Autor: Michał Nowak
Wydanie: MWM 06/2017

Czysty porządek uczuć i tonów (I)

Jacek Hołówka - wywiad
Article_more
Muzyka jest za mało pojęciowa, by można o niej dyskutować przy użyciu dobrych argumentów. Nie da się jej opisać, nie da się jej przełożyć na inne medium niż dźwięk i wreszcie sama muzyka nie jest w stanie niczego wyrazić na tyle jasno i jednoznacznie, byśmy ją mogli uznać za blisko związaną ze światem realnym. Taki był pogląd Kanta i jest w nim wiele racji. Muzyka jest niedyskursywna – niczego o niczym nie mówi. Ale właściwie dlaczego miałaby mówić?

Michał Nowak: Do czego filozofowi potrzebna jest muzyka? Pytam, bo niektórzy nie widzą dla niej miejsca w idealnym państwie.
Jacek Hołówka
: Robi pan aluzję do Platona, który był przekonany, że nie wszystkie tonacje są dopuszczalne w dobrze zorganizowanym państwie. Dozwolone są te, przy których można krok w krok maszerować lub wykonywać jakieś ćwiczenia fizyczne. Można by powiedzieć, że Platon był propagatorem muzyki pasującej do zajęć z musztry, aerobiku lub ćwiczeń w siłowni. Muzyka miała służyć dyscyplinie i zachęcać do rytmicznych działań. Przeciwny był natomiast muzyce, która mogła rozleniwiać albo wpędzać w nastrój liryczny bądź erotyczny. Nie tolerował muzyki, która pobudza uczucia i melancholię, czyli jest społecznie nieprzydatna. Z tego można wnioskować, że Platon po prostu muzyki nie lubił i zapewne nie chciał jej słuchać. Muzyka była coś warta w jego mniemaniu tylko wtedy, gdy występowała jako tło dla politycznych lub wojskowych działań. Myślę, że przynajmniej kilku innych wielkich filozofów myślało podobnie. Nie cenili muzyki, ponieważ muzyka nie zawiera myśli, które by się dało ubrać w słowa. Rozmarza, hipnotyzuje, fascynuje i odciąga od realnego świata. Jest źródłem przeżyć, ale nie poznania. Żaden rygorystycznie myślący filozof tego nie lubi. Najlepszym przykładem jest Kant. Ze wszystkich dziedzin sztuki muzykę uznawał za najmniej przekonującą, ponieważ jego zdaniem nie posiadała treści. Na szczęście byli też odwrotnie myślący filozofowie. Na przeciwległym biegunie znajduje się Schopenhauer, który był przekonany, że muzyka jest najbardziej wyrafinowaną i najciekawszą ze sztuk.

 

Co więcej, jego zdaniem to właśnie w muzyce ujawnia się istota bytu.
Schopenhauer był przekonany, że istnieje jakaś siła kosmiczna, która ma własne zamysły i plany, która chciałaby, żeby świat rozwijał się zgodnie z jakimś porządkiem. Ta siła ujawnia się jako wola lub jako jej wytwór, i to właśnie głosi tytuł głównej pracy Schopenhauera Świat jako wola i przedstawienie. Dla niego muzyka była czystym urzeczywistnieniem woli i ze wszystkich sztuk była najmniej materialna. Unosi się w powietrzu jako kaskada dźwięków i natychmiast znika. Jeszcze przez jakiś czas brzmi w wyobraźni, gdzie można ją modyfikować i modulować, zmieniać, poprawiać, poddawać swym upodobaniom i swej woli właśnie. Muzyka jest właściwie czystym pomysłem, który absorbuje naszą uwagę. Każe czekać, odgadywać i nagradza łagodnymi tonami. Jest najbardziej ulotną ze sztuk. Jest tak nietrwała, że mamy prawo podejrzewać, iż wiele świetnych melodii zostało zapomnianych. W historii ludzkości mogło się zdarzyć wielokrotnie, że jakieś dziwne pieśni, coś w rodzaju Carmina burana Orffa, były przez pewien czas popularne, a później zostały całkiem zapomniane. Nie bardzo wierzę, że straciliśmy naprawdę wielkie dzieła muzyczne. Wszystkie dziedziny sztuki przechodzą zawsze od form prostych i niewyszukanych, do finezyjnych i bardziej rozwiniętych. Tak było w architekturze, malarstwie, nawet ogrodnictwie. Choć może niekoniecznie w rzeźbie czy teatrze. Więc nie możemy mieć pewności. Nie wiemy, jak było. Czy pra-, pra-, pra-, pradziadek Orffa też był kompozytorem? To ciekawy problem i chyba nie możemy wykluczyć, że jakieś wielkie antyczne dzieła zostały na zawsze stracone. W społeczeństwach niepiśmiennych muzyka i taniec trwały właściwie tylko siłą woli – tak jak sugerował Schopenhauer. Ich fizyczne ślady istnieją dopiero od czasu wynalezienia zapisu nutowego, a potem kolejnych metod utrwalania dźwięku – przez płyty winylowe i kasety magnetofonowe po płyty CD i pliki dźwiękowe. Dziś gwarantują one pewnym utworom niemal nieśmiertelność.

