Wydanie: MWM 04/2017

Podróż do głębi

Seong-Jin Cho
Article_more
Od pierwszego występu podczas XVII Konkursu Chopinowskiego Seong-Jin Cho, jego ostateczny zwycięzca, zwrócił na siebie uwagę – także moją – wyjątkowym typem osobowości muzycznej: wyciszonej, ale bardzo ekspresyjnej, skupionej, ale emanującej niezwykłą wewnętrzną energią. Jego całkowite zatopienie w muzyce, jakby pomimo konkursowych okoliczności, szlachetność i subtelność, w połączeniu z imponującą pianistyką – miały w sobie coś uwodzicielskiego i magnetyzującego. Po ponad roku wróciłam do jego nagrań i miałam okazję z nim porozmawiać. Kogo spotkałam?

Konkursowe uniesienia już dawno za nami, bywa, że czas różnie weryfikuje podsycane pozamuzycznymi emocjami wrażenia – tak jak wino, smakujące jak ambrozja w gorące popołudnie w małej trattorii z widokiem na toskańskie wzgórza, przywiezione do domu często okazuje się ledwie porządnie zrobionym trunkiem. Jeśli trzymać się tej metafory – Cho, dziś dwudziestodwuletni, ma potencjał wina dojrzewającego o złożonym bukiecie. Jakie nuty są w nim najważniejsze?

 

*****

 

Najbardziej uderzająca jest koncentracja. Cho przy fortepianie sprawia wrażenie całkowicie oddanego muzycznej myśli, którą przekazuje. To sprawia, że nic, ani jeden takt nie „przecieka” mu przez palce, mimochodem, wszystko jest świadomie kierowanym strumieniem energii. „Mam chyba naturalną umiejętność skupiania się, zawsze taki byłem. Już jako dziecko, kiedy na przykład zaczynałem czytać książkę, potrafiłem wyłączyć się na kilka godzin. Problemem było raczej to, że nienawidziłem, kiedy ktoś mi przeszkadzał… Do dziś tak jest: kiedy coś robię, koncentruję się tylko na tym. Nieistotne, czy to jest rozmowa, czy książka, czy film, czy ćwiczenie – zapominam o wszystkim, niestety zdarza mi się też zapomnieć o umówionym spotkaniu czy posprzątaniu pokoju”. Ta umiejętność wydaje się jednak niesłychanie cenna dla Cho-pianisty – a przez to i dla słuchaczy. „Gdy jestem na estradzie, czuję obecność, nastrój, emocje publiczności, odbieram je, ale muzyka jest najważniejsza. Kiedy gram, czuję po prostu spokój, jestem wolny. Szczególnie podczas recitalu solowego. Jestem naprawdę szczęśliwy, że mogę to robić – przynajmniej na razie”.

 

Gdy obserwowałam Seon-Jin Cho poza estradą, jeszcze podczas Konkursu, ale i w dostępnych w internecie wywiadach, uderzyły mnie jego nieśmiałość, niepewność, wyciszenie i maniery godne wychowanka Eton, całkowity brak wyrazistej ekspresji. Cho nigdy nie podnosi głosu, niemal nie gestykuluje, uśmiecha się delikatnie. W przygotowanych przez Deutsche Grammophon, będących materiałem promocyjnym do najnowszej płyty, krótkich filmach, w których pianista opowiada o czterech kolejnych Balladach Chopina, wygląda jak ktoś, kto został zmuszony do mówienia, a każde zdanie okupione jest wielkim wysiłkiem. Ręce co chwilę szukają zbawczej klawiatury, by dopowiedzieć to, czego słowa nie dają rady przekazać. Odżywa, gdy gra; zapada się wewnątrz siebie, gdy ma wytłumaczyć. Słuchając tego, co mówi, trudno uwierzyć, że ktoś tak delikatny i introwertyczny może być tak przekonujący i pewny siebie na estradzie. Podczas rozmowy z nim teraz, ponad rok po warszawskim triumfie, miałam wrażenie, że próbuję skontaktować się ze stworzeniem, które żyje gdzieś na dnie oceanu i choć jest bardzo uprzejme, stara się nadać jakiś komunikat na powierzchnię, to przychodzi mu to z trudem. Wróciłam do nagrań, z różnych momentów jego jeszcze niezbyt długiej kariery, przypomniałam sobie wrażenia z przesłuchań konkursowych i zrozumiałam, że prawdziwy Cho ujawnia się tylko przy fortepianie, jakby tylko tam czuł się pewnie i cała jego energia była nastawiona tylko na ten jeden rodzaj przekazu.

