatają się tam różne tradycje muzyczne: gry na n’goni, instrumencie myśliwych, na korze, także na balafonie i krowim rogu. Moja mama, Ma Awa Cissoko, jest griotką, wielką senegalską śpiewaczką. To od niej uczyłem się śpiewu. Gdy byłem bardzo mały, mama wszędzie zabierała mnie ze sobą, na wesela, na koncerty, na których występowała. Przywiązywała mnie na afrykański sposób na swoich plecach i śpiewała, i tańczyła wraz ze mną. Nazwisko rodowe jest bardzo ważne dla naszej przyszłości, dla tego, kim zostaniemy, jak będziemy rozumieć naszą tożsamość, ale jeszcze ważniejsze, rudymentarne dla Afrykanina jest to, co płynie dla niego z mleka matki, czym nasiąka od chwili narodzin. Kim jest jego matka. W mojej rodzinie nie ja jeden nasiąknąłem kulturą griotów po kądzieli. U nas ważne jest przekazywanie całej muzycznej tradycji, a więc i gry na instrumentach oraz tańca.

Zaczynałem naukę od gry na sabar, senegalskim instrumencie perkusyjnym, rodzaju bębna, w który uderza się drewnianą pałeczką i dłonią. „Sabar” ma także szersze znaczenie – odnosi się do tradycyjnego stylu muzycznego i tanecznego. Ten bęben wykorzystywany jest także we współczesnej muzyce popularnej.

 

Ale grasz też na korze.

Dziadek uczył mnie i moich kuzynów gry na korze, a wujkowie i kuzyni – także gry na djembé.

 

Ale przede wszystkim jesteś korzystą, prawda? Dziadek odkrył w tobie ten talent.

Odebrałem od niego solidną, profesjonalną szkołę gry na korze. Jako malcy wędrowaliśmy z nim na targ, do kowala, by zakupić materiały na instrument – od odpowiedniego drewna po kalabas i skórę na pudło rezonansowe. Potem patrzyliśmy, jak on buduje ten instrument, i próbowaliśmy mu pomagać. Dopiero gdy wiedzieliśmy, jak jest zbudowana i jak działa kora, mogliśmy przystąpić do nauki gry na niej. W ten sposób przekazuje się dziedzictwo griota z ojca na syna. W wieku siedmiu lat zaczyna się uczyć, jak budować korę. W wieku lat dwunastu zaczyna się uczyć na niej grać. Kiedy ma się dwadzieścia lat, buduje się swoją pierwszą własną korę. Dziadek uczył mnie także sztuki opowiadania starych przypowieści i baśni oraz śpiewania pieśni. Dziś wykorzystuję wiele tekstów z naszej afrykańskiej tradycji ustnej w swoich utworach. Uwspółcześniam je, wybieram fragmenty, które bardzo lubię, i zmieniam tak, by lepiej się słuchało, by stały się one bliższe dzisiejszemu słuchaczowi, także takiemu, który naszej kultury nie zna. Poznając to wszystko, można nauczyć się historii swego rodu, rozpoznać swoją tożsamość, dowiedzieć się, skąd się jest, jaka jest nasza rola w społeczeństwie, ponieważ to muzyk przekazuje ludziom, skąd są i jakie są ich korzenie. Zapamiętuje stare historie oraz pieśni i opowiada je ludziom. Opowiada, nie czyta, bo wywodzimy się z kultury oralnej.

Jakie fragmenty są twoimi ulubionymi w tych starych pieśniach?

Moją ulubioną historią jest opowieść o bohaterze, wojowniku imieniem Kelefa Sane. To pierwszy utwór griotów – Courountou Kelera – co oznacza „ciągnąć więźnia z pola walki”. Jest to pieśń, której uczą się adepci gry na korze, gdy po raz pierwszy chwytają za instrument.

 

Kim był griot i jaka jest jego rola dzisiaj?

Mówi się, że gdy griot umiera to tak, jakby spłonęła biblioteka. „Djeli” – „griot” w języku mandinka znaczy również „krew”. Bez griota, tak jak bez krwi, życie jest niemożliwe. Mój prapradziadek był królewskim griotem na dworze Mandingów. A w tych odległych czasach grioci byli artystami i ambasadorami kultury, którzy sławili w pieśniach władców, królestwo, dynastie, lud, byli pamięcią narodu, opowiadaczami i królewskimi doradcami. Dziś funkcja griota trochę się zmieniła, choć poza Senegalem, w innych krajach bywa, że grioci odgrywają taką jak dawniej, choć już bardziej honorową, rolę w rządzie, przy prezydencie. Szefa rządu otacza dziś jednak gabinet profesjonalnych polityków i doradców, a wiedzę griota o świecie przejęły media. Funkcja griota ważna jest nadal na tradycyjnych wsiach.

 

Jak poznałeś swoją żonę?

