Wydanie: MWM 04/2017

W poszukiwaniu idealnego głosu

Article_more
Samodoskonalenie w życiu artysty to coś, co – choć powinno być oczywiste – wcale takim nie jest. Ona o tym nie zapomniała. Mimo popularności (zdobytej dzięki rolom w serialach i filmach), mimo uznania i nagród na festiwalach piosenki. Rozwija się nieustannie. Wydaje płytę z własnymi kompozycjami do wierszy Leśmiana, występuje w spektaklach Agaty Dudy-Gracz (wkrótce będzie Lady Makbet), Grzegorza Brala (muzyczna Wyspa inspirowana Burzą Szekspira).

Grzegorz Chojnowski: Magda czy Magdalena? 
Magdalena Kumorek: Magda.


Jednak? 
Nie dojrzałam jeszcze do Magdaleny.


A jeśli powiem jeszcze jedno słowo na „m”, czyli „muzyka”, jakie będzie pierwsze skojarzenie?
Wielka tęsknota, by „otworzyć” swój głos. Coś, nad czym pracuję od wielu lat, i mam nadzieję, że kiedyś to osiągnę. 


Skromna pani jest.
Szczera. 


Chodziła pani do szkoły muzycznej?
Chodziłam, byłam w klasie fortepianu, miałam też lekcje chóru. Próbowałam również jako dziecko uczyć się śpiewu indywidualnie. I akurat w Gliwicach, skąd pochodzę, nie było wydziału rozrywki, więc jedynym wyjściem była próba zapisania mnie na wokal klasyczny. Po trzech lekcjach pani prowadząca te zajęcia powiedziała, że się nie nadaję, kompletnie. Ale chyba nie uwierzyłam tej pani i rzeczywiście później śpiew się w moim życiu pojawił i poszukiwania trwają po dziś dzień. Co chwilę wynajduję nowe możliwości uczenia się.


W edukacji muzycznej istnieje element tresury. Żeby do czegoś dojść, trzeba – podobnie jak w sporcie – zacząć wcześnie i żmudnie trenować. Były takie plany wobec małej Magdy?
Były, ale myślę, że bardzo szybko moja mama musiała się z nimi pożegnać. Tak jak wspomniałam, byłam w klasie fortepianu i w jakimś stopniu realizowałam może nie tyle zamierzenia, co marzenia mojej mamy. Ona kocha muzykę i otacza się nią, natomiast nigdy nie uczyła się grać, więc wysłała dziecko do szkoły muzycznej i liczyła na to, że w 2000 roku to dziecko weźmie udział w Konkursie Chopinowskim. 


A dziecko – owszem – wzięło udział, ale w różnych innych konkursach.
Bardzo szybko się zorientowałam, że nie jest to moja ścieżka, że nie mam takiego talentu, a przede wszystkim takiej zaciętości w sobie, by móc poświęcić się grze na fortepianie. No ale musiałam dojrzeć do tego momentu, w którym zastosowałam pewien fortel. Teoretycznie wzięłam roczny urlop w szkole muzycznej, choć wiedziałam, że już nigdy nie wrócę. To było bardzo trudne dla mojej mamy, bo ona do końca wierzyła, że jakoś się uda. To nie była moja droga. Po prostu.


Kiedy zdała pani sobie sprawę z tego, że chce zostać nie muzykiem, lecz aktorką?
Jeśli chodzi o świadome decyzje, to w liceum. Życie nie znosi próżni i gdy się skończyła szkoła muzyczna, to nagle się okazało, że popołudnia są wolne, a ja – ponieważ od dziecka byłam nauczona intensywnej pracy, nie miałam czasu wolnego – zaczęłam szybko czegoś szukać. Pojawiło się kółko teatralne i po dwóch czy trzech miesiącach powiedziano mi, że w Katowicach Dorota Pomykała prowadzi studio aktorskie, gdzie przygotowują młodych ludzi chcących zdawać do szkoły teatralnej. Pojechałam, nie mając większych nadziei, że się tam dostanę. Ale dostałam się. Trzy lata w tej szkole, weekendami, usiłowałam się czegoś nauczyć i efekt był taki, że dostałam się do szkoły teatralnej za pierwszym razem. 


Claudel twierdził, że od muzyki piękniejsza jest tylko cisza. W co się pani wsłuchuje, kiedy nie musi pani słuchać muzyki, która jest potrzebna do roli, do jakiegoś przedsięwzięcia.
Chyba nie mam takich momentów, kiedy muzyka mi nie towarzyszy. Bo to jest albo proces przygotowywania się do kolejnych przedsięwzięć teatralnych czy muzycznych, albo po prostu bycie w domu, gdzie mam już teraz troje muzyków. Moje dzieci poszły do szkoły muzycznej i siadają przy pianinie na zmianę, Franek gra także na wibrafonie. I jest muzyka mojego męża. Więc takie chwile, w których towarzyszy mi cisza, są chyba tylko wtedy, kiedy coś robię w ogrodzie, czyli wiosną i latem. I wtedy mogę się zdać na śpiew ptaków, albo szum drzew.


