Stokrotka rosła w Książu

Article_more
„Wczoraj śpiewałam dla Poppetsa, który powiedział: »Daisy, masz naprawdę wspaniały głos«”. A oprócz tego wspaniałą urodę, wspaniały zamek i wspaniały majątek. Wystarczyło, żeby podbić Europę i stać się jedną z najsławniejszych celebrytek fin de siecle’u.

Angielska arystokratka, która osiadła w Książu, została wpisana w 1873 roku do księgi metrykalnej jako Maria Teresa Oliwia. To rodzina nazywała ją Daisy, bo śliczna blondyneczka przypominała stokrotkę, i pod tym imieniem przeszła do historii.


Urodę dostała w spadku po babci i matce, ze starego irlandzkiego rodu Fitzpatricków, a ojciec, pułkownik William Cornwallis-West (nazywany pieszczotliwie Poppetsem), dołożył do tego posagu znakomite koligacje – królewskich przodków z Henrykiem III Plantagenetem na czele oraz przyjaźń z Edwardem, księciem Walii, który w 1901 roku wstąpił na tron brytyjski. Na majątek jednak nie mogła liczyć, bo rodzice wydatki mieli większe niż dochody. Znakomicie jednak prezentowała się w towarzystwie i gdy matka pokazała osiemnastolatkę na dworze królowej Wiktorii, uznano Daisy za najpiękniejszą pannę na balu debiutantek. Wprawdzie, dygając przed monarchinią, zaplątała się w tren i gruchnęła jak długa na parkiet, ale i tak było to gwiazdorskie wejście w dorosły świat.


Uroda plus pochodzenie, łączące ją z domami panującymi Niemiec, Austrii, Hiszpanii, Rosji i Grecji, sprawiły, że wielu kawalerów zwróciło na nią uwagę. W tym nieprzyzwoicie bogaty pruski arystokrata. Hans Heinrich Prinz von Pless, Reichsgraf von Hochberg, Freiherr zu Fürstenstein etc. – tytułów posiadał tyle, że trudno je wyliczyć jednym tchem – miał dostać dwa śląskie fideikomisy, czyli tzw. dobra niepodzielne i niesprzedawalne, dziedziczone w rodzie przez najstarszego syna, łącznie czterdzieści siedem tysięcy hektarów ziemi i lasów, kopalnie oraz browar książęcy w Tychach. Perłą dolnośląskiego fideikomisu był wałbrzyski zamek Książ (wówczas Fürstenstein), a górnośląskiego – zamek Pszczyna (Pless). 


Jadą goście, jadą
Książ podobał jej się bardziej niż Pszczyna. Kiedy po raz pierwszy przyjmowała tu rodziców, opowiadała im, że to najpiękniejszy zamek w Niemczech, ma od pięciuset do sześciuset pokoi i z każdego okna roztacza się widok na Pogórze Wałbrzyskie – arcydzieło natury. „Dziki, przestronny krajobraz tej części Śląska jest nie do opisania przepiękny”, zachwycała się.


Po matce odziedziczyła pasję do ogrodnictwa. Oczywiście w stylu angielskim, pozostawiającym przyrodzie dużo swobody. Denerwowało ją, że w Niemczech wszystko musi odpowiadać urzędowym normom i nawet ogrodnicy przycinają rośliny tak, że już z daleka widać pruski ordnung. „Wiele ogrodów niemieckich wygląda tak jak niemiecka gospodyni w sztywnym bawełnianym szlafroku, z oczami spuszczonymi w dół, w białych bawełnianych pończochach, w wysokich czarnych butach i z mnóstwem cieniutkich warkoczyków na głowie”, twierdziła Daisy. 


Ściągnęła więc ogrodnika z Anglii i wprowadziła buntowniczego ducha do ogrodów Książa. Próbowała też przemeblować pokoje, ale „kochany Hans” w zamku niczego nie pozwalał jej zmieniać. Nie pozwalał też na spoufalanie się ze służbą. Księżna sama sobie nie otwierała drzwi, nawet do ustronnego miejsca towarzyszyła jej pokojówka. „Mąż był zły, bo kazałam jego kamerdynerowi włączyć ogrzewanie, zamiast wezwać odpowiednią osobę. Bez jej natychmiastowej pomocy człowiek może udusić się albo zamarznąć, ale nie może zastąpić jej kto inny”, narzekała Daisy, zapominając, że na angielskim dworze panują podobne obyczaje.


