Wydanie: MWM 01/2013

Spotkania z Mistrzem

Wspomnienie
Article_more
Jako nastolatek interesujący się muzyką czerpałem wiadomości głównie z radia słuchanego wieczorami w rodzinnej „Leśniczówce” nieopodal Szamocina w powiecie chodzieskim. Wiedziałem, że w ówczesnej Polsce było dwóch liczących się kompozytorów młodszego pokolenia: Witold Lutosławski i Andrzej Panufnik. Wkrótce ten drugi „zdradził ludową ojczyznę”, wybierając wolność na Zachodzie, i mówiło się głównie o Lutosławskim, jako największej naszej nadziei w sztuce komponowania. Pamiętam jego Małą suitę, z radia oczywiście, a także parę pieśni „masowych”, na których autorstwo nie zwróciłem wtedy szczególnej uwagi.

W 1953 roku zostałem studentem muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego. Bywałem więc w Romie na spektaklach i koncertach (filharmonia podnosiła się dopiero z ruin) i tam jesienią 1954 roku byłem świadkiem prawykonania Koncertu na orkiestrę. Wywarł na mnie wielkie wrażenie, chociaż – nieobeznanemu z muzyką współczesną – miejscami wydał mi się nazbyt bogaty (!), prawie oszałamiający. Oczekiwałem, że nowa muzyka będzie bardziej powściągliwa, bardziej „klasyczna”. Po raz pierwszy ujrzałem wtedy Witolda Lutosławskiego i na zawsze zapamiętałem jego szczupłą sylwetkę. Nie przypuszczałem, że poznam go kiedyś osobiście i że Mistrz każe mi się zwracać do siebie po imieniu. (W latach 80. zaskoczyła mnie pewna „oziębłość” autora w odniesieniu do swego arcydzieła, które od lat cieszyło się na Zachodzie największym powodzeniem pośród jego prac, jak zapewniała Martina Homma. Dziś wiemy, że utwór nie mieścił się w obszarze celów artystycznych kompozytora. A może był to także efekt uznania Koncertu przez Zofię Lissę za czołowe dzieło realizmu socjalistycznego w Polsce?).

Spotkanie pierwsze

W tym samym okresie, w 1954 roku, o ile dobrze pamiętam, prof. Lissa zaprosiła Lutosławskiego na spotkanie ze studentami i sugerowała, byśmy się odpowiednio przygotowali. Któryś z kolegów przyniósł Bukoliki, ktoś inny Melodie ludowe. Przegrywaliśmy je z Januszem Mechaniszem na fortepianie Zakładu Muzykologii i to było chyba całe przygotowanie studentów mojego roku. Na szczęście nieco starsi koledzy znali lepiej twórczość naszego gościa. Lutosławski okazał się bardzo miły i bezpośredni, byłem zaskoczony swadą, swobodą i poziomem intelektualnym jego wypowiedzi. Prof. Lissa zachęcała nas do dyskusji z kompozytorem. Bezczelnie zarzuciłem mu stosowanie w Melodiach ludowych akordów o morfologii typowej dla muzyki romantycznej, gdy w moim przekonaniu należało stosować harmonikę konsekwentnie nową. Kompozytor łagodnie dał mi do zrozumienia, że nie w pełni podziela moją opinię. Wyraził też rozczarowanie faktem, że nie wzięliśmy na warsztat bardziej ważkich jego dzieł, jak Uwertura smyczkowa z 1949 roku, w której starał się wypracować nowy, własny system organizacji dźwięków.

Warto tu nadmienić, że muzyka współczesna nie była przedmiotem studiów na pierwszych latach. Ponadto dyrektywy okresu socrealizmu i „żelazna kurtyna” czyniły swoje. Znaliśmy trochę rodzimej twórczości, powierzchownie – dorobek czołówki kompozytorów radzieckich, nieco Bartóka. Znaliśmy także nazwiska na przykład Schönberga i Strawińskiego, ale już nie ich dzieła. Gdy zawitał do nas pewien muzykolog francuski, na jego pytanie, czy słyszeliśmy o Messiaenie, z zażenowaniem odpowiedzieliśmy przecząco. (Natomiast znaliśmy już pierwszą kompozycję… Mao Zedonga, zwanego wówczas Mao Tse-tungiem, pieśń, do ćwiczenia której podczas zajęć chóralnych nakłoniła nas przewodnicząca koła ZMP).

Specjalny podwójny styczniowo-lutowy numer "Muzyki w Mieście" poświęcony Witoldowi Lutosławskiemu jest przez cały rok do nabycia w Filharmonii Wrocławskiej i w sprzedaży wysyłkowej.