Wydanie: MWM 05/2017

Wredny Szczeniak

Article_more
Znają Państwo ten typ artysty – niby wiemy, że nie jest to największe osiągnięcie w historii muzyki, ale dziwnym trafem jego płyty lądują w naszych odtwarzaczach częściej niż wielkie dzieła wielkich mistrzów. Oczywiście, wiem: mistrzowie są nieśmiertelni, a odkrycia jednego sezonu więdną z czasem. Ale nim przeminą, zasłuchujemy się w nich niemal do znudzenia. W kategorii sezonowej, niezobowiązującej, lecz inteligentnej rozrywki ostatni rok należał do Snarky Puppy.

Amerykańska grupa istnieje znacznie dłużej, bo od 2004 roku. I może nawet o bezpretensjonalnej muzyce zespołu nie trzeba by było pisać, gdyby jego działalność (i tejże działalności recepcja) nie były symptomami kilku interesujących zjawisk. Stylistyczny obszar działania Snarky to bowiem pogranicze (albo część wspólna) jazzu, r&b i popu. Jednak wielu krytyków w odniesieniu do grupy używa – i to chyba zasadnie – określenia „fusion”. Terminu mającego bardzo konkretne, i mocno obciążone, historyczne znaczenie, spoza którego wyzierają widma przeszłości.

 

Jeszcze kilka lat temu (według środowiskowego żartu nawiązującego do amerykańskich standardów poprawności politycznej) nazwa „fusion” była niczym „F-word”. Nawet muzycy, którzy de facto grali tę muzykę, unikali owego słowa jak ognia z powodu bagażu negatywnych konotacji, jaki zdążył się wokół niego nagromadzić od lat siedemdziesiątych. Początki tego nurtu, łączącego elementy jazzu, rocka, funku i muzyki etnicznej, były chwalebne, a najlepsze płyty Weather Report czy Mahavishnu Orchestra przeszły do historii jako przykłady najwspanialszych osiągnięć muzyki jazzowej. Jednak po dziesięciu latach istnienia fusion wydawało się już kierunkiem zdegenerowanym, pozbawionym subtelności, drażniącym ucho syntetyczno-plastikowymi brzmieniami, w którym nacisk na sprawność warsztatową zjadał muzyczny sens. Oczywiście ruch ten nadal miał swoją zagorzałą publiczność – ba, nawet większą od zjawisk, którymi pasjonowali się krytycy – ale zgodnie uznawano, że prawdziwą muzykę tworzy się gdzie indziej.

 

Po latach uratowało fusion zjawisko kulturowego recyklingu, które co jakiś czas rehabilituje kolejne nurty wcześniej lekceważone, uznawane za komercyjne, prostackie czy po prostu zbyt często przekraczające granice dobrego smaku. Pewnie ten renesans należy wiązać z osiągnięciem wieku dojrzałego, tak sprzyjającego nostalgicznym wycieczkom w przeszłość, przez generację muzyków na fusion wychowanych. Od kilku lat coraz częściej grywa się w akustycznych wersjach kompozycje jazzrockowych zespołów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, udowadniając, że odarte z okropnego brzmienia swojej epoki utwory w swej istocie są muzycznie wartościowe. I nawet to potworne brzmienie płyt z lat osiemdziesiątych – może właśnie dlatego, że zestarzało się najszybciej – pokryło się patynką, która zmienia ich status ze stylistycznych koszmarków w interesujące ciekawostki świadczące o swojej epoce.

Coraz częściej zespoły współczesne grające fusion wychodzą ze swej sporej, ale nietraktowanej zbyt poważnie niszy i niepostrzeżenie wracają do uznanego jazzowego mainstreamu. Naturalnie jest to już nieco inne fusion, bogatsze o doświadczenia hybryd, takich jak acid-jazz czy nu-jazz. I unikające największych pułapek, w które wpadali nawet najwybitniejsi przedstawiciele gatunku, w rodzaju Return to Forever czy Mahavishnu.

 

Snarky Puppy to tak naprawdę zeszyt z kompozycjami i osoba lidera. Grupę tworzy w sumie około czterdziestu muzyków, ale każdy jest elementem absolutnie zastępowalnym – nawet lider, basista Michael League (który wprawdzie pojawia się na wszystkich płytach zespołu, lecz przyznaje, że jego partie mógłby wykonać jakikolwiek sprawny basista). Największą bolączką „starego fusion” była bowiem zgubna tendencja do epatowania pustą wirtuozerią, która nawet dobry materiał zamieniała w zawody sportowe. Hasło „szybciej, wyżej, mocniej” nie sprawdza się w muzyce najlepiej. League traktuje swój instrument – podobnie jak wszystkie inne – funkcjonalnie i, jak mówi, każdy w zespole ma już za sobą etap grania dla podniesienia samooceny, żeby poczuć się ważnym. On sam od „fusion” woli określenie „instrumentalny pop”. Kompozycja staje się tu nie pretekstem do indywidualnych popisów, lecz najważniejszym elementem – a utwory League’a aż skrzą się od pomysłów, choć formalnie rzadko wychodzą poza schemat zwrotka – bridge – refren. A wzorcami dla kompozytora w większym stopniu niż Herbie Hancock czy Joe Zawinul są Michael Jackson, Stevie Wonder, Prince czy Curtis Mayfield.

 

Interesujące też, że za sukcesem Snarky nie stoi żadna wielka wytwórnia, a jedynie determinacja i ciężka praca lidera (wspierana niewątpliwym talentem muzyków, których zatrudniał – proszę posłuchać pianisty Cory’ego Henry’ego w utworze Lingus!). Praca, która doprowadziła League’a do bezdomności – choć dość swoistej: od kilku lat basista żyje wyłącznie w trasie (jeśli nie ze Snarky to z innymi zespołami) i nie ma stałego miejsca zamieszkania, a należące do siebie ruchomości trzyma w magazynie. Pracuje i pisze w każdych warunkach: w samolocie, w autobusie zmierzającym na lotnisko, za kulisami i w hotelu. Zespół wydaje płytę w zasadzie co roku (ostatnia Culcha Vulcha była już dwunastą), a zbiory kompozycji League’a funkcjonują już w wydaniach nutowych. Dodajmy, że lider ma dopiero trzydzieści dwa lata.

 

Muzyka Snarky Puppy nie jest mistrzostwem świata, ale nie ląduje jeszcze w podkategorii „guilty pleasures”. W zasadzie trudno wysłuchać w całości pojedynczej płyty, bo każda zawiera sporo dźwiękowej waty, ale te kilka utworów – w rodzaju Lingusa czy Grown Folks ­to swoiste majstersztyki. Popularność Wrednego Szczeniaczka wśród takich słuchaczy jak ja wynika więc raczej ze swoistej ekonomii doznania estetycznego: muzyka Snarky jest na tyle niebanalna, że umysł dostaje swoją dawkę informacji do przetworzenia, ale jednocześnie na tyle prosta, że przyswaja się ją natychmiastowo, bez wysiłku. To takie muzyczne cukry proste – w gruncie rzeczy niezbyt pożywne, lecz zapewniające szybki zastrzyk energetyczny. Wiadomo, że nie należy z nimi przesadzać, ale kto jest w stanie powstrzymać się od wyjadania czekoladek z kredensu?