Wydanie: MWM 03/2017

Zacząłem od Bacha

Rafał Blechacz - wywiad
Article_more
Początkowo wiązałem swą przyszłość muzyczną z organami. Jednak kiedy w wieku siedmiu lat zacząłem profesjonalnie uczyć się gry na fortepianie, coraz bardziej zaczęło mnie to wciągać. Punktem zwrotnym był Ogólnopolski Konkurs Bachowski w 1996 roku, kiedy uświadomiłem sobie, że Bacha można równie ciekawie zagrać na fortepianie.

 

Róża Światczyńska: Po raz ostatni rozmawialiśmy przy okazji wydania pana płyty z utworami Debussy'ego i Szymanowskiego. Potem nagrał Pan polonezy Chopina, teraz sięgnął zaś pan po Bacha. To w pewnym sensie powrót do pana muzycznych korzeni.

 

Rafał Blechacz: To prawda. Od Bacha rozpoczęła się moja edukacja i zafascynowanie muzyką organową. Jako dziecko regularnie chodziłem do kościoła w rodzinnym Nakle i obserwowałem organistę nie tylko podczas mszy, lecz także w trakcie późniejszych improwizacji.   

 

Pozwalał panu czasem pograć?

 

Był na tyle życzliwy, że po mszy pozwalał mi ćwiczyć dla własnej przyjemności. Kiedy miałem kilka lat lubiłem zostawać sam w kościele i swobodnie delektować się brzmieniem organów. Z chwilą gdy podrosłem, mogłem już samodzielnie akompaniować do nabożeństw. Pieśni i kolędy miałem opanowane we wszystkich tonacjach, jak zawodowy organista.

 

Jak to się stało, że tak wcześnie zainteresował się pan organami i Bachowską polifonią? To nie jest muzyka, która w sposób oczywisty działa na wyobraźnię i emocje dziecka.

 

Organy od początku fascynowały mnie swą wielkością i potęgą brzmienia. Ale równie ciekawa była dla mnie możliwość odnajdywania w nich  różnorodnych barw, wynikających ze zmian rejestrów. Potem, kiedy w domu siadałem do pianina, wyobrażałem sobie, że gram na organach… Od początku też fascynowała mnie w muzyce wielogłosowość. Szukałem jej, słuchając nagrań utworów organowych Bacha, które potem sukcesywnie włączałem do mojego repertuaru fortepianowego.

 

Jednak w Pana przypadku fortepian dość długo musiał walczyć z organami o palmę pierwszeństwa.

 

To prawda. Początkowo wiązałem swą przyszłość muzyczną z organami. Jednak kiedy w wieku siedmiu lat zacząłem profesjonalnie uczyć się gry na fortepianie, coraz bardziej zaczęło mnie to wciągać. Punktem zwrotnym był Ogólnopolski Konkurs Bachowski w 1996 roku, kiedy uświadomiłem sobie, że Bacha można równie ciekawie zagrać na fortepianie. Daje on wykonawcy więcej możliwości brzmieniowych i ułatwia kontrolę barwową. Pozostałem więc przy tym instrumencie i chyba był to dobry wybór.

 

Ale podobno do dziś lubi Pan grywać na organach?

Jeśli tylko mam możliwość pogrania sobie w ciekawym miejscu na organach, staram się z tego korzystać. Na przykład w Filharmonii Narodowej, gdzie zaraz po Konkursie Chopinowskim miałem okazję wypróbować ten wspaniały instrument.

 

A zdarza się Panu czasem wejść do kościoła i posłuchać organów? 

 

Nawet często. Zwłaszcza w Niemczech trafiam na świetnych organistów wspaniale grających Bacha i na bardzo dobre instrumenty. Ale moim ulubionym pozostaje ten, który odkryłem w Kalamazoo w stanie Michigan, podczas festiwalu Gilmore'a. Jest tam piękny kościół ze wspaniałymi organami. Mają osiemdziesiąt głosów i trzy manuały, co pozwala na różne sposoby regulować ich brzmienie. Można uzyskać na nich zarówno wyjątkowo ciepłe, łagodne barwy, jak i bardziej wyostrzone kolory, potrzebne choćby do grania utworów Francka czy bardziej współczesnych kompozytorów. Mają tam dwóch bardzo dobrych organistów, którzy zawsze pojawiają się na moich festiwalowych koncertach.

 

Co zyskuje pianista dzięki kontaktowi z organami i polifonią? Jak wpływa to na Pana podejście do muzyki fortepianowej i myślenie o brzmieniu?