 

*****
 

A co ten przekaz, oprócz samej muzyki, kształtuje? „Ćwiczenie zajmuje mi około czterech godzin dziennie, ale poza tym wszystko, czego doświadczam, mnie kształtuje. Spacery, rozmowy z ludźmi, książki, filmy, to wszystko są ważne inspiracje. Oglądam dużo malarstwa i często myślę przy tym o muzyce. Bardzo lubię impresjonistów, na przykład Moneta. Odkąd mieszkam w Paryżu, często chodzę do Orangerie, żeby go obejrzeć. Myślę wtedy, jak wiele go łączy z Ravelem, z Debussym. Lubię też malarstwo barokowe, na przykład Rembrandta. Cenię także Pisarra… Ale i współczesne malarstwo, szczególnie Magritte’a. Obrazy budzą we mnie dużo muzycznych skojarzeń”.

Skupienie, inspiracje i wyciszenie poza estradą – to coś, na co, wydawałoby się, trudno sobie pozwolić przy tak wypełnionym, jak w przypadku zwycięzcy Konkursu Chopinowskiego, kalendarzu koncertowym. „Rzeczywiście ten rok był bardzo intensywny i nadal bardzo dużo koncertuję. Niektóre z tych występów były niezwykle satysfakcjonujące, inne – mniej, ale to dla mnie wielka radość móc tyle występować, uczyć się nowego repertuaru. Cały czas najważniejsza jest dla mnie jakość mojej muzyki, mojej gry, zawsze staram się dać z siebie wszystko. Poza tym te doświadczenia bardzo wiele mnie uczą. Przez ten rok wielokrotnie na przykład grałem Koncert e-moll Chopina i za każdym razem to było inne przeżycie, inne podejście, także dzięki różnym orkiestrom, dyrygentom. Nigdy nie uda mi się zrozumieć tego koncertu w stu procentach, ale za każdym razem odkrywam w nim coś nowego, mam nowe pomysły, staram się wejść głębiej. I na pewno teraz grając go, czuję się o wiele bardziej komfortowo, swobodnie”.

 

*****
 

W swojej dotychczasowej karierze Cho wielokrotnie koncertował z orkiestrami, dał też wiele recitali solowych i nagrał swoją pierwszą płytę studyjną poświęconą Chopinowi – Koncert e-moll z London Symphony Orchestra pod dyrekcją Gianandrei Nosedy oraz Ballady – wydaną przez Deutsche Grammophon. Każda z tych sytuacji artystycznych: koncert z orkiestrą, recital, nagranie w studio, stawia przed muzykiem zupełnie inne wymagania i umieszcza go w zupełnie innych kontekstach. „Nie umiem powiedzieć, co jest bardziej inspirujące dla mnie, występ czy nagranie – to bardzo różne sytuacje. Kiedy koncertuję, szczególnie z orkiestrą, jest więcej emocji, to bardziej ekscytujące. W studiu czuję się bardziej odizolowany, nie ma publiczności, chociaż kiedy nagrywaliśmy koncert, nie czułem tego tak bardzo, bo była orkiestra. Koncert to dla mnie taka większa wersja grania kameralnego – musieliśmy się dużo komunikować z orkiestrą, z dyrygentem. Ale w przypadku London Symphony Orchestra to było łatwe, czysta przyjemność. A maestro Gianandrea Noseda jest dla mnie bardzo inspirującym muzykiem, ma na mnie duży wpływ, jestem niezmiernie szczęśliwy, że razem pracowaliśmy. Zupełnie inaczej było, kiedy nagrywałem Ballady – czułem wtedy prawdziwą samotność, dużo większe skupienie, mogłem wszystko usłyszeć. Z kolei recital solowy przynosi mi zawsze dużo satysfakcji, to moja ulubiona forma występu”.

 