 

I o tych śladach można jednak zapomnieć. Mogą leżeć gdzieś na strychach czy w archiwach i nikt nie będzie pamiętał o ich istnieniu.
Oczywiście. No i można nie chcieć ich słuchać. To ciekawe, jak szybko muzyka popularna się starzeje. Ten fakt najwyraźniej do nas dociera, gdy słuchamy jakichś utworów przeciętnych i mało wyrafinowanych sprzed choćby pięćdziesięciu lat. Słychać w nich niemal same manieryzmy. Jakieś zawodzące trąbki, zawijasy na instrumentach smyczkowych, nudnie dudniącą perkusję, nużący głos piosenkarza.

 

Jest jeszcze Pitagoras i jego teoria harmonii opartej na stosunkach liczbowych.
To coś bardzo dziwnego. Wiązanie muzyki z mistyką kosmiczną. Harmonia sfer miała się wyrażać nie tylko w ruchach gwiazd pędzących wokół Ziemi, lecz także w proporcjach między orbitami i długością roku na rozmaitych planetach. Jeszcze Kepler uważał, że w Układzie Słonecznym odległości między orbitami planet miały się wyrażać w proporcjach geometrycznych. Kolejne planety miały biec po torach opartych na figurach regularnych zbudowanych na torach planet biegnących po mniejszych orbitach. Starano się dopasować i ustalić, czy właściwa kolejność to kwadrat, pięciokąt, sześciokąt, itd., czy jakoś inaczej. To ciekawe, jak silnie wierzymy w istnienie ukrytych regularności w przyrodzie. A ponieważ w to wierzymy, łatwo przychodzi nam też uwierzyć, że proporcjom przyrodniczym odpowiadają jakieś proporcje muzyczne. Wiemy, że wysokość dźwięku na instrumentach strunowych jest zależna od długości strun, konsonanse i dysonanse można ująć za pomocą relacji liczbowych. To pokazuje związek muzyki z matematyką, filozofią, religią i astronomią. Pitagoras sądził, że matematyka rządzi całym światem i ten pogląd powraca czasem w jakichś koncepcjach cybernetycznych czy kognitywistycznych. Czy roboty będą kiedyś słuchać muzyki? To ciekawe pytanie, ale bałbym się zgadywać. Pamiętam tę rzewną piosenkę śpiewaną przez komputer pokładowy A bicycle meant for two w filmie 2001: Odyseja kosmiczna. To oczywiście bajka lub przynajmniej na razie jest to bajka. Ale niektóre zwierzęta z pewnością reagują na muzykę. Tylko nie wiemy, co wtedy czują. Ale czy wiemy, co czują inni ludzie, gdy słuchają tej muzyki, która nam się podoba?

 

Wróćmy jeszcze na chwilę do Platona. Mówił pan o dostrzeganym przez niego związku muzyki z polityką, ale w jego teorii można także doszukać się wątku etycznego. Mowa w niej bowiem także o rozleniwieniu, o budzeniu afektów. Czy muzyka może być niebezpieczna?
Nie sadzę. Czy może wprowadzać słuchającego w trans lub stupor? Sama muzyka chyba nie. Do tego potrzebny jest jeszcze jakiś pejotl, wycieńczający taniec, trujące grzybki, dopalacze. Postawa Platona wydaje mi się zatem dziwna i dość nieprzyjemna. Przy wszystkich swoich zaletach i wspaniałych pomysłach filozoficznych to był pierwszy patron totalitarystów. Jego pedagogika jest manipulatorska w niewyobrażalnym stopniu. Tylko w totalitarnym państwie można myśleć o narzuceniu cenzury na całą muzykę. Mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje. To prawda, ale tylko częściowa. Wiemy, że muzyka działa w obie strony – czasami łagodzi, czasami powoduje, że obyczaje stają się dziksze. Mało komu przychodzi jednak do głowy wprowadzić zakaz wykonywania pewnych utworów albo zakaz publicznego gwizdania na ulicy czy odgrywania konkretnych melodii. Oczywiście nikt dzisiaj nie puszcza przez radio hitlerowskich marszy wojskowych. To w większości były zresztą okropne piosenki. Pamiętam taką: Bomben über London. Tekst bez sensu, muzyka otępiająca i wrzaskliwa. A dobre piosenki niemieckie z tego okresu, śpiewane na przykład przez Marlenę Dietrich, takie jak: Vor der Kaserne, vor dem grossen Tor…, nie miały z wojną nic wspólnego.