Czyli to też nie jest cisza. To też jest muzyka.
To przedziwne, bo mnie, nawet gdy siadam do medytacji, czyli w momentach, kiedy się szuka ciszy, bardzo często towarzyszy dźwięk. I to nawet nie jest jakiś dźwięk, który generuję sama z siebie. Nie, po prostu we wszechświecie są dźwięki i tego się nie da wyłączyć. 

 

 

Widziałem panią w Narodowym Forum Muzyki na gali Europejskich Nagród Filmowych. Chodzi pani do NFM także na koncerty?
Zdarza mi się to rzadko ze względu na to, że nie mam czasu. Natomiast odkrywam tę salę i jej możliwości, i jestem bardzo jej ciekawa. Na pewno się wybiorę w tym roku na kilka koncertów, mam taką nadzieję.

 

Muzyka klasyczna jest obecna w pani życiu?
Bardzo. Zarażam muzyką klasyczną dzieciaki, a jeszcze bliższa mi i jeszcze częściej przeze mnie słuchana jest polska muzyka ludowa.

 

Współczesna?                     
Raczej nie. Ja się wsłuchuję w te dawne dźwięki, bo folklor to jest coś, co jest mi bardzo bliskie. Stosunkowo niedawno odkryłam, że zdecydowanie to mi w duszy gra. Poszukuję polskiej muzyki ludowej, ale też tej nam bliskiej, czyli muzyki z Białorusi. Teraz dzięki współpracy z Grzegorzem Bralem poznaję także muzykę innych narodowości, ale to również jest muzyka ludowa.

 

A własnego śpiewu sprzed lat (jest trochę nagrań) słucha pani z przyjemnością, z uśmiechem?
Zależy, jaki mam nastrój, bo bardzo często towarzyszy temu ogromna doza autokrytycyzmu. Ja się lubię rozwijać, cały czas towarzyszą mi jakieś lekcje czy moje własne poszukiwania. Mam nadzieję, że to się przekłada na jakość dźwięku; że staje się on z roku na rok coraz lepszy. Kiedy słucham samej siebie sprzed lat, odnotowuję wiele niedociągnięć technicznych, ale też, szczerze mówiąc, zauważam to, czego mi dzisiaj czasem brakuje. Bo gdy zdobywamy technikę, trochę się odcinamy od ekspresji niczym nieograniczonej, gdy ciało śpiewa emocją. Im więcej mamy techniki w sobie, tym trudniej jest to osiągnąć, sami siebie korygujemy. Ja już wiem, jak chciałabym brzmieć i czasem do tego dążę bardziej niż do tego, co chciałabym wyrazić, i tego czasami mi żal. Ale może kiedyś uda mi się to osiągnąć, połączyć. Kto wie?

 

Muzycznie kojarzy się pani z piosenką aktorską, poetycką, piosenką z tekstem. Od laurów na festiwalach minęło lat kilkanaście, ale od płyty z wierszami Leśmiana zaledwie parę. Słowo w piosence liczy się trochę bardziej niż muzyka?
Najpierw koncentruję się na słowie – pewnie przez zboczenie zawodowe. Muszę wiedzieć, co chcę przekazać na estradzie. Na pewno kieruję się słowem i z tego względu na przykład współpraca z moim mężem bywa zabawna. Ja mu opowiadam, jak piosenka ma wyglądać przez słowa, on w ogóle mnie nie słucha, zawsze podchodzi do tego od strony muzycznej. Czasem nam się udaje spotkać w tych naszych poszukiwaniach, ale widzę, że jest tu olbrzymia różnica między nami. Aczkolwiek nie ukrywam, że od paru lat interesuję się bardzo improwizacją wokalną, a tam nie ma miejsca na słowa. To jest coś, co bardzo bym chciała zgłębić, co daje olbrzymią możliwość ekspresji bez słów. Taka próba wyrażania emocji samym dźwiękiem.

 

W spektaklu Wyspa Teatru Pieśń Kozła jest pani częścią wielonarodowej grupy aktorów, wokalistów, tancerzy. Jakim doświadczeniem jest ta współpraca?
To jest dla mnie nowe doświadczenie, bo jeżeli miałam kontakt z teatrem, to jednak z teatrem dramatycznym, gdzie trzeba było zbudować postać i gdzie do użycia miałam nie tylko swoje ciało i swój głos, ale cały warsztat aktorski. Tutaj musiałam te swoje żądze poskromić, co wcale nie jest takie łatwe, bo ja chcę się wyrażać całym swoim ciałem, a w teatrze Grzegorza Brala jest trochę tak, że ekspresję należy włożyć głównie w głos. Tego się uczę i cieszę się na kolejne spotkania z tą grupą.