Zupełnie innych doświadczeń dostarcza, odmienne obszary wrażliwości i kompetencje ujawnia najmniej kojarzona z młodym pianistą muzyka kameralna. I choć dominującym elementem obecnej kariery Seong-Jin Cho jest działalność solistyczna, warto wspomnieć i o tej, mniej efektownej dla wielu formie ekspresji. O możliwościach artysty w tej dziedzinie przekonało mnie nagranie zarejestrowane podczas konkursu Artura Rubinsteina w Tel-Avivie, na którym Koreańczyk zdobył III nagrodę. Nie ukrywam, że jego wykonanie Kwartetu g-moll Johannesa Brahmsa z towarzyszeniem Sergeya Ostrovsky’ego na skrzypcach, Gilada Karniego na altówce i Zvi Plessera na wiolonczeli, sprawiło, że z wielką nadzieją czekam na jego przyszłe dokonania kameralne. Uważność i umiejętność wydobycia niuansów, panowanie nad narracją i temperamentem, pełne wyczucia sterowanie obecnością fortepianu i pasja wspólnego muzykowania – to wszystko przy zapewnieniu odpowiednich partnerów wróży możliwość wspaniałych i wiele wnoszących interpretacji wielkiej kameralistyki fortepianowej. Na to jednak jeszcze trzeba czasu; sam Cho mówi: „Wiem, że muzyka kameralna jest bardzo ważna, miałem też okazję grać tria Schuberta, które bardzo lubię, ale w tego rodzaju występach czuję się komfortowo tylko pod warunkiem, że mogę współpracować z kimś, z kim naprawdę dobrze się rozumiem, z kim mogę rozmawiać, wymieniać myśli, kto mnie inspiruje. Jeśli kogoś nie znam, a nie ma zbyt wiele czasu na wspólne próby, nie czuję się z tym dobrze. Dlatego teraz zdecydowanie wolę się skupić na występach solowych”.

 

*****
 

Te zaś bynajmniej nie ograniczają się do zagłębiania się wyłącznie w Chopina – Cho buduje zresztą swój repertuar solisty, dając się poznać jako pianista eksplorujący bardziej to, ku czemu pociąga go jego własna wrażliwość niż obszary charakterystyczne dla „lwów fortepianu”. Jak wspomina w wywiadach, szczególna więź łączy go nie tylko z muzyką Chopina, lecz także z twórczością Mozarta i Schuberta – jedna z sonat Wolfganga Amadeusa i jeden z walców Fryderyka znalazły się w jego repertuarze, gdy w wieku dziesięciu lat zaczął lekcje fortepianu z myślą o profesjonalnej grze. W tegorocznym programie recitalowym koreańskiego pianisty znajdziemy więc Sonatę F-dur KV 332 Mozarta, ale i Sonatę c-moll D 958 Schuberta, a także Sonatę h-moll Berga oraz Images Debussy’ego. „Bardzo trudno jest mi wyjaśnić, dlaczego z niektórymi kompozytorami czuję osobistą więź. Muzykę Schuberta odczuwam jako coś bardzo naturalnego, czystego, jak głos ludzki, wyrażający emocje bardzo wprost. Z kolei Mozart to wielka dramaturgia, opera, u niego znajduję bogactwo przeżyć. Im częściej gram dzieła Mozarta i Chopina, im intensywniej je ćwiczę, tym bardziej złożone mi się wydają; im coś wydaje mi się prostsze, tym jest trudniejsze. Beethoven to zupełnie coś innego – wspaniała konstrukcja, uwielbiam jego utwory, ale Beethoven cały czas z czymś się zmaga, jest przeciw czemuś, walczy”.

 

Nie znajdziemy natomiast w repertuarze Seong-Jin Cho muzyki nowej. Zapytałam go, co myśli o naszym zamiłowaniu do słuchania przede wszystkim muzyki przeszłości. „Myślę, że to jest kwestia czasu. Potrzebujemy czasu, żeby oswoić niektóre bardzo nowoczesne dzieła. Kiedy Strawiński przedstawiał w Paryżu Święto wiosny, publiczność całkowicie je odrzuciła, nie była gotowa na coś takiego. Dziś mówimy, że to arcydzieło, słuchamy go jak czegoś już klasycznego. Podobnie z wieloma innymi utworami powstałymi w XX wieku, uważanymi jeszcze niedawno za współczesne, a dziś należącymi do normalnego repertuaru, tak jest na przykład z muzyką Prokofiewa. Myślę, że kiedy minie kolejne sto lat i nas już nie będzie, może się okazać, iż wiele z obecnej muzyki, do której dziś nie potrafimy się zbliżyć, stanie się czymś zrozumiałym i chętnie słuchanym”. Czy w takim razie muzyka klasyczna w ogóle jest potrzebna? W spokojnej odpowiedzi Seong-Jin Cho nie usłyszałam ani śladu niepewności: „Tak, jest potrzebna, tak jak potrzebne jest na przykład dobre wino. Dla większości ludzi nie ma ono znaczenia, nie potrzebują naprawdę dobrego wina, nie interesują się nim, nic o nim nie wiedzą. Ale są tacy, którzy je doceniają i potrzebują go. Wielu ludzi nie potrzebuje muzyki klasycznej, i nie musi jej słuchać. Ale innym jest niezbędna, jest sensem człowieczeństwa – na przykład dla mnie”.