 

Reżimy totalitarne, faszyzm i komunizm hołubiły pieśni masowe…
…i wykorzystywały je do miękkiego sterowania tłumami. Była nawet piosenka, której refren po prostu brzmiał: Do roboty, do roboty. Ale takie próby były raczej śmieszne. Choć różne proste melodie, takie jakie pisał na przykład Dunajewski, łatwo wpadały w ucho. Dzieci, nawet te, które nie wywodziły się z komunistycznych domów, chętnie je nuciły w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Podobnie było w nazistowskich Niemczech, w których pieśni wojskowe były bardzo modne. To ciekawe, że tzw. sztuka zaangażowana działała dość przewrotnie. Czasem wspierała jakieś polityczne postulaty, ale czasem tylko ośmieszała swych promotorów. Nigdy nie stawała się prymitywnym środkiem propagandy. Można było zmuszać dziennikarzy, historyków, poetów, filozofów i socjologów, by produkowali tendencyjne teorie. Ale nie można było zrobić muzyki tendencyjnej. Można muzykę wykorzystać do tego lub innego celu, ale tylko pod warunkiem, że jest to dobra muzyka. Nie ma czegoś takiego jak „muzyka poprawna politycznie”, ale nieudana. Taka muzyka się w ogóle nie liczy. To szmira i rzępolenie. Natomiast ciekawy i porywający utwór można wykorzystać, jak się chce, bez względu na zamiary manipulatorów. Czy szlagier z Doktora Żywago ma w ogóle coś wspólnego z komunizmem? Oczywiście, że nie. To dobry utwór, stylizowany na jakiś rosyjski walc, i koniec. Muzyka jest lotna, skoczna, lekka, dźwięczna lub głucha, grobowa, ponura i depresyjna. Ale nie ma muzyki zakłamanej, namolnej lub łopatologicznej. 

Muzyka zwiastunem wolności i niezależności?
Tak, widać to szczególnie w tym, że nowa muzyka zawsze ma tendencję do konsolidowania młodego pokolenia przeciw staremu. To w niej często ujawnia się bunt młodego pokolenia wobec poprzednich generacji. Muzyka łączy ludzi w obrębie kolejnych pokoleń. Pamiętam późne lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XX wieku, kiedy pojawił się rock and roll i Elvis Presley. Dla wielu niedorostków w moim wieku był to rodzaj objawienia. Zupełnie nowa muzyka, bardzo pobudzająca, podnosząca ciśnienie krwi, zachęcająca do podskakiwania, tańca, nucenia. Poza tym były to utwory łatwe do zapamiętania i w pewnym sensie masowe. Dorośli tej muzyki nie lubili. Czy ich zdaniem to była muzyka wulgarna? Nie wiem. Przypominają mi się tu słowa Kanta, że muzyka jest zawsze wulgarna, ponieważ jej wykonanie jest zawsze publicznie. Czytać można po cichu. Dobrą architekturę ogląda się w niemym zachwycie. Na obrazy patrzy się w skupieniu. A muzyka musi wywoływać wrzawę, harmider i pogłos. Narzuca się ze swymi dźwiękami i kadencjami. Przymusza wszystkich wokół do słuchania. Na rzeźbę mogę patrzeć lub mogę odwrócić głowę na chwilę i coś sobie pomyśleć. Muzyki muszę słuchać nieprzerwanie, posłusznie jak dziecko, bo jeśli przestanę słuchać, to jakiś fragment przepadnie mi bezpowrotnie. I nie można będąc z innymi słuchać jej w samotności. W galerii mogę oglądać, co chcę i w jakiej chcę kolejności, także w rozarium lub w arboretum. Muzyki natomiast zawsze słucha się gremialnie. Nawet jeśli w domu puszczamy sobie jakiś utwór, to chcąc nie chcąc wciągamy innych domowników w słuchanie tego, co nam się podoba. To właśnie zdaniem Kanta sprawia, że muzyka przymusza do jakiegoś fałszywego, niechcianego pobratymstwa.

