Wydanie: MWM 05/2017

Z przyjemnością gram mniej

Konstanty Andrzej Kulka - wywiad
Article_more
Mam to szczęście, że lubię grać. To ważne, skoro jest to także mój zawód. Ale lubię też czasem od tego odpocząć. Gdybym zajmował się muzyką od rana do nocy, chyba bym rzucił to wszystko. Jak tylko mogę, chętnie odkładam instrument; jest gdzieś na szafie i czeka.

Krzysztof Komarnicki: Jak pan spędza czas wolny?

Konstanty Andrzej Kulka: Staram się być tak zwanym normalnym człowiekiem. Zawsze lubiłem majsterkować, naprawiać różne rzeczy w domu. Wiertarka czy piła były w stałym użyciu. Trzeba było ostrożnie się tym zajmować, żeby sobie przypadkiem nie zrobić krzywdy; udawało się. Oczywiście bywały wypadki przy pracy, takie jak lekkie kopnięcia prądem, ale to tylko przy okazji. Czasami chodzę do kina czy teatru. Bardzo lubię grać w brydża, aczkolwiek nie jestem dobrym brydżystą, bo za rzadko to robię. Coraz mniej osób gra, jakby ludzie byli bardzo zajęci albo nie chciało im się tego robić. Nie wiem, świat troszkę powszednieje…

 

Muzyka nie jest całym pana życiem…

Gdybym zajmował się nią od rana do nocy, chyba bym rzucił to wszystko. Musi być jakaś odskocznia, odpoczynek, relaks. Jak tylko mogę, chętnie odkładam instrument; jest gdzieś na szafie i czeka. A ponieważ mam stosunkową łatwość dochodzenia do formy, więc nie potrzebuję dużo czasu, by wrócić do grania. Wystarczy parę dni porządnego ćwiczenia. Niektórzy muszą grać bez przerwy, żeby być w formie – na szczęście do nich nie należę! Stosuję zasadę, że nie można schodzić poniżej jakiegoś poziomu, który się określiło dla siebie. Można zagrać dobrze, można lepiej, można zagrać wspaniale, ale jest ta dolna kreska, pod którą nigdy nie wolno schodzić! Mam nadzieję, że to mi się do tej pory zawsze udawało.

 

Jest to kwestia predyspozycji naturalnych, ale prawdopodobnie również szkoły. Jakim pedagogiem był Stefan Herman?

Wybitnym. Sam dochodził do wszystkiego bardzo ciężką pracą. Nie był tak zwanym urodzonym skrzypkiem, nie był solistą, ale uwielbiał skrzypce. Uczył się u wielu znakomitych pedagogów: Stanisława Jarzębskiego, Ireny Dubiskiej, Henri Marteau w Paryżu. Był wielkim entuzjastą Bronisława Hubermana, zdobywał gdzie mógł nuty w jego opracowaniach, zbierał nagrania, których miałem okazję często słuchać. Profesor Herman zarażał mnie swoim idolem. Był też wielkim fanatykiem dobrej techniki, zwłaszcza prawej ręki. Wynalazł ciężarki, nasadzane na górę albo dół smyczka, które pomagały usprawnić prawą rękę, bo musiała pracować znacznie bardziej niż normalnie. To mi na pewno bardzo dobrze zrobiło.

 

Profesor Herman zamiast włosia końskiego wstawiał do smyczka druty metalowe, oczywiście cieniusieńkie, takie jak włos koński, ale bardziej wytrzymałe. Zdobywał je w jakiejś fabryce sitek technicznych, smarowało się je normalnie kalafonią i może nawet to lepiej grało i szlachetniej... Posługiwałem się jakiś czas takim smyczkiem, ale musiałem z tego zrezygnować z prostego powodu: jak któryś drucik jednak pękł, to bardzo przeszkadzał, a nie dawał się urwać tak szybko, jak koński – trzeba było przerywać grę, a to niedopuszczalne.

 

Miał pan szczęście do pedagogów.

Pierwszym był Ludwik Gbiorczyk, który był członkiem orkiestry Państwowej Opery i Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku. W każdą niedzielę jeździłem do niego z Gdańska do Sopotu na lekcję połączoną z obiadkiem. W tym rytuale była wielka dbałość o uczniów. Był to fanatyk skrzypiec, a przy tym również wielki choleryk, który potrafił się tak wściekać, że kopał – w dawnych salach szkolnych było coś takiego – piec kaflowy ze złości. Dobrze, że nie delikwenta, chociaż nuty leciały za uczniem na korytarz. A potem był już Stefan Herman. I to byli tylko ci dwaj ludzie. Obecnie bardzo modne są kursy mistrzowskie prowadzone przez różnych pedagogów. Nie brałem udziału w żadnym. Inna sprawa, że w tamtych czasach takich kursów prawie nie było. Miałem propozycję studiowania w Ameryce u profesora Louisa Persingera, który o mnie usłyszał, ale Herman nie chciał mnie wypuścić. Lecz ja też nie pałałem chęcią wyjechania tak daleko.

