Pokój niech będzie z nami

Article_more
Pierwszy włącza się zmysł węchu, podrażniony zapachem próchna, wosku i politury. Potem zaczynają boleć oczy, oszołomione przepychem ozdób. A w końcu wyostrza się słuch, odbierający wibracje dźwięku odbijającego się od drewna. Tylko od drewna.

Kościół Pokoju w Świdnicy jest jedną największych na świecie drewnianych świątyń, może pomieścić siedem i pół tysiąca wiernych. Dziś ósmy cud świata, na honorowej liście UNESCO. To wielka kariera jak na budowlę, mającą być w zamyśle piętnem ludzi „gorszych”, wyrzuconych poza nawias społeczeństwa. Piętnem wypalonym przez katolicką władzę na luteranach.

 

Po wybuchu wojny trzydziestoletniej protestantom odebrano prawo do własnej wiary i kościołów. Jednak w pokoju westfalskim, kończącym w 1648 roku ten rujnujący Europę konflikt, katoliccy Habsburgowie przyznali luteranom prawo do postawienia świątyni. Zrobili to pod naciskiem protestanckiej Szwecji, stawiając upokarzające warunki. Według nich budować można było tylko poza obrębem murów miejskich, na ziemi wyjętej spod ochrony, wyłącznie z drewna, piasku, słomy i gliny. Szczególnie boleśnie odebrano zakaz postawienia dzwonnicy, żeby świątynia nie była z daleka widoczna. Miała wyglądać jak wielka stodoła, ale stała się azylem ludzi prześladowanych. Rajskim wręcz. Portrety, epitafia, herby rodowe, sceny biblijne i historyczne, figury biblijnych proroków i ewangelistów, loże strojne w girlandy kwiatów i owoców – trudno znaleźć miejsce, którego nie dotknęłaby ręka artysty. Przepych szokujący w luterańskim kościele.

 

Ewangelicy solidarnie składali się na budowę. Oddawali świątyni, co kto miał – bogacze Hochbergowie dwa tysiące dębów, Adam Klose całe oszczędności, czyli 1 dukata, Christian Czepko swoją determinację. Konno, pieszo, statkiem przemierzył cztery tysiące kilometrów, kwestując u książąt i biskupów, nagłaśniając w całej Europie budowę Kościoła Pokoju.

 

Jako projektanta wybrano wrocławskiego architekta i fortyfikatora Albrechta von Säbischa, który zwiedził wcześniej między innymi największy hugenocki kościół w Charenton pod Paryżem, mogący dzięki emporom pomieścić czternaście tysięcy wiernych. Miał wzór lub inspirację, ale oddał projekt oryginalny.

 

Przepędza diabła i rozwesela ludzi
W 1657 roku odprawiono w Kościele Pokoju pierwsze nabożeństwo. I wciąż go upiększano. Nie tylko rzeźbami i malowidłami. Rada parafialna szybko uznała, że bez instrumentu nabożeństwa nie będą mieć właściwej oprawy. „Muzyka jest darem Bożym, przepędza diabła i rozwesela ludzi”, pouczał Marcin Luter, który bardzo cenił „śpiewne głoszenie” Ewangelii. Przekonanie to znalazło odbicie w spisanej w 1654 roku Instrukcji i porządku kościelnym, ustalającej sposób funkcjonowania gminy protestanckiej w Świdnicy: „jak kazanie, ambona i ołtarz, tak też chór i organy należą do siebie: i oboje, modlitwa i śpiew razem, czynią nabożeństwo pełnym”.

 

Przy większości kościelnych ław zachowały się szafki lub skrzyneczki do przechowywania śpiewników, gdyż wszyscy wierni „śpiewnie głosili” Ewangelię, a kantor dostał szczegółowe wytyczne, jak dbać o oprawę nabożeństwa. Poprzeczka została ustawiona wysoko, bo „powinien dyrygować chórem oraz dobrze rozumieć się z organistą zarówno w muzykowaniu, jak i poza nim, a w ten sposób, dzięki harmonii ich umysłów, także muzyka będzie piękniej współbrzmieć, a przez to serca będą miło pociągnięte do [głoszenia] Chwały Bożej, i będą wypełniać się i radować przedsmakiem anielskiej muzyki, grającej przed tronem Boga wieczne Sanctus, Sanctus, Sanctus”.

 

Pierwszy instrument, który służył gminie był prostym „Urharmonium”, czyli prawdopodobnie klawesynem, podarowanym kościołowi przez Ambrosiusa Protiusa z Wrocławia, potem wierni dostali małe, przenośne organy. Ale to nie zaspakajało muzycznych ambicji gminy. Dlatego u organmistrza z Brzegu, Christopha Klosego zamówiono organy zwane dziś „Wielkimi”.

