Wydanie: MWM 05/2017

Muzyczny przestwór

Article_more
Przepis na muzyczny mrok? Proszę bardzo: tempo Maestoso, metrum 6/4, stała nuta (wartości równej całemu taktowi, czyli tutaj cała nuta z kropką), a do tego następujący mix instrumentów: kontrabasy, altówki, waltornie i koniecznie tremolo kotłów. To tło, trwa może chwilę, jednak wystarczająco długo, by zafrapować, zasiać wątpliwość i rozbudzić ciekawość – co dalej, co z tego wyniknie?

W dobrym wykonaniu ta „chwila” wydaje się namiastką wieczności i wyznacza niezwykłą przestrzeń. Zaraz odnajdą się w niej skrzypce i zaintonują pierwszy temat – zdecydowany, mocny. Muzyka ciemna i pełna siły, jakby wynurzająca się z wielkiej otchłani. Na podstawie tych pierwszych dźwięków ekspozycji trudno właściwie wnioskować, z jaką formą będziemy przez ponad 50 następnych minut obcować. Symfonia? A może niekoniecznie?


Kiedy po raz pierwszy usłyszałem owo ponure współbrzmienie, wiedziałem, że zostanie ze mną już na zawsze. Oczarowało mnie, rozbudziło apetyt na ciąg dalszy. Początek I Koncertu fortepianowego d-moll op. 15 Johannesa Brahmsa, jednego z tych dzieł, które w istocie są niezwykłe, ponieważ nigdy się nie nudzą i nigdy nie ujawniają swoich najgłębszych tajemnic. Zebrałem już kilkanaście interpretacji, każda z nich jest inna, naznaczona piętnem osobowości wykonawców (to pewnie kluczowa sprawa), ale nie śmiem powiedzieć, że Koncert znam, że odsłonił przede mną swoje wszystkie tajemnice. Wiem, trochę to banalne – dzieła sztuki za każdym razem odczytywane powinny być na nowo, dlatego istnieją. Ale akurat ten utwór jakoś szczególnie ogniskuje uwagę, powoduje, że gdy się do niego wróci, to wynagrodzi ów powrót czymś szczególnym, nieoczekiwanym. Jednakże przestrzegam – nie należy czynić tego zbyt często. Koncert d-moll Brahmsa trzeba smakować w odpowiednio separowanych dawkach. Może przecież przytłoczyć, w końcu najłatwiejszy i najpogodniejszy nie jest. 

 

Premiera błyskotliwym sukcesem nie była. 22 stycznia 1859 roku Brahms wykonał swoje dzieło z orkiestrą pod dyrekcją Józefa Joachima w Hanowerze. Reakcja prasy okazała się nad wyraz chłodna, periodyk „Signale” donosił: „Koncert nie miał wielkiego powodzenia u publiczności, choć ujawnił zdecydowaną sympatię dla kompozytora”. W innej recenzji utwór uznano za „niezrozumiały, nawet oschły i chwilami w wysokim stopniu męczący”. Cóż, może to przepis na późniejszą chwałę, może między wierszami takich tekstów stoi coś przeciwnego: „to dzieło nowatorskie, które zachowa aktualność przez długie lata”? Bez wątpienia w ten sposób spojrzeli na Koncert przyjaciele kompozytora, kiedy usłyszeli go parę miesięcy wcześniej, 30 marca 1858 roku podczas prywatnego przesłuchania. Wtedy w Hanowerze była ich garstka; wtedy Brahms podobno pierwszy raz w życiu usłyszał orkiestrę wykonującą dźwięki zapisane jego ręką na systemach pięciolinii. Cóż to musiała być dla niego za chwila! Ale to właśnie wtedy materia Koncertu d-moll wprawiła wszystkich w niezwykły stan poruszenia. Profesjonaliści zdawali sobie sprawę, że mają do czynienia z kimś, kto wskazywać będzie nowe horyzonty muzyce niemieckiej i podążać własnym szlakiem, wytyczanym między obozem konserwatystów (zapatrzonych w Mendelssohna) i przedstawicielami szkoły nowoniemieckiej spod znaku Liszta i Wagnera. Chyba właśnie owa unikatowość postawy Brahmsa spowodowała, że Koncert d-moll dość długo nie wzbudzał takiego entuzjazmu, na jaki zasługiwał.

 

Materia tego dzieła, które powstawało długo, aż cztery lata (pierwsza redakcja pomysłów to Sonata na dwa fortepiany z 1854 roku), jest wycyzelowana z niezwykłą precyzją. Kompozytor miał tyle samoświadomości, że potrafił korzystać z rad przyjaciół, ale nie zatracił nigdy siebie. Dlatego stworzył strukturę zachwycającą symfoniczną pełnią, w której partie fortepianu i orkiestry stanowią nierozerwalną jednię. Ani przez chwilę solista nie dominuje nad orkiestrą, nawet wówczas gdy gra solo (niezwykły, statyczny epizod w Adagio – fortepian dobywa dźwięków jakby oderwanych, zdaje się – trwa przez moment „poszukiwanie” czegoś zupełnie nienazwanego).

 

Koncert d-moll to dzieło kompozytora, jednocześnie świetnego pianisty, ale takiego pianisty, który wyraźnie wiedział, że jego powołaniem jest tworzenie muzyki, a nie epatowanie blichtrem wirtuozerii. Ten muzyczny przestwór to dzieło człowieka, którego wyobrażamy sobie zwykle jako nobliwego jegomościa przy kości i z siwą brodą. Warto więc pamiętać, że gdy go Brahms prezentował w Hanowerze, nie miał jeszcze 26 lat i był raczej nieśmiałym, wrażliwym młodym człowiekiem. I potrafił wyobrazić sobie taką muzyczną przestrzeń? No tak – geniusz!