Wydanie: MWM 05/2017

Wytworny dżentelmen, czyli o tym, co Brytyjczycy zawdzięczają Ralphowi Vaughanowi Williamsowi

Article_more
„To jedyny z moich uczniów, który nie pisze mojej muzyki”, odpowiedział Maurice Ravel, gdy poproszono go o ocenę twórczości angielskiego kompozytora Ralpha Vaughana Williamsa. Według Doroty Kozińskiej w Wielkiej Brytanii „uwielbienie dla chóralnego dorobku Williamsa […] jest rzeczą równie oczywistą, jak spożywanie kotlecików jagnięcych z sosem miętowym”. A jak jest w Polsce?

Nasza znajomość kompozytorów z Wysp Brytyjskich sprowadza się właściwie do trzech nazwisk: Purcella, Elgara i Brittena. Co z Morleyem, Byrdem, Parrym, Stanfordem, wspomnianym Vaughanem Williamsem, Holstem, Tippettem, Finzim, McMillanem, Chilcottem i innymi? Ich kompozycje znajdziemy w programie najbardziej prestiżowego festiwalu muzyki klasycznej BBC Proms, który od ponad stu lat stanowi dla Anglików niemalże święto narodowe. Każdego roku Promsów słuchają dziesiątki tysięcy ludzi w samym tylko Londynie, a znacznie więcej przed odbiornikami telewizyjnymi na całym świecie. Czy w programach polskich filharmonii znajdziemy brytyjskie nazwiska? Raczej rzadko, choć od kiedy współpracę z NFM rozpoczął angielski dyrygent Paul McCreesh, coraz częściej pojawiają się one w repertuarze wrocławskich zespołów.

 

Nie zwykliśmy interesować się brytyjską muzyką klasyczną, która postrzegana była jako konserwatywna i odstająca od europejskich standardów nowoczesnego języka sztuki. Ale czy to właśnie nie ta „inność”, intrygująca odrębność powinna wzbudzać w nas zachłanną ciekawość? Może przyszedł już czas, by odrzucić tezę postawioną w kultowym filmie Rejs Marka Piwowskiego („Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”) i sięgnąć po te, które zabrzmią dla nas po raz pierwszy.

 

Imperium muzyki

Anglia ma wyjątkowo bogate tradycje muzyczne. To tu powstał najstarszy znany kanon – słynny sześciogłosowy Sumer is icumen in, zapisany około 1310 roku. W Anglii schronienie znaleźli Händel i Johann Christian Bach, a Londyn był obowiązkowym punktem na koncertowej mapie Haydna, Mozarta, Mendelssohna Bartholdy’ego, Paganiniego, Wieniawskiego, Chopina i wielu innych. To stąd pochodzą dyrygenci sir John Eliot Gardiner i sir John Barbirolli, altowiolista William Primrose, wiolonczelistka Jacqueline du Pré czy śpiewaczka Emma Kirkby. Angielskie zespoły zawodowe – London Philharmonic Orchestra, BBC Symphony Orchestra, Monteverdi Choir, Gabrieli Consort & Players, Covent Garden, Royall Balet – cechuje najwyższy światowy poziom. Wreszcie, Anglia może poszczycić się imponującą liczbą, oscylującą wokół kilku tysięcy, doskonałych chórów amatorskich, których koncerty cieszą się niezwykłą popularnością. Anglia to również The Beatles, The Rolling Stones, Dire Straits, Queen, Pink Floyd, Elton John, Jamiroquai i Adele.

 

Na drodze muzycznego rozwoju kraju zdarzały się też potknięcia – znaczący kryzys przyszedł z końcem XVII wieku wraz ze śmiercią Henry’ego Purcella (1695). Wyspy Brytyjskie zdominowała wówczas stylistyka włoska i stylistyka niemiecka, które wywołały stagnację oraz epigonizm. Przełom przyniósł wiek XX, wraz z jego nastrojami politycznymi, kiedy to rosnące poczucie własnej tożsamości narodowej poprowadziło angielskich twórców ku artystycznej niezależności, w przeważającym stopniu uzyskiwanej dzięki bogactwu rodzimego folkloru. Muzyka brytyjska odrodziła się nie tylko w kompozycjach sir Edwarda Elgara (1857–1934), ale przede wszystkim Ralpha Vaughana Williamsa (1872–1958).

 

Wraz z zakończeniem I wojny światowej i porażką Niemiec oraz Austrii, Brytyjczycy odrzucili dotychczasową hegemonię tradycji muzycznej pokonanych państw. Wybuch II wojny światowej znacznie ograniczył życie koncertowe na Wyspach, a działania wojenne przerzedziły szeregi młodych kompozytorów. W latach czterdziestych, kiedy imperium brytyjskie chwiało się w posadach, oddając prymat na arenie międzynarodowej Stanom Zjednoczonym, angielska publiczność tym wierniej trwała przy tradycji wyznaczonej przez Elgara i Vaughana Williamsa. O ile jeszcze przed I wojną kompozytorzy, tacy jak Hubert Parry, Charles Stanford, Vaughan Williams starali się poszerzać swoje muzyczne horyzonty w Niemczech czy Francji, o tyle ich następcy wzrastali już w kulturze wyłącznie brytyjskiej. Nawet ci, którzy wychodzili poza narzucone przez brytyjską publiczność ramy, w porównaniu z awangardą europejską wykazywali cechy umiarkowanie nowoczesne. Jak zauważył Andrzej Chłopecki, Anglia wydawała się „odgrodzona od kontynentalnych wstrząsów estetycznych kanałem La Manche”, i kultywowała „gest wytwornego dżentelmena, spokojnie popijającego whisky (oczywiście bez lodu i wody sodowej)”. „Ta muzyka nie znosi wstrząsów i nie chce być awangardowym natchnieniem narodów. Jak bodaj żadna inna konserwuje wartości gdzie indziej kruszone z większą lub mniejszą zajadłością” – dodawał Chłopecki.

 

Podróż z niespodziankami

Przy opisywaniu muzyki Ralpha Vaughana Williamsa zwykło się używać określeń: tradycyjna, łagodna, pastelowa, melancholijna, otoczona aurą błogiego spokoju. Według Johna A. Fullera Maitlanda, jej odbiorca „nigdy nie jest pewien, czy słucha czegoś bardzo nowego, czy może bardzo starego”. Która z cech stylu Vaughana Williamsa wpłynęła zatem na taki sposób odbierania jego dzieł? Muzykolodzy wskazują na typowe dla wyspiarskich kompozytorów XX wieku przywiązanie do harmonii dur-moll, inspirację rodzimym folklorem (choć fascynacja ta opanowała też wiele innych krajów) oraz charakterystyczny sposób instrumentacji opierający się na eksploatacji dętych drewnianych. Z takim też nastawieniem sięgałam do twórczości jednego z czołowych kompozytorów brytyjskich początku XX wieku. W tej podróży czekało na mnie jednak kilka niespodzianek.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.