 

Jak się pani w tej grupie odnajduje?
To teatr konstruowany przez Grzegorza, on zaprasza osoby, z którymi chce się spotkać na dłużej albo na jeden projekt. Ma niezwykłą umiejętność dobierania ludzi. To jednostki wybitnie zdolne, część z nich ma potrzebę bycia na świeczniku i śpiewania solówek, a część odnajduje siebie w tworzeniu grupy i w pracy dla grupy. To jest tak rzadkie, że bycie parę tygodni wśród tych niezwykle skromnych ludzi, bardzo pracowitych, skupionych od pierwszej minuty próby, jest doświadczeniem bezcennym. To nie znaczy, że to jest grupa sztywniaków, którzy nie potrafią żartować czy nie interesują się życiem poza pracą. Nie, oni mają olbrzymi szacunek dla każdej minuty. Chodzi o próbę odnalezienia siebie w tym nowym materiale i próbę wgryzienia się weń możliwie najmocniej, by potem, stojąc na scenie, wiedzieć, co się robi podczas śpiewania; kogo trzeba posłuchać; kto ma ważniejszy moment w konkretnym utworze. Ale to też próba odnalezienia się „tu i teraz” wobec publiczności, która przyszła dzisiaj, tego wieczoru, gdy my, wykonawcy, jesteśmy w takiej, nie innej kondycji wokalno-cielesnej. A przedstawienie zawsze musi być możliwie najlepsze.

 

W pani losach zawodowych okresy telewizyjne przeplatają się z teatralnymi. Równocześnie zawsze jest w tych okresach muzyka. A życie celebryckie? Wiele złego można o nim powiedzieć, ale także chyba to, że potrafi wciągnąć?
Hmmm… To jest taki aspekt tego zawodu, którego uczyłam się bardzo długo. Być może dlatego, że kiedy kończyłam szkołę aktorską, to te wszystkie Pudelki, Plotki i kolorowe gazety dopiero zaczynały być popularne. Więc chyba wzrastałam w poczuciu, że można intensywnie pracować, pracować z najlepszymi, i wcale to się nie musi wiązać z jakimś fotografem wiszącym na drzewie, żeby mi zrobić zdjęcia, kiedy jestem nieubrana czy nieumalowana. Kiedy zaczynałam występować w serialach i okazało się, że idzie za tym nie tylko możliwość pracy z kamerą, czyli nauczenia się czegoś, lecz także konieczność udzielania setek wywiadów, powiedzenia, co jem na święta, dlaczego kocham mojego męża i czy mam psa, to na początku wydawało mi się to bardzo dziwne. Broniłam się rękami i nogami, i chyba decyzja o wyjeździe z Warszawy i próba zamieszkania gdzieś dalej w dużej mierze była z tym związana. Ja sobie po prostu nie poradziłam, bo nie widziałam powodu, by się tłumaczyć z jakichś swoich prywatnych rzeczy. Oczywiście, straciłam na tym wyjeździe z Warszawy, bo mogłam iść gdzieś dalej, a ja się zatrzymałam, ale nie żałuję tego.

 

Straciła pani i zyskała…
Tak, bo skonfrontowałam się też sama ze sobą, odpowiedziałam sobie na szereg pytań, na co nie miałabym szansy, pracując w Warszawie w takim trybie, w jaki wskoczyłam. Wiedziałam, czego chcę, wiedziałam po pewnym czasie, jakim jestem człowiekiem, co jest dla mnie priorytetem, ale też z czasem zrozumiałam, że popularność z wszystkimi jej odcieniami również stanowi element życia aktora. Jeżeli chce się pracować w telewizji, należy godzić się na to, że angażowane są osoby popularne, bo telewizja i kino opierają się na produkcji, czyli ktoś wkłada w to pieniądze po to, by móc je wyciągnąć. To jest wyłącznie biznes, jakkolwiek by na to spojrzeć. I oczywiście zatrudniani są zdolni, ale także ci, którzy potrafią się w jakimś stopniu dostosować. Musiałam się tego nauczyć i to mi zajęło trochę czasu, ale dzisiaj zaczynam czerpać z tego radość.

 

Radość?
Już wiem, przynajmniej tak mi się wydaje, jak rozmawiać z dziennikarzami, żeby nie zdradzać tych rzeczy, których zdradzać nie chcę. Wiem, że trzeba przy okazji promocji jakiegoś filmu udzielić wywiadu, na który może nie miałabym ochoty, uczę się, jak go prowadzić, by móc potem spojrzeć w twarz sobie, moim bliskim, bez poczucia, że zdradzam jakieś nasze sekrety. Ale też zaczynam się uczyć korzystać z tej mojej popularności, przekuwając ją na coś dobrego. Na przykład mogę sprawić komuś frajdę tym, że sobie zrobię z nim zdjęcie. Coś, czego nienawidziłam i przed czym uciekałam, czułam się jak niedźwiedź na Krupówkach. Nienawidziłam tego naprawdę i szukałam wszystkich możliwych wymówek, żeby nie robić sobie zdjęć z fanami seriali, fanami płyty czy czegokolwiek. A dziś się uczę, że jeśli w tak banalny sposób, jak zrobienie sobie zdjęcia, wysłanie komuś płyty z podpisem albo odpowiedzenie na mail, udział w akcji charytatywnej, wsparcie młodego projektanta poprzez założenie sukienki na galę, mogę spowodować czyjś uśmiech, czyjąś radość, to jest sens w tej popularności.