Wydanie: MWM 05/2017

Refugees welcome

Article_more
W styczniu 2016 roku kapituła językoznawców wybrała słowo roku. Rzeczownik „uchodźca” został wskazany jednogłośnie – po raz pierwszy w historii kapituły. Wygrał też w plebiscycie internautów. Pokonał w cuglach „frankowicza”, „terrorystę”, „smog” i „wygaszanie”.

Jak podkreślił Jerzy Bartmiński z UMCS, słowo zasłużyło na wyróżnienie nie tylko z powodu częstości użycia, ale i ze względów społeczno-etycznych. Zdaniem profesora „uchodźca” to dla Polaków słowo święte, kojarzone z historią powstań narodowych, prześladowań, ucisku i emigracji. Przemawiające do wyobraźni, bo kiedyś to nam udzielano schronienia i gościny. Znak dzisiejszych czasów i swoiste napomnienie, bo teraz my powinniśmy okazać solidarność z ludźmi potrzebującymi pomocy. 

 

Brzmi staro, a przecież jest młode. Pojawiło się po raz pierwszy w słynnym Słowniku warszawskim pod redakcją Jana Karłowicza, Adama Kryńskiego, Władysława Niedźwiedzkiego i Józefa Przyborowskiego, których celem było „ułożenie obszernego i dokładnego ile możności skarbca mowy naszej”. Ośmiotomowy słownik ukazywał się w latach 1900–1927. Tom siódmy, od litery T do litery Y, wyszedł spod pras drukarni „Współczesnej” dzięki zapomodze Kasy im. Mianowskiego w 1919 roku. Niespełna sto lat temu. Pierwotnie na takich nieszczęśników mówiło się „zabieglec” albo „uchodzień”. Później pojawili się „tułacze”, „pielgrzymi”, „wygnańcy”, „zbiedzy” i „wysiedleńcy”. Słowacki i Norwid używali już kosmopolitycznego słowa „emigrant”. Teraz sprawy się pokomplikowały: określenia związane z migracją zarezerwowano dla ludzi opuszczających kraj, by poprawić jakość swojego życia. Tych, którzy uciekają bezpowrotnie, ze strachu przed wojną i prześladowaniami, zaczęliśmy nazywać „uchodźcami”. Po angielsku mówi się na nich „refugees”, czyli „szukający schronienia”. 

 

Nieśpieszno nam, by udzielać im w Polsce azylu. Lękamy się terrorystów, destabilizacji gospodarki, zagrożenia tradycyjnych wartości. Tłumaczymy, że wygnańcy i tak wolą szukać szczęścia gdzie indziej. Uszczelniamy granice, odsyłamy niechcianych gości na Białoruś, ale sumienie nie daje nam spokoju. Potrzeba zabrania głosu w kwestii kryzysu migracyjnego coraz częściej znajduje ujście w twórczości. Uchodźcy błąkają się po scenach teatrów, także operowych. Kilka miesięcy temu pewna obiecująca reżyserka zastąpiła nimi bandę przemytników w Carmen. Chcąc zagrać na emocjach widzów, niechcący wepchnęła uciekinierów przed nędzą i konfliktem zbrojnym w rolę wyrachowanych, goniących za zyskiem rzezimieszków. Pewien słynny reżyser zamówił operę do własnego libretta na motywach sztuki Ödöna von Horvátha – sztuki z 1936 roku, metafory ówczesnego kryzysu społecznego i wymuszonych ucieczek przed widmem totalitaryzmu. Ledwo ze sceny padły słowa o nielegalnym przekraczaniu granicy i deportacji do obozu dla uchodźców, poczuliśmy się w samym środku aktualnych wydarzeń. Nieważne, że Horváth miał na myśli inny kryzys, innych uchodźców i nieco odmienne zagrożenie. 

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.