 

Gra na organach może na różne sposoby rozwijać wykonywanie muzyki fortepianowej. Zwłaszcza w kontekście utworów Bacha, ale także Chopina, szczególnie w przypadku jego późnych dzieł, jak Polonez-Fantazja czy ostatnie mazurki i nokturny, w których polifonia jest wyraźnie obecna. Zrozumienie i poszukiwanie jej w muzyce Chopina wciąż jest dla mnie fascynującą przygodą. Kiedy rozpoczynałem pracę nad Polonezem-Fantazją, starałem się odnaleźć ślady wielogłosowości w różnych motywach tego utworu, a potem odpowiednio zróżnicować barwy jego poszczególnych głosów.

 

A jakie korzyści płyną dla pianisty z praktyki grania Bacha na organach?

 

Istotną sprawą jest problem legata. Umiejętność jego palcowej realizacji jest niezbędna w muzyce organowej i przydaje się w graniu Bacha na fortepianie. Często bowiem chcemy ograniczyć użycie prawego pedału i wykonać pewne fragmenty wyłącznie palcami. Można osiągnąć wtedy bardzo dobre legato, unikając zamazania faktury fortepianowej. To kluczowa sprawa w kwestii czystości wykonywania muzyki Bacha na fortepianie, tak by nie brzmiała ona zbyt romantycznie. Oczywiście, wielu pianistów gra Bacha na fortepianie na sposób romantyczny, ale mnie zawsze fascynowała czytelność brzmienia i klarowność artykulacji. Na własny użytek nazywam to „powietrzem między dźwiękami”.

 

Czyli do swych dzisiejszych interpretacji bachowskich dochodził pan bardziej poprzez praktykę organową, niż granie muzyki romantycznej na fortepianie.

 

Można tak rzec, chociaż wykonywanie muzyki romantycznej wpływa na zróżnicowanie barwowe granych przeze mnie utworów Bacha. Jego dzieła nawet tego wymagają i śmiało można ku temu wykorzystać współczesny fortepian.       

 

A kwestia instrumentu? Czy wzorem niektórych pianistów specjalnie przygotowuje Pan swój fortepian do grania muzyki Bacha?

 

W przypadku ostatniej płyty przyznaję, że nagrywałem ją na dwóch fortepianach. Do niektórych utworów wybrałem instrument o trochę cieplejszej barwie, w pozostałych miałem nieco ostrzejszą intonację, przypominającą brzmienie klawesynu. Wydaje mi się, że osiągnąłem dzięki temu ciekawy efekt skontrastowania programu mojego bachowskiego albumu.

 

Zanim porozmawiamy o repertuarze pana najnowszej płyty, chciałabym zapytać, dlaczego dopiero teraz ten ukochany Bach pojawił się w Pańskiej dyskografii?

 

Oczywiście mógł się pojawić dużo wcześniej, bo już krótko po Konkursie Chopinowskim w 2005 roku myślałem poważnie o Bachu. Uznałem jednak, że płyta z Preludiami Chopina jest lepszym pomysłem na debiut zwycięzcy konkursu w wytwórni Deutsche Grammophon. Bach na tym etapie mógłby zaskoczyć wiele osób. Dziś, mając za sobą pięć nagranych płyt, mogę śmiało sięgnąć po jego utwory. Nie bez znaczenia jest też fakt, że mam już ten program ograny w różnych salach  koncertowych i na rozmaitych instrumentach. Dzięki tym doświadczeniom zdecydowałem się w końcu wejść do studia i przystąpić do nagrania.

 

A co zdecydowało o wyborze utworów, które znalazły się na płycie?

 

Głównym ogniwem albumu są dwie Bachowskie Partity, pierwsza i trzecia, obudowane utworami, od których często zaczynam swe recitale. Koncert włoski czy rzadko grywane Cztery duety to dobre wprowadzenia do moich programów i nie najgorszy kontekst na płycie dla samych Partit.

 

Te Duetti częściej spotyka się w repertuarze organowym...

 

To prawda, ale i na fortepianie można ciekawie je skontrastować. Mimo że każde z nich ma tylko dwa głosy, potrafią zabrzmieć zaskakująco bogato i interesująco. Mam nadzieję, że płyta to potwierdzi i znajdą one wielu admiratorów.

 

Koncert włoski to jeden z pana ulubionych utworów. Grał go pan także w Warszawie, krótko po konkursie.

