Wydanie: MWM 03/2017

Wyznanie miłości

Article_more
Są dzieła, które mają wielką moc przyciągania, do których wraca się może nie często, ale jeśli już, to zawsze oddziałują z niezwykłą intensywnością.

To chyba początkowe motywy, grane przez trąbkę solo (dosłownie – takie skandowane motto), swego czasu podziałały na mnie jak hipnotyzujące zaklęcie. Chociaż słyszałem je po raz pierwszy, wydały się znajome. Pewnie nie tylko mnie od razu skojarzyły się z nieco tylko odkształconym, słynnym motywem z Piątej Beethovena. Te krótkie, urywane sygnały prowadzą do tematu żałobnego, który ma toczyć się w „rytm odmierzanych kroków, surowo, jak w kondukcie”. Spektakularnie otwiera Mahler swoją Piątą, niczego nie tając: tytuł nie pozostawia wątpliwości (Trauermarsch). Ideowo nawiązuje do jednego z najbardziej emblematycznych motywów w historii muzyki (zresztą „złowieszczy” motyw losu wcale u Beethovena nie debiutował, znaleźć go można u poprzedników!) i po części także do romantycznej tradycji symfoniki Hectora Berlioza. A to zaledwie początek niezwykłości, które V Symfonia Mahlera w sobie skrywa. Do dzisiaj nie ujawniła zresztą światu wszystkich swoich tajemnic. Na temat chronologii powstawania poszczególnych jej cząstek spory wśród naukowców trwać pewnie będą jeszcze długo. 


Tworzona była na przestrzeni dwóch lat (1901–1902), pisana – jak to kompozytor miał w zwyczaju – przede wszystkim w miesiącach letnich, z dopracowaniem orkiestracji w 1903 roku. Był to czas, kiedy nie tylko zdecydował się Mahler na „zupełnie nowy styl” swoich dzieł. Piąta otwiera przecież tryptyk środkowych, czysto instrumentalnych symfonii. Ale był to przede wszystkim czas przełomu w osobistym życiu Gustava i właśnie ten aspekt zasadniczo zaważył na jej treści i formie. Wszystkiemu winna miłość, jak zawsze zresztą – uczucie to jest najważniejszym motorem działań człowieka. Zanim jednak o tym aspekcie Piątej, gwoli przypomnienia: rozmiarami dość potężna (70–75 minut), zbudowana jest z pięciu części, ułożonych w trzy „rozdziały”. 

 

Pierwszy tworzą wspomniany Marsz i targana rzeczywiście skrajnymi burzami forma sonatowa. Paul Bekker, jeden z komentatorów twórczości Mahlera, uznał ją za „największe osiągnięcie sztuki symfonicznej”. Rozdział drugi wypełnia jedynie Scherzo – błyskotliwe, chciałoby się rzec, skąpane w nadmiarze kontrastujących motywów i fraz. Muzyka jak roziskrzony rydwan Kronosa z wiersza Goethego. Tak przynajmniej sugerował Bruno Walter, skądinąd raczej stroniący od programowych klisz i słownych egzegez. Trzeci jest w tym kontekście najciekawszy i najbardziej znaczący. To znów dwie cząstki: Adagietto i Rondo-Finale. Po gorącym, wartko płynącym – podkreślam: roziskrzonym! – Scherzu następuje kontrast wręcz nieziemski. Symfoniczny gąszcz znika na rzecz surowego kwintetu smyczkowego i harfy. Adagietto okazuje się punktem zwrotnym całości (bo oznacza diametralny zwrot muzycznej akcji). Zrazu spokojne, idylliczne i słodkie, z taktu na takt staje się coraz bardziej namiętne i zmysłowe, by w momencie kluczowym przemówić niezwykłym cytatem. Dziesięć taktów (61–71), w których Mahler przywołuje „motyw spojrzenia” z Wagnerowskiego Tristana, jest kluczowe dla zrozumienia tej muzyki. Bo nie było Adagietto jedynie obrazem uczucia, upamiętnieniem chwili namiętności, jakimś bladym memuarem. Przeciwnie, był to najprawdziwszy miłosny list, który Mahler napisał do prawie dwadzieścia lat młodszej od siebie wiedeńskiej piękności, Almy Schindler. Poznali się w listopadzie 1901 roku. Alma, wykształcona kompozytorka, znawczyni twórczości Wagnera, owo uczuciowe wyznanie odczytała i pojęła w mig. I chociaż oficjalnie przed światem w swoich wspomnieniach się do tego nie przyznała, to opowiedziała o tym wybitnemu dyrygentowi i przyjacielowi Mahlera, Willemowi Mengelbergowi. Potwierdził tę wersję także Gustav, a holenderski kapelmistrz zanotował wszystko na pierwszej stronie Adagietta w swoim egzemplarzu partytury. Upstrzona jest ta kartka różnokolorowymi kredkami (dyrygenci zwykle wyróżniają tak to, co najistotniejsze), ale też atramentowymi notatkami. Najważniejsza jest ta: „To Adagietto było deklaracją miłości Gustava Mahlera do Almy! Zamiast listu wysłał jej ten rękopis bez bliższych wyjaśnień. Ona zrozumiała i odpisała, że może przyjść!!! Oboje mi to opowiedzieli”.

 

I jeszcze dopisek na samym dole: „Jeśli muzyka jest językiem – to jest dowód. On mówi jej wszystko w dźwiękach i brzmieniach, w muzyce”. Podobno Herbert von Karajan uważał, że przy tej symfonii można zapomnieć o upływie czasu. Miał rację.