Jako księżna von Pless Daisy mogła mieć wszystko i wszystkich. Dzięki swoim koneksjom podejmowała w Książu między innymi wicekróla Indii lorda George’a Curzona, rosyjskich wielkich książąt Borysa i Michała, portugalskiego księcia Miguela Braganzę i kronprinza (następcę tronu niemieckiego) Fryderyka Wilhelma. Znakomicie umiała organizować bale, bankiety, oficjalne obiady i dbać o gości. Musieli być zachwyceni przyjęciem i gospodynią. 


Na zamku Książ grał cesarski kwintet dworski, imprezy muzyczne mogły liczyć na książęcy patronat, a Książęca Orkiestra Symfoniczna w Szczawnie – na wsparcie finansowe. Protegowała też artystów, w pamiętniku pisze o „biednym meksykańskim Hiszpanie, bez krewnych i bez pieniędzy, próbującym zarabiać na życie śpiewaniem”. Obiecała mu, że napisze listy do Madame Melby i Enrica Carusa, choć nie była pewna, czy ma szansę na sukces. „Jego głos jest chrapliwy, jak u weneckiego gondoliera i tylko niektóre dźwięki wyciąga czysto”, zanotowała w pamiętniku. Miała słuch, lubiła i umiała śpiewać, choć repertuar dobierała oryginalny. Swoim synom umilała życie piosenkami amerykańskich niewolników. 


Angielski słowik
6 września 1908 roku, Pszczyna. „Wczoraj wojskowa orkiestra przygrywała nam w holu do obiadu, a dziś rano przed wyjściem do kościoła zagrała pod moim oknem. Kiedy jej słuchałam, zapragnęłam zaśpiewać, co rzeczywiście zrobiłam dzisiejszego wieczora. Miałam z orkiestrą małą próbę i wystąpiłam po obiedzie. Nie chcę się chwalić, ale wszyscy byli zachwyceni. Odśpiewałam kilka niemieckich pieśni i jedną angielską. Powiedzieli potem Patsy [matce Daisy – red.], że nigdy nie zapomną tego wieczoru. Akompaniowałam Kapelle-meister [kapelmistrzowi – red.], gdy ten grał na wiolonczeli i był z tego niesłychanie dumny. Jak miło jest sprawiać ludziom przyjemność”.

 

 

I tu zaczynały się problemy, bo wprawdzie arystokratyczne damy powinny były mieć jakiś artystyczny „talent”, ale na użytek rodziny, ewentualnie starannie selekcjonowanych gości. „Niemieckie księżne nie śpiewają publicznie”, ostrzegał Daisy mąż, ciasno zasznurowany w gorsecie pruskiej etykiety. A i w domowym kółku nie zawsze to było możliwe, jej ukochany Hans Heinrich chyba nie był zbyt muzykalny, a poza tym nie lubił, gdy Daisy przeszkadzała brzdąkaniem w męskich rozmowach. Pewnego razu w Książu, „po obiedzie, nie mogąc już wytrzymać, zasiadłam do pianina i cicho grając, nuciłam sobie pod nosem. Hans się wściekł i powiedział, żebym lepiej już coś zaśpiewała, bo to, co robię, zagłusza konwersację”, zapisała rozżalona w pamiętniku.


I tu był niekonsekwentny. Zdarzyło się raz, że w Pszczynie gościła pani Cornwallis-West i Daisy postanowiła z tej okazji zaśpiewać po obiedzie. „Nonsens, czy kiedykolwiek słyszałaś, żeby królowa śpiewała po obiedzie? – zaprotestował Hans. – Nie, bo ona nie umie śpiewać – wtrąciła się angielska teściowa, za to księżna Walii jest dobrą pianistką i często gra dla gości po obiedzie”. Daisy z politowaniem przyjęła mężowskie porównywanie jej do królowej, a poza tym korzystała w Anglii z artystycznej wolności. Szczególnie lubiła występować przed „swoim” królem, Edwardem VII. W 1907 roku, po obiedzie w Trzech Króli, śpiewała trzy piosenki: z operetki Mikado, w kostiumie japońskim, song Murzynów amerykańskich w sukni żebraczej i francuską pieśń Pada śnieg, w białym kapeluszu z pękiem czerwonego ostrokrzewu. Rachunek za łachmany żebraczki był wyższy niż za strój japoński. Poza tym poszło znakomicie, Daisy musiała bisować.


Z dobroci serca
W końcu jednak nawet pruski mąż uległ. Daisy, jak przystało na panią ogromnego majątku, zajmowała się działalnością dobroczynną. Chciała oczyścić rzekę Pełcznicę, zatruwaną ściekami z fabryk i kopalń. Zaczęła występować, żeby zdobyć pieniądze na pomoc dla kalekich dzieci, młodych matek i wyzyskiwanych koronczarek, którym pomagała otwierać sklepy, żeby sprzedawały wyroby bez pośredników zabierających większość zarobku. Przyjemne z pożytecznym i Hans się wreszcie nie wściekał.


