Wydanie: MWM 01/2013

Tyle nut, ile trzeba

Koncert podwójny. Rozmowa z Heinzem Holligerem o Witoldzie Lutosławskim
Article_more
Ta muzyka jest tak wyrafinowana, tak delikatna – i ostatecznie tak złożona – jak muzyka Mozarta. Wielu współczesnych kompozytorów cierpi na horror vacui, zapisują papier nutami, nutami, nutami… I ostatecznie uzyskują tylko ciekawą barwę, bo wszystkie dźwięki są zneutralizowane, znoszą się wzajemnie, gdy partytura jest przeładowana. Witold był bardzo oszczędny, niczym Mozart, Debussy czy Ravel.

Krzysztof Komarnicki: Pod koniec lat 70. Witold Lutosławski napisał dwa ważne utwory na obój – jednym z nich był Koncert podwójny dedykowany panu i pańskiej żonie. Jak doszło do skomponowania tego dzieła?

Heinz Holliger: Zamówienie na Koncert podwójny było dość dawne, złożone już około 1970, 1971 roku. Wielki mecenas sztuki, Szwajcar Paul Sacher poprosił Witolda o skomponowanie koncertu obojowego lub też koncertu podwójnego na obój i harfę. Witold rozpoczął szkicowanie dzieła – nawet w sławnym wywiadzie udzielonym Balintowi Vardze opisał kształt utworu. To był 1974 rok. Druga część miała być całkowicie aleatoryczna, a część trzecia zaplanowana była jako marsz w szybkim tempie, stopniowo zwalniającym do marsza żałobnego. Ale Lutosławski miał wiele innych zamówień i zaczął komponować Koncert podwójny dopiero pod koniec lat 70. Ostateczny kształt dzieła jest nieco inny. To ja poprosiłem Lutosławskiego o skomponowanie utworu na obój. Aby zapoznać się z możliwościami instrumentu, napisał dla mojej przyjaciółki Janet Craxton piękne Epitafium na obój i fortepian. To rodzaj preludium albo szkicu do Koncertu podwójnego. Wcześniej, w 1945 roku Witold napisał przepiękne trio stroikowe (na obój, klarnet i fagot), ale potem nie chciał go publikować. Dopiero niedawno ukazało się nowe wydanie tego naprawdę pięknego utworu. Podczas wojny Lutosławski skomponował całkiem sporo kontrapunktycznych dzieł na obój i fagot, na dwa lub trzy klarnety – to są utwory nieopublikowane, znajdują się w archiwum Paula Sachera w Bazylei.

Dlaczego wybrał pan Lutosławskiego?

Sacher powiedział mi, że zamierza zamówić całkiem sporo utworów, poprosił mnie o radę, ponieważ nie ma dużego repertuaru na obój, a zwłaszcza na obój, harfę i orkiestrę. A mnie bardzo podobała się muzyka Lutosławskiego. Przy tym była to muzyka, którą można było wykonywać na zwyczajnych koncertach filharmonicznych, z dwiema, trzema próbami przed występem. Byłem przekonany, że Witold Lutosławski będzie w stanie napisać koncert solowy, który będzie można umieścić w każdym programie abonamentowym. I powstał znakomity utwór. Miałem w repertuarze dużo muzyki eksperymentalnej, również mojego autorstwa. Ale to nie interesowało Witolda. Bardziej był ciekaw mojego frazowania – prosił mnie o zagranie koncertu Mozarta, kwartetu Mozarta, sonat barokowych, romansu Schumanna… Nie chciał komponować nowych efektów, nie był zainteresowany nowymi technikami (niektóre ja wynalazłem), ale ostatecznie część z nich wykorzystał, chociaż raczej w charakterze karykatury, na przykład w tym marszu, który jest częściowo oznaczony grotesco. Zaczyna się jako wyrazisty marsz à la Szostakowicz, potem następuje milszy marsz przeznaczony dla harfy w wolniejszym tempie, a później znów obój wykorzystany jest trochę na sposób Ravela. Piękna i bestia – harfa gra piękną muzykę, obój zaś przerywa bardzo paskudnymi, krzyczącymi dźwiękami. To niemal teatralny efekt: zestawienie tak różnych charakterów niczym postaci dramatu. W kolejnej sekcji utworu instrumenty łączą się, mówią jednym głosem w kadencjach solowych, podzielonych na trzy sekcje. Potem znowu wracamy do pierwszego, szybkiego marsza, który tym razem zawiera partię ksylofonu obbligato. Wtedy orkiestra zaczyna grać coś, co brzmi jak hymn. To były czasy Solidarności i żartowaliśmy, że to jest Witoldowy hymn Solidarności. Pracowałem z Lutosławskim już na początku lat 70. – grałem mu, cokolwiek sobie zażyczył. On mi zagrał Reflets dans leau Debussy’ego, aby pokazać mi swój piękny fortepian, który bardzo lubił. Zagraliśmy razem z nim i moją żoną Ursulą wiele koncertów, a nawet nagraliśmy wspólnie koncert podwójny dla Philipsa. Zaprzyjaźniliśmy się z Lutosławskim i jego czarującą żoną Danusią również dlatego, że Witold był wielkim humanistą i wspaniałym człowiekiem. Nie miał w sobie tego charakterystycznego dla wielu muzyków ekshibicjonizmu ani egocentryzmu. Był to człowiek prawy, o jasno sprecyzowanych poglądach, w których był bezkompromisowy. Zdecydował się na stały pobyt w Polsce, chociaż w owym czasie jego bagaż był regularnie przeszukiwany przez celników. Mógłby zamieszkać bez trudu w jakimkolwiek kraju, ale wolał Polskę. To także wyznacznik jego niezwykłej siły charakteru.

Specjalny podwójny styczniowo-lutowy numer "Muzyki w Mieście" poświęcony Witoldowi Lutosławskiemu jest przez cały rok do nabycia w Filharmonii Wrocławskiej i w sprzedaży wysyłkowej.