 

Z pomocą anielskiej orkiestry
Klose pracował trzy lata, swoje dzieło zaprezentował w 1669 roku. Jest na co popatrzeć, instrument o sześćdziesięciu dwóch głosach zajmuje emporę zachodnią na całej szerokości i ma piękny, barokowy prospekt, podtrzymywany przez dwóch atlasów. To, oprócz krzeszowskich, jedne z największych zachowanych organów na Dolnym Śląsku. Pod koniec XVIII wieku organmistrz Zeitzius z Ząbkowic wprowadził tu orkiestrę anielską – trzydzieści siedem aniołków z trąbami, rogami, fletami, dzwonkami, skrzypcami i bębnami. Podobno grały z zapałem na chwałę Pana, gdyż budowniczy obdarzył ich możliwością ruchu. Po zakończonej w ubiegłym roku renowacji popisują się tylko aniołki z bębnami, konserwatorzy nie znaleźli śladu po innych instalacjach.

 

Instrument Klosego jest pechowy, ciągle coś mu dolegało, ciągle tracił głos. A to trzeba było naprawiać, a to wręcz przebudowywać. Nad manuałem organów znajduje się kartusz z napisem: „1669 – erbaut [zbudowany], beschönert [upiększony] 1776–1784, 1882 – erneuert [odnowiony]”. Brakuje jeszcze daty „1909” – w tym roku Bruno Schlag, ze słynnej świdnickiej firmy budowniczych organów, zamontował napęd elektryczny. Te wszystkie remonty nie umniejszają talentu Klosego i nie wynikają tylko z konstrukcyjnych uchybień przy budowie instrumentu. Konserwatorzy twierdzą, że w drewnianym kościele warunki klimatyczne są trudne, bo wilgotność i temperatura dość mocno się zmieniają.

 

Ostatnia renowacja skończyła się w ubiegłym roku. Kontuar i 3909 piszczałek odnawiała w Siversdorf firma Christiana Schefflera, jedna z dwóch najlepszych firm organmistrzowskich w Niemczech, a konsultantem był Jürgen Schlag, wnuk ostatniego właściciela manufaktury Schlag und Söhn. Konserwatorzy odrestaurowali również umieszczony na emporze organowej portret Marcina Lutra z 1852 roku. Na złoconej ramie odsłonili napis: „Ein Feste Burg ist Unser Gott” („Twierdzą jest nasz Bóg”). To tytuł hymnu Kościoła ewangelicko-augsburskiego, napisanego przez wielkiego reformatora. Zaś za obrazem znaleźli batutę. Niestety, nie wiemy, kto ją upuścił, ale wiemy, kto ją teraz ma – koncertmistrz berlińskiej Akademie für Alte Musik.

 

W kościele jest jeszcze jeden instrument, tzw. Małe Organy, zainstalowane w 1695 roku, ratunek dla kantora, gdy instrument Klosego zaczynał się psuć. Zostały ufundowane przez pastora Sigismunda Ebersbacha, na cześć zmarłej żony. Mają siedemdziesiąt sześć głosów i osiemset piszczałek. Nieduży prospekt organowy zdobi anielska orkiestra, więc muzyka w Kościele Pokoju musiała być na najwyższym poziomie. Po prostu niebiańska.

 

Płacę i ustalam repertuar
Kogo interesuje muzyczna historia Kościoła Pokoju, musi się zainteresować także bezcennym archiwum luterańskim, liczącym osiem tysięcy woluminów. Zawiera nie tylko niezwykłą kolekcję dwustu Biblii, z których najstarsza pochodzi z 1630 roku, lecz także ciekawy zbiór muzykaliów. Znalazł się w nim dokument z 1733 roku informujący, że anonimowa dla świata, lecz „Bogu znana osoba”, ufundowała dla kościoła Pokoju w Świdnicy tzw. kapitał w wysokości stu talarów reńskich. Odsetki z tych pieniędzy miały być przeznaczone na pokrycie kosztów kazania wygłoszonego w piątek po drugiej niedzieli adwentowej. Temat dowolny (choć poświęcony „dobru wiecznemu”), możemy więc uznać, że fundator uszanował wolność słowa. Ale nie wolność muzyki!

 

Zażądał, żeby podczas nabożeństwa śpiewano pieśń Jesteś błogosławiony przez Pana, czemuż więc chcesz pozostać na zewnątrz autorstwa Benjamina Schmolcka, śląskiego teologa, poety i jednego z najwybitniejszych twórców pieśni kościelnych doby baroku. Fundator wybrał również trzy kolejne pieśni i zostawił instrukcję dla chóru, że powinny być one „na emporze śpiewane powoli”. Nie za darmo, za „śląskiego talara”.

 

Hojny anonim nie musiał być zawodowym muzykiem, ewangelicy uważali, że muzykować powinien każdy. Bo, jak nauczał Luter, wytrawny śpiewak i lutnista, „kto tę sztukę opanował, ten ma dobre usposobienie, jest zręczny we wszystkim”. Pokój niech będzie z tymi, którym Opatrzność odmówiła muzycznych talentów.