Wydanie: MWM 03/2017

Wiecznie zraniona dusza

Article_more
W książce kupionej w petersburskim antykwariacie przez przypadek trafiam na wspomnienie o wybitnym polskim kompozytorze. Wspomnienie to znajduję w korespondencji dwojga Rosjan, w liście wysłanym z Poznania w 1934 roku.

„Synowie nasi bardzo wcześnie skończyli gimnazjum i Romek (muzyk) przeszedł na trzeci rok na uniwersytecie. Ma zaledwie 18 lat. Studiuje muzykologię, poza tym w konserwatorium jest w klasie skrzypiec na czwartym roku i w klasie kompozycji na drugim. Romek skomponował kilka utworów na fortepian, na głos i na kwartet smyczkowy. Teraz instrumentuje Suite Bergamasque Debussy’ego, gotowe ma już zaś Koncert Stamitza (syna) D-dur de viola d’amore (wykonany w radiu przez profesora tutejszego konserwatorium) oraz Toccatę i fugę d-moll Bacha. Najbardziej tracą skrzypce, nigdy bowiem nie ma czasu, jako że najbardziej go pociąga i interesuje wszelka praca teoretyczna. Włada także słowem i pisze artykuły muzyczne dla dwóch czasopism. Chciałabym, żeby po zakończeniu studiów na fakultecie muzykologii poszedł na prawo. Nie wiadomo, jak potoczy się jego życie muzyczne i czy zmienią się obecne, ciężkie warunki dla muzyków. Rodzina nasza ma charakter polski, a dzieci nie są nawet wolne od owej wrogości, którą daje im otoczenie i szkoła. Mnie wśród Polaków uważa się za Rosjankę, wśród Rosjan zaś za Polkę. W ogóle to wiecznie zraniona dusza”.

 

Adresatem tego listu jest Aleksander Głazunow, a owa wiecznie zraniona dusza to Nadzieja Berestniewa-Padlewska, wybitna pianistka, matka wspomnianego w liście Romana Padlewskiego, znakomitego kompozytora, gorącego patrioty i uczestnika kampanii wrześniowej, który zginął w powstaniu warszawskim. Berestniewa-Padlewska wraz ze swym polskim mężem, lekarzem bakteriologiem Leonem Julianem Padlewskim, po I wojnie światowej trafiła do Poznania. Uczyła tam i sporadycznie koncertowała. 

Aleksander Konstantinowicz Głazunow wyjechał z Leningradu do Austrii w roku 1928, dokładnie 22 maja. W Wiedniu przewodniczył jury międzynarodowego konkursu zorganizowanego przez firmę płytową Columbia z okazji stulecia urodzin Franciszka Schuberta. Jego pobyt za granicą miał, zgodnie z przyznanym pozwoleniem, potrwać trzy miesiące. Jednak Głazunow do Rosji nie powrócił już nigdy. Zamieszkał w Paryżu, gdzie utrzymywał ożywione kontakty z liczną rosyjską diasporą. Na podstawie korespondencji wywnioskować można, że Berestniewą-Padlewską i Głazunowa łączyła nić serdecznej sympatii. Łączył ich też los emigrantów, oboje opuścili Związek Radziecki w latach dwudziestych i musieli odnaleźć się na obczyźnie. Dla niej było to szczególnie trudne. W dalszej części jej listu czytamy: „Tutejsi Polacy zupełnie nie znają Rosjan, co wyjaśnić można dwiema przyczynami: żyjąc w prowincji niemieckiej, z Rosjanami praktycznie nie stykali się, zaś swoje własne o nich wyobrażenie opierali na negatywnym światopoglądzie historycznym; Niemcy starali się podtrzymywać to wrogie nastawienie, pogłębiając je baśniami o dzikim kraju, w którym po miastach chodzą niedźwiedzie, kraju całkowicie pozbawionym życia kulturalnego. [...] Moje pierwsze tu kroki artystyczne były bardzo ciężkie, po pierwszych koncertach moje wykonania zostały odrzucone, nie mieściło się bowiem w tutejszych głowach na przykład dobre wykonanie Chopina przez przybysza z Rosji”. 

 

Wiele elementów wspomnianego negatywnego światopoglądu historycznego okazało się mieć nader trwały – choć nie zawsze nieuzasadniony – charakter. A Chopina granego przez przybyszów z Rosji chętnie słucha dziś nie tylko Poznań.