 

To było na festiwalu Chopin i jego Europa w 2006 roku, kiedy połączyłem go z Suite bergamasque Debussy'ego, inspirowaną przecież barokiem i polifonią. Ten utwór zawsze był dla mnie szczęśliwy. Grałem go na Festiwalu Pianistyki Polskiej w Słupsku. Towarzyszył mi także podczas najważniejszych międzynarodowych debiutów, choćby na festiwalu w Salzburgu. Dziś wykonuję to dzieło nieco inaczej, dostrzegam szczegóły, których wcześniej nie zauważałem. To dobry moment, żeby nagrać je na płytę, podobnie jak obie partity.

 

Dlaczego akurat te dwie? Pierwsza jest chyba najbardziej komunikatywna ze wszystkich sześciu partit. Trzecia to muzyka dużo bardziej refleksyjna i wymagająca.

 

Zarówno pierwsza, jak i trzecia to utwory pozwalające „wygrać się” pianiście muzycznie. Obie mają bardzo piękne, liryczne sarabandy, wiele gracji i elegancji, ale też barokowej wirtuozerii. Pierwsza łatwo wpada w ucho, trzecia zaś jest bardziej głęboka i poruszająca. Wejście w jej świat wymaga od słuchacza dużo więcej koncentracji. Mam miłe wspomnienia z grania tego utworu na różnych estradach.

 

W programie Pańskiej płyty zauważam szczególną dramaturgię. Całość zaczyna się energetycznie i promiennie, by poprzez organowe Duety przejść do sekwencji w a-moll, o większym stopniu improwizacyjności,  gęstszej fakturze i polifonii, a zakończyć refleksyjnym chorałem Jesus bleibet meine Freude. To świadomy zamysł konstrukcyjny?

 

Całkowicie świadomy. Po dłuższym namyśle uznałem, że taka kolejność będzie najlepsza. Najpierw utwory, od których zaczynałem swą przygodę z Bachem, Koncert włoski i I Partita, potem zmiana nastroju i Duetti, z których ostatnie, w tonacji a-moll, prowadzi wprost do Fantazji i Fugi a-moll. Zawsze lubiłem ją wykonywać, bo jest bardzo organowa, co wymusza na pianiście określone podejście dynamiczne, agogiczne i barwowe. Następnie III Partita, także w a-moll i na koniec chorał, czyli ukłon w stronę najwyższego Dobra, z myślą o którym Bach komponował każdy utwór.

 

I w stronę fortepianu...

 

Tak, ten chorał to rzeczywiście fortepianowa transkrypcja Myry Hess. Bardzo piękny utwór, poruszający i odzwierciedlający duchowość muzyki Bacha, obecną tu niemal namacalnie. Początkowo chciałem nim otworzyć całą płytę, ale stwierdziłem, że lepiej jednak zabrzmi jako zwieńczenie programu.

 

Tym samym chorałem lubił też kończyć swoje występy Dinu Lipatti.

 

Zgadza się. Znam tę interpretację i uwielbiam Dinu Lipattiego, wspanialego pianistę, jednego z moich ulubionych. Do dziś mam w uszach jego wykonania Sonaty h-moll Chopina i Scherza E-dur, których sporo słuchałem przed Konkursem Chopinowskim w 2005 roku. On gra ten chorał trochę szybciej niż ja, ale w bardzo uduchowiony sposób.

 

Są jeszcze jacyś pianiści, którzy inspirują pana bachowskie interpretacje?

 

Jako dziecko i dojrzewający pianista słuchałem oczywiście Glenna Goulda, cały czas jestem zresztą jego fanem. Z biegiem czasu poznawałem także inne postawy wobec Bacha, niekiedy bardziej romantyczne. Odkryciem był dla mnie kontakt z pianistyką Andrása Schiffa i bachowskie interpretacje Światosława Richtera. Ciekawe okazały się Wariacje goldbergowskie w nagraniu Murraya Perahi. On ma bardzo indywidualne podejście do tego repertuaru, ale Bach na to przecież pozwala.

 

A co pan odpowiada tym, którzy uważają, że nie można grać dzisiaj Bacha na współczesnym fortepianie?

 

Oczywiście znam ten pogląd, ale fakt, że tylu pianistów wciąż wykonuje jego utwory na fortepianie, świadczy o tym, iż czasy się zmieniają i można nadal to robić, nie tracąc nic z ich wartości. Ja też należę do tej fortepianowej frakcji, ale przygotowuję zawsze fortepian pod względem intonacyjnym, aby zbliżyć się nieco do estetyki brzmieniowej tamtych czasów.

 

Porozmawiajmy o tym, co poza Bachem ważne jest teraz w pana repertuarze. Często występuje pan z orkiestrami.

