Wydanie: MWM 04/2017

Opowieść w świetle

Article_more
Jest takie miejsce w Afryce, tej francuskiej, Zachodniej, między pustynią a morzem, o nazwie Bobo Dioulasso. To piękne stare miasto w Burkina Faso. Tam poznałam niezwykły świat bajarzy i muzyków, nie tylko afrykańskich, bo i tych pochodzących nawet z kanadyjskiej Nowej Funlandii. Opowiadacze zjechali na festiwal opowieści i muzyki Yeleen. Miejsce festiwalu to dawne podwórze rodziny Kouyaté. Rodziny wybitnej artystycznie, ale przede wszystkim rodziny griotów.

Głowa rodziny, zmarły przed siedmioma laty Sotigui Kouyaté, w 2001 roku powiedział francuskiemu „Le Monde”, że jego ród Kouyaté „jest pierwszą rodziną griotów w historii Afryki”. Sotigui Kouyaté, spadkobierca wielowiekowej tradycji, był już griotem nowoczesnym, wielkim aktorem Petera Brooka i jego teatru Bouffes du Nord, także filmowym, uznawanym dziś za najwybitniejszego aktora afrykańskiego.

 

W tym samym „Le Monde” Kouyaté wyjaśniał, że griot jest: „nie tylko bajarzem, opowiadaczem baśni, przypowieści, eposów, mitów, ale przede wszystkim depozytariuszem pamięci swego ludu, pamięci ustnej, mistrzem słowa, poetą, muzykiem, strażnikiem tradycji i obyczajów, mediatorem w sporach. W średniowiecznym imperium Mandingów mediował w sporach politycznych, był tym, który czynił pokój. Do teraz pełni taką rolę w wioskach, godząc waśnie rodzinne i sąsiedzkie”.

 

Grioci, należący do wielkich rodów, bardzo często są dziś znanymi artystami. Tak jak synowie Sotigui Kouyaté. Dani jest jednym z najciekawszych reżyserów Burkina Faso, Papa – scenografem, Hassane – aktorem, muzykiem, bajarzem pracującym we Francji, aktualnie dyrektorem narodowej sceny kulturalnej na Martynice i założycielem festiwalu Yeleen oraz jego siedziby, centrum kulturalnego Djéliya, w dawnym podwórzu swego dziadka griota. „Djéliya” w języku malinke znaczy „griot”.

 

Afrykański opowiadacz nie zawsze jest griotem, choć w swojej społeczności pełni podobną funkcję. I kasta griotów, i kasta zawodowych opowiadaczy wchodzących dziś na sceny afrykańskie i europejskie (gdzie sztuka ustnej opowieści przeżywa od lat renesans), i tradycyjni wiejscy opowiadacze, anonimowi poza swoją społecznością – wszyscy oni posługują się słowem, muzyką i śpiewem. 

 

Dla Afrykanina nieodłącznymi elementami życia oraz kultury są śpiew i taniec; rytm, ruch i muzyka. „Gdy śpiewam, ułatwiam widzom podróż koleinami wyobraźni do Afryki, bo Afryka to śpiew”, zapewniał mnie podczas jednej z edycji Yeleen Abdon Fortuné Koumbha z Kongo Brazzaville, opowiadacz i dyrektor festiwalu opowieści i muzyki w Brazzaville. Dziś dodaje: „w tradycji pierwszym opowiadaczem była kobieta, która śpiewała kołysanki małym dzieciom do snu, i było tak nie tylko w mojej kulturze, ale i w Europie, czy Ameryce”. W Afryce muzyka wybija rytm codziennemu życiu. Baśnie, przypowieści powiązane są z muzyką. Nawet jeżeli instrumentarium jest skromne, to same słowa są wypowiadane melodyjnie, jak słowa piosenki. Cheick Kotondi, bajarz, lalkarz i dyrektor festiwalu opowieści, muzyki i teatru lalkowego Bijini Bijini w Niamey w Nigrze przekonuje: „Muzyka dla tradycyjnego bajarza jest równorzędnym partnerem w akcie opowiadania, uzupełnia świat opowiadany, prowadzi przez niego narratora, wspomaga rytm opowieści”.

Nie każdy bajarz umie grać czy śpiewać. W wiosce Oulonkoto na granicy Mali i Burkina Faso opowiadaczy wspomagała grupa muzyków. W Banwaré w Togo bajarzowi, śpiewakowi i muzykowi w jednej osobie towarzyszyli wieśniacy w tradycyjnym tańcu. Na festiwalu Yeleen bajarz i śpiewak zawodowy z Czadu Abakar Adam Abaye, czyli L’ Enfant Noir (Czarne Dziecko), czarował słuchaczy i słowem, i grą na tradycyjnych instrumentach n’goni oraz korze (rodzajach lutni). Rytmizował opowieść, naśladując głos tradycyjnego myśliwego, przechodzący od delikatnego po podobny grzmotom podczas burzy, zawieszony pomiędzy deklamacją a śpiewem, wywołujący transowe odczucia u słuchacza. I to niekoniecznie na scenie. Wystarczyło, że Abakar usiadł sobie po festiwalowym obiedzie na podwórzu Djéliya, w cieniu, a już ludzie, biali oraz czarni, otaczali go, zachęcając do opowiadania i gry. Uwielbiałam L’Enfant Noir za jego poczucie humoru i przewrotność, przejawiającą się choćby w tym powiedzeniu: „Mówi się u nas: jeżeli uważasz, że nie ma nic piękniejszego od ciszy, zamknij usta”. I mówi to opowiadacz! Straciłam z nim kontakt, ale wiem, że jest w Europie, pisze książki z bajkami i nadal wzbudza podziw każdym swoim występem.

 

W sumie jednak afrykański bajarz jest artystą wszechstronnym, za jednym zamachem komediantem, poetą, śpiewakiem i tancerzem, a baśń afrykańska zajmuje miejsce na skrzyżowaniu wielu sztuk, co przesądza o jej sile i bogactwie. Zarówno bajarz tradycyjny, jak i nowoczesny, rozwija swój talent opowieści w miejscach publicznych, gdzie spotykają się ludzie. Dziś pojawiły się nowe przestrzenie, takie jak scena teatralna czy ośrodek kultury w mieście, a nawet dworzec kolejowy i autobus w ruchu, pełen pasażerów, zajętych codziennym życiem. Ja jednak pożądam tej najczystszej interakcji pomiędzy opowiadającym i słuchającym, jaka zachodzi na afrykańskiej wsi, w buszu. Po zmroku, bo w wielu kulturach nie wolno opowiadać za dnia, ludzie gromadzą się wokół opowiadającego, który za sprawą słowa i muzyki stara się im pokazać oraz objaśnić świat. Siadają na ziemi, na matach, taboretach, pniakach, na misce odwróconej do góry dnem.

 

Bywałam w takich miejscach, w centrum wsi, pod drzewem mangowym, pod baobabem, równie zasłuchana i wzruszona jak wszyscy. Nawet gdy nie rozumiałam lokalnego języka, a mój tłumacz niezbyt dobrze radził sobie z przekładem na język francuski, muzyka prowadziła mnie przez opowiadaną rzeczywistość, odsłaniała uczucia i emocje, łączyła mój świat z opowieścią. Na Yeleen te najwartościowsze spotkania także odbywały się poza sceną. Bo taki jest zamysł festiwalu, by wracać do korzeni ustnej opowieści. Schodziliśmy się na podwórza domostw w różnych dzielnicach miasta, w Bolomakote, Lafiabougou, Accarville, goszczeni przez rodzinę Diablo, Diarra czy Konaté.

 

W Bolomakote, pod drzewem zasiadło trzech opowiadaczy i niewiele więcej słuchaczy. Krąg niemal intymny. My, obcy, włączeni w strumień czyjegoś codziennego życia. Rodzina właśnie odeszła od wieczornego posiłku. Kobiety myły naczynia, dzieci odrabiały lekcje w świetle słabego światła jarzeniówki wiszącej nad wejściem do domu. Mężczyźni wynieśli krzesła, taborety, ławkę. Pierwszy z aktorów zaczął snuć swoją opowieść w dioula, języku większości ludzi zamieszkujących Bobo Dioulasso. Wszyscy zasłuchaliśmy się w śpiewny rytm jego opowieści.

 

Mój przyjaciel Issiaka Bonkoungou, czyli Grand Grenier (Wielki Spichlerz) z Burkina Faso, nie używa muzyki. Pierwsze słowa jego opowieści to: „To nie będzie długa historia, ani też nie zdarzyła się dawno temu. Ale nim się do niej zabiorę, zawołam »je wip wip, je wap wap«, a wy wtedy odpowiecie »ałojoooo«!”. Ciarki idą po ciele od tego jego zaśpiewu, chce się tańczyć i śpiewać!

 

Festiwal Yeleen świętował właśnie dwudziestolecie swego istnienia, odbywa się na przełomie grudnia i stycznia, w nasz czas świąteczny. Po drodze do Bobo Dioulasso ma też swój przystanek w stolicy Ouagadougou i niezmiennie cieszy się wielkim powodzeniem wśród ludzi. W języku bambara „yeleen” znaczy światło. Dla mnie to światło pada na starą tradycję ustnej opowieści i oświetla naszą wspólną tożsamość ludzi, którzy spotykają się, by wyjaśniać sobie świat.