W 2011 roku w Senegalu, w wiosce Abene, podczas międzynarodowych warsztatów gry na djembé i tradycyjnej muzyki ludu Mandingo. Organizował je mój kuzyn, który mieszka w Anglii, i poprosił mnie o pomoc. Moja przyszła żona, Justyna, która jest etnolożką, brała tam lekcje gry na bębnie i lekcje tańca. I tak w 2012 roku przyjechałem po raz pierwszy do Polski, by poznać moją polską rodzinę. Wszystko potoczyło się dobrze, zostałem zaakceptowany i wróciłem tu już na własne wesele. Tak zostałem na stałe.

 

Nie chcieliście żyć w twoim ciepłym, pięknym kraju?

Moja żona wciąż studiuje, jest na studiach doktoranckich, gdy je skończy, to będziemy się zastanawiać, co dalej robić. Ja chciałbym wrócić do siebie, bo tutaj jest naprawdę zimno! A poza tym jestem bardzo przywiązany do swojej kultury, a ona jest tylko w Afryce. Ale na razie próbuję szczęścia jako muzyk tutaj. Koncertuję, mam swój zespół, nagrałem płytę. Choć trudno jest utrzymać się z afrykańskiej muzyki tradycyjnej w Polsce, to w Afryce jest jeszcze trudniej. Trzeba wyjeżdżać, zarobić na Zachodzie, by móc wrócić i znów nasiąkać swoimi muzycznymi korzeniami.

 

Płyta, którą nagrałeś w Polsce z tutejszymi muzykami, nosi tytuł Sabaro. Co to znaczy?

To w języku mandinka „przebaczenie”. Na płycie słychać różne języki ludów zamieszkujących Senegal, między innymi wolof i diola.

 

O czym opowiadasz w swoich utworach?

O zaufaniu, o mojej mamie, o wdzięczności za to, że uczyniła mnie świadomym swej tradycji artystą i że jest moją najlepszą przyjaciółką. O poczuciu tożsamości, dla mnie bardzo ważnym, bo gram na korze, a nie noszę nazwiska griota, więc dla wielu, rozumiejących afrykańską kulturę, jak choćby dla ciebie, jest to z pozoru dziwne. Niektórzy nawet się podśmiewają, że jakiś Badji gra na korze griotów. Więc śpiewam o byciu griotem po kądzieli. Jest też o trudnej miłości na odległość, o kochankach, którzy żyją daleko od siebie, w innych krajach, na innych kontynentach. O sile prawdziwego uczucia. O dziadku, griocie Mandingo, który z wielką mądrością uczynił spadkobiercami swoich wnuków o mieszanej krwi, tak by czuli się dumni i odpowiedzialni za kontynuację rodzinnej tradycji. Gdy wykonuję tę piosenkę, zawsze jestem mocno wzruszony, dziadek odszedł już, a to jest mój hołd dla niego.

Jest też o spełniających się w życiu życzeniach i marzeniach. To płyta w dużej mierze o mnie, ale mam nadzieję, że także o tobie i o innych ludziach.

 

Jak to jest być muzykiem senegalskim w Polsce?

Dużo się uczymy od siebie nawzajem, ja i moi polscy koledzy po fachu. W Afryce nie nabywa się wiedzy muzycznej w szkole, a w rodzinie, na podwórzu. Ojciec, dziadek daje instrument do ręki, gdy jesteśmy bardzo mali, i każe powtarzać poszczególne fragmenty muzyczne, tak jak je słyszymy. Nie z nut. Do dziś nie umiem czytać z nut i czasem tu, w Polsce rodzi to małe konsternacje, a nawet konflikty. A ja słucham, jak ktoś śpiewa, gra, i włączam się. Trzeba się uczyć muzyki, ale ja muzyki nie czytam, ja ją czuję i tak, jak wkracza w moje serce, tak gram. To kwestia danej kultury, żadna nie jest gorsza ani lepsza, tylko inna.

 

Masz własny zespół The Badji Band. Gracie world music, ale mocno inspirowaną senegalską muzyką tradycyjną. Jak odbiera wasze koncerty polska publiczność?

Jest nas czterech muzyków, tylko ja jestem z Senegalu, pozostali to Polacy. Nie jest łatwo, bo gramy coś nowego w polskiej kulturze. Kora jest zupełnie nietypowym instrumentem na tutejszych estradach. Djembé jest już znacznie popularniejsze, reprezentuje muzyczną energię lubianą przez polskich słuchaczy. Ale polscy widzowie przekonują się, że gdy te instrumenty występują razem, budują nie tylko ciekawą linię melodyczną, ale i rytm dający silny impuls do tańczenia, a przecież muzyka ma być przede wszystkim radością i zabawą. Przed nami jednak jeszcze dużo pracy, by upowszechnić naszą muzykę i zbudować wokół siebie solidne grono fanów. Jak mówią Polacy: powoli, powoli, będzie dobrze.