W 1907 roku pisała: „organizuję koncert w Szczawnie, 20 lipca i będę na nim śpiewała. Hofsängerin (nadworna wokalistka) z Lipska wystąpi za darmo, także hrabia Pückler i pan von Schimmel, znakomity wiolonczelista ze Świebodzic, który przyszedł kiedyś rano, o jedenastej trzydzieści, do Książa, aby zagrać dla mnie, ubrany w śliczny frak, białą kamizelkę i białe giemzowe rękawiczki!”. Poszło znakomicie, wszystkie bilety wyprzedano, nawet na miejsca stojące i dochód wyniósł 1367 marek. Orkiestra książęca zagrała Tannhäusera Wagnera, artystka z Lipska zrobiła wielkie wrażenie – nie tylko „uroczym śpiewem”, lecz także liczbą medali przypiętych do sukni – a duet księżnej z hrabią oszołomił nawet socjalistów. 


Koncerty dobroczynne były dość powszednimi imprezami, jednak księżna organizowała je z coraz większą wprawą, wstawiając do programów pieśni skomponowane przez hrabiego Bolka Hochberga z Roztoki, młodszego brata swojego teścia. Był uznanym muzykiem, dyrektorem Królewskiej Opery w Berlinie i inicjatorem Śląskich Świąt Muzycznych. Jego syn, hrabia Gotfryd, obdarzony pięknym barytonem, występował na koncertach Daisy, więc przedsięwzięcie miało charakter rodzinnej spółki. Ale Daisy chciała pójść krok dalej. 


„Myślałam nad nagraniem swojego śpiewu dla kompanii gramofonowej (zapłaciliby mi jednego szylinga tantiem za każdą sprzedaną płytę), lecz mój głos nie doszedł jeszcze do siebie po październikowej londyńskiej mgle. Musimy więc z tym poczekać. Byłoby jednak wspaniale zarobić w ten sposób dodatkowe pieniądze na cele mojej Szkoły dla Kalek. Chciałabym wybudować dla nich dom rehabilitacyjny, ale obawiam się, że w świetle olbrzymiej przebudowy Książa, planowanej przez Hansa, nie będzie to możliwe”. 


Grammy dla celebrytki
Do nagrania nigdy nie doszło, a szkoda, bo księżna mogła odnieść ogromny sukces. Była znana jak Beyoncé. Europa interesowała się jej życiem, strojami, gośćmi. Byli z mężem jedną z najbardziej gorących par. Plotkowano o niej i podziwiano ją. Gdy w styczniu 1903 roku pojechała na sezon karnawałowy do Berlina, pochwaliła się w pamiętniku, że na balach podchodzą do niej ludzie z wyznaniami: „Wyglądasz jak królewna z bajki”, albo: „Jesteś promykiem słońca”. Co na niej „nie robiło już żadnego wrażenia, bo się przyzwyczaiła”.


Bajka się wprawdzie zaczęła kończyć już przed I wojną światową, ale zaczęła się za to opera mydlana, jeszcze lepiej rokująca sprzedaży płyty. Po pierwsze rozwód. Gdy były mąż ożenił się z młodszą o trzydzieści siedem lat Hiszpanką Clotildą de Silva i szalał z nią po Europie, Daisy wydała pamiętniki i zrobiła furorę. Opowiedziała w nich dzieje swego małżeństwa, które rzekomo „od początku było nieudane”, a ona nigdy nie kochała męża. Plus mnóstwo pikantnych szczegółów z życia wyższych sfer. Po drugie erotyczne skandale. Najmłodszy syn Bolko wdał się w romans z piękną macochą. Stary książę rozwiódł się więc z Clotildą, która poślubiła Bolka i mieli dwoje dzieci. Dawna rywalka była nie tylko synową Daisy, ale też jedyną, która dała jej wnuki. Gazety miały o czym pisać.


Tym, że bajeczny majątek Hochbergów topniał w zastraszającym tempie, mało kto się interesował. W Niemczech szalała inflacja i przyznane jej apanaże szybko się wyczerpywały. A oszczędzać nigdy nie umiała. Gdy w 1941 roku władze III Rzeszy podjęły decyzję o skonfiskowaniu samego zamku, na którym ciążył ogromny dług 7,8 mln marek, Daisy musiała zamieszkać w willi przy Friedlanterstrasse 43 (dziś ul. Moniuszki 43), w parku zamkowym w Wałbrzychu. Tam umarła dzień po siedemdziesiątych urodzinach, 29 czerwca 1943 roku. Angielska stokrotka została na zawsze na Dolnym Śląsku.