 

Chętnie grywam ostatnio koncerty Beethovena, Mozarta i Brahmsa. Często współpracuję z zespołami kameralnymi, jak Deutsche Kammerphilharmonie Bremen, Orkiestra Kameralna w Bazylei, Chamber Orchestra of Europe i wieloma innymi wspaniałymi orkiestrami, z którymi można cieszyć się każdym wykonywanym dźwiękiem i eksperymentować podczas prób. Wiąże się z tym moja muzyczna przyjaźń z Trevorem Pinnockiem, z którym mamy wiele wspólnych koncertów. Myślimy nawet o nagraniu obecnego repertuaru.

 

A zdarza się panu czasem dyrygować zespołem od fortepianu?

 

Na razie tylko w marzeniach, ale nie wykluczam takiego momentu i to w niezbyt odległej przyszłości. W tej chwili jednak pochłaniają mnie bez reszty własne koncerty z orkiestrami, recitale solowe i kameralne.

 

Co znajduje się w ich programie? Czy wciąż jest pan proszony o Chopina?

 

Cały czas chętnie gram jego utwory, nikt nie musi mnie o to prosić. Drugą część moich recitali zawsze staram się poświęcać Chopinowi. Ostatnio włączyłem do nich Sonatę b-moll, Fantazję f-moll czy Nokturn z op. 48. To wszystko nowe utwory, których nauczyłem się podczas rocznej przerwy w koncertowaniu.

 

Jak udało się panu wykorzystać odpoczynek od estrady?

 

Publiczność oceni to na koncertach. Zgodnie z planem wzbogaciłem swój repertuar o utwory, które od dawna chciałem grać, ale wymagały one czasu. Cieszę się, że po dziesięciu latach mogłem wreszcie zdecydować się na taką przerwę i wrócić do codziennej pracy. Oczywiście nie znaczy to, że całkowicie zrezygnowałem z występów. Zagrałem dwa koncerty w Wiedniu i jeden w ramach festiwalu Gilmore'a, do czego zobowiązywał mnie kontrakt.

Nie miałam jeszcze okazji pogratulować panu tego prestiżowego wyróżnienia. Co dała panu tak ceniona przez pianistów nagroda Gilmore'a?

 

Przede wszystkim bardzo długą perspektywę myślenia o swojej karierze. Muszę przyznać, że nie wykorzystałem jeszcze tej nagrody, cały czas myślę, jak mądrze ją spożytkować. Na szczęście nie ma limitu czasowego wydania tych środków, wciąż czekam więc na właściwy moment inspiracji.

 

Nie kupił pan jeszcze wymarzonego Steinwaya klasy D?

 

Niestety, nie mam dotąd koncertowego fortepianu. Cały czas ćwiczę na tym, który kupiłem po konkursie w 2006 roku. Bardzo pięknie się rozwija kolorystycznie i też można na nim pracować nad problemami dźwiękowymi.

 

Minęło dwanaście lat od Pańskiego zwycięstwa w Konkursie Chopinowskim. Jak zmienia się pana Chopin pod wpływem nowych doświadczeń, koncertów czy studiów filozoficznych?

 

Na pewno nie są to radykalne zmiany, które by całkowicie przekształciły moje wcześniejsze interpretacje. Mam nadzieję, że wciąż jestem wierny mojemu stylowi. Doświadczenia estradowe decydują tylko o tym, że pewne pomysły agogiczne czy barwowe mogę pokazać odważniej. Dzięki temu rozwijam swą wyobraźnię, co oczywiście wpływa na kształt późniejszych interpretacji.

 

Chciał pan kiedyś kompletować na płytach Chopinowskie mazurki.

 

Ten pomysł musi trochę poczekać, bo im częściej je gram, im więcej widzę sposobów ich interpretowania, tym bardziej przeraża mnie myśl o nagraniu całego kompletu. Na pewno łatwiej jest wykonać jeden czy dwa opusy na koncercie, nawet dzień po dniu. Wejście do studia oznacza zdecydowanie się na określoną interpretację. Ten moment decyzji byłby dla mnie teraz dramatycznie trudny.

 

Co więc znajdzie się na pana następnej płycie, jeśli nie mazurki?

 

Będzie to albo muzyka kameralna, albo koncerty Beethovena.

 

Pozostaje więc sakramentalne  pytanie - kiedy znów usłyszymy Pana w Polsce?

 

W listopadzie w Filharmonii Poznańskiej zagram V Koncert Beethovena. W Warszawie wystąpię za rok, na koncercie z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości.