Wydanie: MWM 04/2017

Debussy mija Warszawę

Article_more
Budapeszt zaskoczył mnie liczbą antykwariatów. Trafiłem w jednym z nich na wydane w połowie lat pięćdziesiątych listy Claude’a Debussy’ego do żony Emmy (opracowanie Pasteur Vallery-Radot).

Ktoś, kto czytał tę książkę przede mną, czytał ją nadzwyczaj skrupulatnie, ołówkiem podkreślając wszystko, co ma związek z Węgrami. Być może trop wybrany przez poprzedniego czytelnika mimowolnie skłonił mnie do lekturowej rywalizacji, pozwoliłem więc, by czujne oko zaczęło tropić wątki polskie. Warszawa pojawiła się na stronie 99, w telegramie:

 

Do Emmy

Warszawa, 2 grudnia 1913, 21:36

Nie zapominaj swego Claude’a.

 

Debussy przez Warszawę jechał do Moskwy i Petersburga, gdzie dyrygować miał na zaproszenie Sergiusza Kusewickiego. Koncerty te zrobiły w Rosji tak duże wrażenie, że jeszcze kilka lat później, w 1920 roku wspominający je na łamach „Revue Musicale” Lazare Saminsky pisał:

 

Wśród najpiękniejszych i najgłębszych wspomnień tej epoki w mojej pamięci z pietyzmem chronię koncert dyrygowany przez Debussy’ego w Piotrogrodzie. W sposobie dyrygowania kompozytorów jest dziwny urok, nawet jeśli biegłość techniczna dyrygentów pokazuje braki kompozytora. Poruszające piękno ujawnia się w tej kombinacji niedoskonałości technicznej i interpretacji pełnej przekonania, osobistej w najwyższym stopniu. Właśnie to było zaletą poczynań Claude’a Debussy’ego za pulpitem dyrygenckim. Jego zamyślone oczy, wielkie i piękne, trochę cierpiące, zdawały się nie widzieć potężnego tłumu, który zalewał salę. W jego ruchach królował wspaniały spokój. Nigdy cudowna muzyka Morza nie wydawała nam się jednocześnie tak uwodzicielska i tajemnicza, tak pełna życia Kosmosu, jak podczas owego wieczoru, gdy wielki twórca łagodną ręką rządził jego falami.

 

Ze swej rosyjskiej wyprawy Debussy pisał listy i telegrafował do Emmy oraz córeczki Chouchou nawet kilka razy dziennie:

 

Do Emmy

Moskwa, 3 grudnia 1913, 21:14

Jestem tu, niestety! Z całą czułością Twego Claude’a.

Do córeczki Chouchou:

Moskwa, 3 grudnia 1913

W drodze z Warszawy do Moskwy mała dziewczynka piła herbatę ze swoim tatą... W ogóle Cię nie przypominała, moja mała Chouchou, jednak jej ojciec wydawał się szczęśliwy. Twój stary ojciec, który Cię przytula. C.D.

P.S. Przytul czule mamę.

 

Moskwa, czwartek, 4 grudnia 1913

[...] Po opuszczeniu Warszawy jest tylko niekończący się step, można by rzec także, że to „Wystawa Powszechna Bieli”... Śnieg pada miękko, wytrwale, jakby nigdy nie miał przestać. Lokomotywa muczy jak krowa [...]. W sumie są to dekoracje do buntu Borysa Godunowa w wersji smutniejszej, straszniejszej. Żandarmów z dobrą miną nie ma. A to udziela się całej ludności. Bogé Tsaria Khrani!

 

W Moskwie Debussy najlepiej czuł się na próbie, w towarzystwie orkiestry, o czym pisał do żony:

 

Muzycy witają mnie na stojąco, grając fanfarę nader dokładnie w tonacji Es-dur. Zmuszam ich do pracy z furią, wymagając przejrzystości i pokonywania przeszkód. Są sympatyczni i dobrze zdyscyplinowani. [...] Kontrabasy są wspaniałe; nigdy, w żadnej orkiestrze nie słyszałem nic podobnego. Dźwięk jest jednocześnie zamknięty i miękki. (Musisz wiedzieć, że Kusewicki sam, jak się wydaje, wspaniale grał na tym instrumencie). A jednak będzie dużo pracy. Nigdy nie grali La Mer. „Drzewo” to świetni muzycy, ale ciężkawi i kiksujący. Późnym popołudniem poszedłem z Kusewickim zamówić kawior u braci Jelisiejewych. Te delikatesy przypominają pałac azjatycki. Jest tam wszystko, co można zjeść, sprzedaje się tam pięćset kilo wędzonego łososia dziennie. Sympatyczny pan, ubrany jak attaché w ambasadzie, zapewnił mnie, że kawior dojedzie [do Paryża] świeży jak łza!

 

Moje tropienie wątków polskich i dotyczących Warszawy znajduje swoje zakończenie w podróży powrotnej Debussy’ego. Warszawa pojawia się w listach niczym granica cywilizacyjna. Jak bardzo Debussy za swoim światem tęsknił, widać po zawartej w liście reakcji na podaną do kolacji z Kusewickim wodę mineralną, która zresztą nie była ulubionym napojem dyrygenta:

 

Były dwie butelki wody Evian, tak jak u nas. To głupie, ale z tego powodu chce mi się płakać...