Autor: Anna Skulska
Wydanie: MWM 01/2013

Harmonia naturalności

Kompozytor i dyrygent. Rozmowa o Witoldzie Lutosławskim z Kazimierzem Kordem.
Article_more
Rozmawialiśmy czasami o współczesnej twórczości. Lutosławski był zdania, że nasze czasy są trudne, ponieważ nie istnieją szkoły. Kompozytorzy, malarze, pisarze nie tworzą ugrupowań, jak to bywało wcześniej, na przykład w czasach impresjonizmu czy w okresie klasycyzmu. Wówczas grupa kompozytorów wyznawała tę samą ideologię, istniały określone reguły pisania w danym stylu. Teraz jest inaczej, dzisiaj twórcy są sami.

Anna Skulska: Czy pamięta pan moment, kiedy po raz pierwszy dotknął pan partytury Witolda Lutosławskiego?

Kazimierz Kord: Tak, był to Koncert na orkiestrę – pierwszy utwór Lutosławskiego, którym dyrygowałem, chyba w 1985 roku. Słyszałem go już oczywiście wcześniej i bardzo wysoko ceniłem. To kompozycja z 1954 roku, wspaniale napisana, świetnie zinstrumentowana, która przyniosła Witoldowi Lutosławskiemu światową sławę. Koncert przeszedł przez najważniejsze estrady świata. Włączyli go do swego repertuaru między innymi Georg Solti, Daniel Barenboim, Seiji Ozawa.

 

Dla nas ten utwór to już klasyka współczesności.

Kiedy poznałem bliżej Lutosławskiego, zapytałem go, dlaczego nie napisał więcej takich „koncertów”. Kiedy kompozytorowi uda się stworzyć tak dobrą, nośną kompozycję, zazwyczaj powstają podobne. Tak było na przykład z twórcami symfonii, którzy znaleźli swój język, stworzyli przestrzeń muzyczną, w której się poruszali i w niej pozostali. Witold Lutosławski po dłuższym namyśle tak mi odpowiedział: „Język muzyczny, którego użyłem, był językiem »zastanym«. Nie był mój, ale potrafiłem go wykorzystać. Tak wówczas pisano, tak ludzie słyszeli i ja to wykorzystałem, jak potrafiłem najlepiej. Ale pomyślałem, że ta droga prowadzi donikąd, że chciałbym znaleźć swój własny język i dlatego nie powróciłem do tego z Koncertu, chociaż nieraz o tym myślałem”.

 

W którym utworze Lutosławskiemu udało się stworzyć swój własny język?

To była długa droga, podczas której odrzucał wiele kierunków: serializm, aleatoryzm. Pisał różne kompozycje i szukał. Na przykładzie symfonii możemy zaobserwować, jak zmieniał się jego język. Myślę, że cel osiągnął w Łańcuchu i właśnie w III Symfonii, Koncercie fortepianowym. IV Symfonię nazwałbym utworem „ostatecznym”, w którym znajdujemy już wykrystalizowany język kompozytora.

Specjalny podwójny styczniowo-lutowy numer "Muzyki w Mieście" poświęcony Witoldowi Lutosławskiemu jest przez cały rok do nabycia w Filharmonii Wrocławskiej i w sprzedaży wysyłkowej.