Wydanie: MWM 02/2017

Sztuka - kształt miłości

Article_more
GF poznał M przez portal randkowy. Poszukiwał kobiety uległej, odnoszącej się ze zrozumieniem do jego potrzeby dominacji. M była oczarowana jego profilem i europejską otwartością seksualną. GF także był zachwycony; przedtem niemal stracił już nadzieję, że spotka kobietę, która dostosuje się do jego trybu życia.

Jest kompozytorem, ma swoje lata, wie już, czego potrzebuje: partnerki, której uległość dotyczyć będzie także sfery pozałóżkowej. Kobieta powinna podporządkować mu swój czas, udawać się z nim w dłuższe podróże artystyczne, prowadzić dom na Manhattanie i tworzyć go wszędzie tam, gdzie razem się wybiorą, słowem: być żoną i muzą. GF pieniądze ma, więc praca może być dla jego partnerki wyłącznie kwestią zawodowego spełnienia.

 

Zainteresowanie amerykańskiej prasy wzbudzili oboje, kiedy zdecydowali się wziąć udział w zorganizowanej w Toronto konferencji Playground, dotyczącej seksualności. M jest edukatorką seksualną, ma własną stronę w internecie, poświęconą BDSM. Przekonuje, że to nic złego, jeśli taką relację buduje dwoje odpowiedzialnych, dorosłych ludzi. Ona i GF są chodzącymi dowodami na prawdziwość tezy, że spełnienie potrzeb seksualnych odradza człowieka. GF pokonał dzięki M syndrom wypalenia i uczucie jałowości; pisze jak szalony. M jaśnieje, przykuwa wzrok, emanuje świetlistą energią i ciepłem; niejeden i niejedna przytuliliby się chętnie do jej piersi, szukając matczynego spokoju i bezpieczeństwa. 

M jest aktorką i storytellerką – opowiada historie tym, którzy chcą ich słuchać. W czasach, kiedy dokument czy literatura faktu cieszą się szczególną popularnością, kiedy chcemy poznawać prawdziwe losy ludzkie, publiczne opowiadanie staje się rodzajem terapii. A jednak M zrazu nie chciała mówić o swoim alkoholizmie, kiedy GF zaproponował jej współpracę. Temat zdawał się zbyt intymny, za wiele kosztować mógł powrót do tych emocji. A jednak się zgodziła. Teraz Mollena stoi przed publicznością z mikrofonem i gada. Wspomina chwilę, kiedy przyznała się przed samą sobą do uzależnienia. Kiedy poszła na oddział odwykowy. Jak walczyła (i walczy) z wyjącym o wprowadzenie do organizmu „elementu baśniowego” zwierzęciem ­– swoim drugim „ja”, które jawi jej się jako hiena. Taki też (Hyena) jest tytuł utworu Georga Friedricha Haasa na recytatorkę i zespół. A właściwie na Mollenę Lee Williams-Haas, bo trudno sobie wyobrazić kogoś innego mówiącego ten tekst. Muzyka Haasa jest zwykle smutna, naznaczona jakimś zmęczeniem, cierpieniem. Z trudem rodzi się z ciszy. Jej przeszywający ładunek emocjonalny skupia się w drobnym detalu, dźwiękowy lament, skondensowane uczucie rozciąga się w czasie, pulsuje bez rozładowania. W zetknięciu z prawdą Molleny zmienia się jednak w ilustrację. Chyba wolę te jego utwory, w których muzyka się niczemu nie podporządkowuje.

 

Relacja GF i M była środowiskową sensacją roku. Hyena, która miała swoją premierę w listopadzie, też musiała przyciągnąć uwagę. Rzadko tworzy się muzykę tak otwarcie osobistą, jeszcze rzadziej kompozytor zmienia swoje życie w sztukę. Dodatkowym kolorytem całej tej sytuacji, szczególnie istotnym w USA, jest fakt, że oto „właścicielem” czarnoskórej kobiety („Herr Meister” – tak go nazywa) jest starszy biały mężczyzna z Austrii, otwarcie mówiący o nazistowskiej przeszłości swojej rodziny. Jego muzyka to wieloletnie zmaganie się z dylematem etycznym, jakim jest jego austriacka tożsamość. Oboje z Molleną musieli przekroczyć wiele barier, aby się spotkać. Paradoksalnie, w jakimś stopniu odgrywają teraz te emocje w sadomasochistycznej relacji. Oswajają traumy, mówiąc o nich głośno i stając się gazetową sensacją chwili. Myliłby się ten, kto uznałby to za autopromocję. Ich „coming out” pomaga innym, pozostając etycznym drogowskazem. Umówili się, że to ona jest mu podporządkowana – ale kiedy słucha się Hieny, jego muzyka jest tylko towarzyszeniem. Jeden z najwybitniejszych kompozytorów naszego czasu usuwa się w tło przejmującej historii swojej żony. Robi to ten sam człowiek, który kazał publiczności słuchać swoich utworów po ciemku, aby bez reszty zagarnąć jej uwagę. Teraz stawia obserwatora w niewygodnej sytuacji, każe obcować z uczuciami wyrażanymi w nieoswojony sposób, jakby podglądanymi, niebezpiecznie współbrzmiącymi z ukrytymi strunami duszy. Gest wobec Molleny zdaje się wyrazem głębokiego uczucia. Teraz z tą sytuacją musi zmierzyć się ten, kto słucha i patrzy. I pan, i pani, i ja.