Wydanie: MWM 02/2017

Poszukiwanie wiary

Article_more
Skrajnie różne opinie wśród krytyków to norma. Nie wiem, czy poza dosłownie kilkoma przypadkami arcydzieł historia notuje konsensus w ramach poglądów na temat malarstwa, literatury czy muzyki. Niezwykły, rozbudowany poemat The Age of Anxiety Wystana Hugh Audena już rok po premierze został uhonorowany prestiżową nagrodą Pulitzera, ale taki znawca artystycznego słowa, jak Czesław Miłosz, chyba nigdy się do niego nie przekonał. Bardzo szybko i gwałtownie zaatakował Audena i jego dzieło – uznał, że ta „barokowa ekloga jest bardzo zła”.

W tym momencie nasza historia dopiero się jednak rozpoczyna. W 1947 roku anonimowy (do niedawna) przyjaciel podsuwa tomik Audena Leonardowi Bernsteinowi. Pierwsza wzmianka o Anxiety w korespondencji pada 25 lipca, cztery dni później „Twig” (czyli „Gałązka”) prosi kompozytora o zdanie: „co sądzisz o idei Niepokoju? Jest tu tyle muzycznej subtelności [...]”. Zdaje się, że Bernstein musiał w międzyczasie odpowiedzieć twierdząco, bo dalej jeszcze pada sugestia, iż nie powinna być to muzyka baletowa, lecz absolutna, chroniona od zbytniej programowości. Kimże był ów tajemniczy przyjaciel, który sprowokował jedno z najlepszych dzieł Bernsteina? Tajemnicę rozwiązano dopiero niedawno, w tomie listów Bernsteina z 2013 roku. Okazał się nim Richard Adams Romney (1918–2009), wówczas weteran Straży Wybrzeża USA, później zwykły urzędnik ubezpieczeniowy, pracownik firm zajmujących się nieruchomościami, w końcu – nowojorskich galerii, które wystawiały Jacksona Pollocka czy Marka Rothko. Niezwykły to przypadek, trzeba przyznać.

 

Wiek niepokoju Bernstein przeczytał z zapartym tchem. Temat okazał się nośny, bo przecież kompozytor kilkakrotnie pochylał się nad ludzką kondycją, poszukiwaniem prawdy, zgłębianiem tego, co w egzystencji istotne, a niełatwe do jednoznacznego nazwania. Podkreślał, że „zasadniczym tematem poematu (i muzyki) jest zapis trudnych i problematycznych poszukiwań wiary”. A utwór, jak sugerował „Gałązka”, przybrał kształt symfonii z fortepianem solo. Potężnych rozmiarów forma podzielona została na dwa zasadnicze rozdziały. Część pierwszą kompozytor rozbił na trzy główne podpunkty: A. Prologue, B. The Seven Ages oraz C. The Seven Stages. Podrozdziały B i C tworzą cykl kalejdoskopowo zmiennych, kunsztownych wariacji. Część druga jest smutną refleksją nad tymi etapami ludzkiej doczesności: podrozdział A – Lament, B – Maska, no i jeszcze podsumowujący całość epilog. Fortepian oczywiście przeciwstawia się w wyraźny sposób orkiestrze, jak samotna jednostka stawiająca czoła masie (ten aspekt swojej symfonii chciał podobno Bernstein rozumieć autobiograficznie). A potem jeszcze całkiem pokaźny punkt C, czyli Epilog.

Konstrukcja więc kunsztowna, postępująca zresztą za poetycką myślą Audena. Ważniejsze jednak, co niesie ze sobą dźwiękowa treść. Opowieść zaczynają pleść klarnety, z początku zdaje się ona neutralnie leniwa, lecz szybko okazuje się, że tytułowe „niepokoje wieku” są jak plaga szarańczy. Przyrastają w tempie geometrycznym. To, co z początku neutralne, szybko okazuje się tłem smutku, sceną, na której w złowrogich pląsach tańczą najbardziej przerażające zmory wywiedzione z naszych lęków. Amalgamat to iście nieziemski, bo banał rodem z Broadwayu potrafi połączyć Bernstein z brzmieniami niemal wprost zapożyczanymi od Brahmsa; coś, co brzmi, jakby wyszło spod pióra Debussy’ego – z tym, co mógłby skomponować Prokofiew albo Szostakowicz. Posplatał Bernstein pierwszą część ze wszystkiego, co z pierwszą połową XX wieku muzycznie się może kojarzyć, bo jeszcze trzeba dodać coś à la Alban Berg czy Schönberg i może Bela Bartók – wówczas przypuszczalnie zbliżymy się do pełni tej eklektycznej palety.

 

Jednak to co najważniejsze zawarł kompozytor w części drugiej. Lament można by zatytułować mottem z Kasprowicza – Ginącemu światu, bo to przecież marsz żałobny, natomiast Maska zdaje się w tym wszystkim sednem. Istny błazeński wygłup – jazz jako oczyszczenie? To niczym puszczenie oka – „dajcie spokój, przecież i tak nie mamy na naszą egzystencję wpływu, będzie tak, jak to ktoś zaplanował…”, zdaje się podpowiadać muzyka Bernsteina. Ale pod koniec lat czterdziestych minionego wieku Bernstein patrzył na rzeczywistość raczej optymistycznie – Epilog jest pełen patosu. Dzisiaj, w świecie irracjonalnych wyborów, emocji rozgrzanych do czerwoności, ataku łajdactwa i bezwstydu, niszczenia wszelkich autorytetów, plugawienia wspólnych wartości; w czasach, gdy krew płynie strumieniami na Bliskim Wschodzie, ostatnia część Wieku niepokoju byłaby raczej inna.