 

Dopiero minęła pięćdziesiąta rocznica pańskiej pracy artystycznej, dziś spotykamy się z okazji jubileuszu siedemdziesiątych urodzin, a za dwa lata będzie jubileusz ćwierćwiecza pracy pedagogicznej…

Niedawno obchodziłem pięćdziesiątą rocznicę pierwszego mojego koncertu z Filharmonią Bałtycką. Związany jestem z Gdańskiem mocno. Tam się urodziłem, tam ukończyłem wszystkie swoje nauki. Gdańsk jest moim miastem. Jestem profesorem wizytującym w tamtejszej Akademii Muzycznej, a w liceum, które skończyłem, jest na koniec roku szkolnego kurs mistrzowski, regularnie tam jeżdżę. Do uczenia zostałem namówiony i nie żałuję. Jest to przecież bardzo ciekawa rzecz, można przekazywać własne doświadczenia studentom. A poza tym nie tylko ja ich czegoś uczę, ale i oni mnie. Na lekcjach łapię się na tym, że można grać troszkę inaczej i też nie jest źle. Moim głównym założeniem pedagogicznym jest to, że nie wolno tłamsić indywidualności poszczególnych osób, ale też nie wolno pewnych rzeczy przekraczać, nie wolno robić czystych głupot. Dla mnie osobiście najważniejszy jest styl, w którym została napisana dana muzyka, potem jest tradycja wykonawcza, a na trzecim miejscu własna interpretacja. Epoka i zamierzenie kompozytora są najważniejsze.

 

A czy potrafi pan pomóc studentom zwalczyć tremę estradową?

Oj, obawiam się, że nie, zwłaszcza że sam mam bardzo często tremę! Być może jest jakaś metoda, ale ja jej nie znam. Można też zaryzykować twierdzenie, że całkowity brak tremy nie jest wielkim pozytywem, dlatego że troszeczkę mobilizacji wewnętrznej zawsze jest potrzebne, inaczej gra może być całkowicie obojętna, ze szkodą dla słuchacza.

 

Słyszałem takie powiedzenie: „to nie jest trema, to jest odpowiedzialność”.

Być może tak. Dlatego mówienie, że im się człowiek staje starszy, tym mniejsza trema, nie jest słuszne. Jest w zasadzie odwrotnie. Z wiekiem pewne niemożności wkraczają powoli do gry, to są uwarunkowania fizyczne. Oczywiście, doświadczenie jest bardzo przydatne, ogranie utworu też jest niezwykle ważne. Kiedy bardzo świeży utwór gra się po raz pierwszy, to zawsze ta trema jest o wiele większa niż zwyczajnie. Więc ja, jako człowiek już doświadczony pod tym względem, nie mam tremy, zwłaszcza że utworów całkiem nowych gram stosunkowo niewiele.

 

Dużo jest zdolnych ludzi?

Ludzi zdolnych jest dużo, aczkolwiek zauważam obniżenie ogólnego poziomu. Jest to związane z tym, że rodzice zaczynają zdawać sobie sprawę z tego, że szkoła, akademia muzyczna czy uniwersytet nie dają stuprocentowej gwarancji uzyskania pracy i działania w wyuczonym zawodzie. Często też rodzice uważają, że mają małego geniusza, który nie jest jednak zupełnie geniuszem; to jest najgorsze. No ale z drugiej strony edukacja muzyczna nikomu nie zaszkodziła. Szkoła muzyczna może nie jest elitarna, ale przynajmniej troszkę mniej chamska, a jednocześnie muzyka służy dziecku. Jest udowodnione, że na przykład wszelkiego typu pojęcia matematyczne są prostsze dla tych, którzy uprawiają muzykę, niż dla tych, którzy muzyki nie znają. Moje dzieci też skończyły muzyczną szkołę podstawową. Gabrysia, czyli Gaba, powiedziała, że nie będzie grać dalej i nie grała. No i koniec. Agata z kolei miała wypadek, spadła z konia w Walewicach. Duch pani Walewskiej ją wystraszył. Naderwała nerwy i musiała przerwać edukację muzyczną, a ja sam nie wiem, czy się martwię z tego powodu. Cieszę się jednak, że nie zerwała zupełnie kontaktu ze sztuką: jest radcą prawnym, specjalizuje się w prawie autorskim.

 

Gabriela jednak powróciła do grania.

Jest to działalność trochę niszowa, ale to, co Gaba robi – robi świetnie. Czasami nawet grywamy wspólnie. Bardzo się cieszę z jej sukcesu. Pamiętam taki wesoły fakt, że w gazecie, rozdawanej za darmo w warszawskim metrze, przeczytałem, że ja, pan profesor i tak dalej, będę otwierał sezon koncertów kameralnych w Pradze. Potem w nawiasie było napisane „ojciec Gaby Kulki”, żeby nie ulegało wątpliwości. To mnie rozwesela i jestem z tego bardzo dumny.

 

Czy słucha pan muzyki „rozrywkowej”?

Nie jestem fanem wyłącznie muzyki „poważnej” – zresztą to, co dziś uważamy za muzykę „poważną”, w swoich czasach było właśnie „rozrywkową”. Sam słuchałem wielu różnych zespołów; oczywiście nie lubię prostactwa, hałasu opartego maksymalnie na trzech funkcjach harmonicznych. Ale, na przykład, miałem wszystkie nagrania amerykańskiej grupy Blood Sweat & Tears. Oni byli rywalami zespołu Chicago, ale wolałem BST. Lubiłem Phila Collinsa we wcześniejszym wydaniu. Dobrej muzyki tak zwanej rozrywkowej bardzo chętnie słucham.

 

Iron Maiden (Gaba nagrała całą płytę z tą muzyką)?

Heavy metal to nie jest mój gust, ale oczywiście Iron Maiden są bardzo interesujący. Może kiedyś byłbym bardziej przekonany do tego, ale teraz jestem już na to po prostu za stary. Gabriela robi ich piosenki bardzo dobrze; to nie musi przecież być tak, że zawsze ona lubi to, co ja lubię, czy że ja lubię to, co ona. Córka wychowała się na muzyce klasycznej, chętnie słucha na przykład Prokofiewa, z czego się bardzo cieszę. Sam nie muszę podzielać wszystkich jej fascynacji, zwłaszcza że jest jeszcze młoda. 

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.