 

Wydaje mi się, że jest to jednak tylko kwestia techniczna. Słuchawki znoszą zarzut Kanta.
No tak, ale to jest kaleczenie sztuki. Muzyka powinna rozbrzmiewać. Równie dobrze można by powiedzieć, że brakujące fragmenty egipskich świątyń można uzupełnić postaciami z gipsu lub tektury. Albo że nie warto budować pięknej fasady jakiegoś nowego budynku, wystarczy ją tylko namalować na frontonie, tak jak to się robi podczas remontu. To nie całkiem jest to samo. Muzyka ma się roznosić w świecie, a nie w głowie. Oczywiście można się spierać z Kantem, czy muzyka musi być wulgarna. Mozart i Beethoven nie byli przecież wulgarni. Ale nie wiemy przecież, czego Kant słuchał w Królewcu. Może tylko pieśni ludowych i muzyki kościelnej? Zresztą istotny sens zarzutu Kanta dotyczy chyba różnicy działania dwóch zmysłów: wzroku i słuchu. I tu ma rację. Wzrok jest bardziej prywatny niż słuch. Patrzeć możemy na to, co sami chcemy zobaczyć, natomiast słuch nie jest wybiórczy w podobny sposób. Czyli prawdę mówiąc, wcale nie mam ochoty kwestionować zdania Kanta w tej sprawie. Proszę zresztą wziąć pod uwagę, jak bardzo drażniąca jest zła muzyka. Dużo bardziej niż złe obrazy lub zła architektura. Muzyka jest zniewalająca na dobre i na złe.

 

Wróćmy do pokoleniowego odbioru muzyki. Wydaje mi się, że to z jednej strony łączy ludzi (w obrębie jednej generacji), a z drugiej ­– bardzo różni (między pokoleniami). Chodzi mi o skojarzenia muzyczne, gust, osłuchanie, kody, za pomocą których się porozumiewamy. W gruncie rzeczy co dekadę, a obecnie może nawet częściej, mamy do czynienia z odrębną wspólnotą okołomuzyczną.
Z pewnością tak jest. Mnie najczęściej nudzi, czasem nawet irytuje muzyka popularna, która się pojawiła w ostatnich dwóch czy trzech dekadach. Wydaje mi się po prostu prymitywna, monotonna, przeceniająca znaczenie rytmu, pozbawiona wyraźnych wątków melodycznych. A rap to już jest dla mnie po prostu czymś mało inteligentnym i stereotypowym, tworzonym czysto mechanicznie i nudnym. Nie umiem tego słuchać. Na szczęście to ograniczenie nie jest powszechne. Mój syn jest bardziej muzykalny ode mnie i kiedyś grał nawet w zespole Kazika. Otóż jego upodobania muzyczne są dużo szersze niż moje. Lubi muzykę klasyczną i popularną. Co więcej, podobają mu się rozmaite dekady w muzyce popularnej. Kochał Beatlesów, Tinę Turner, jazz, Mozarta i Errolla Garnera. To pewnie dowodzi, że jedni ludzie mają szersze horyzonty muzyczne, a inni ­– węższe. Na podobnej zasadzie jak ta, która powoduje, że można mieć szerokie bądź wąskie horyzonty w literaturze, filozofii czy nawet polityce. W pewnym sensie podziwiam osoby, które równie dobrze czują się w rytmach południowych, co w muzyce symfonicznej, operze, jazzie i utworach bazujących na mocnym rytmie.

 

A pan jakiej muzyki słucha?
Nie wiem, czy powinienem się przyznać, ale mam bardzo staroświeckie i wąskie zainteresowania muzyczne. Moim ulubionym gatunkiem muzycznym jest opera. Jednak nawet w jej obrębie nie wszystko mi się podoba. Nie mógłbym na przykład powiedzieć, że kocham awangardę. Czuję się z tym trochę osamotniony i jest mi z tym źle, ale uważam, że tak jak teatr upadał w ciągu ostatnich dwudziestu lat, tak i spektakle operowe są najczęściej na poprawnym, ale nie zachwycającym poziomie. Panuje dziwna moda na sztuczne nowatorstwo i fajerwerki. Jakiś egalitaryzm wyrażający się w przekonaniu, że każdy może śpiewać i każdy się może śpiewu nauczyć. Tymczasem Joan Sutherland powiedziała kiedyś, że śpiewu operowego nie trzeba się w ogóle uczyć. Trzeba mieć tylko dobry słuch i dobry głos. To wszystko, tylko jest to bardzo rzadka zbieżność. Nauczyciel może się przydać, żeby ustawić lepiej oddech – dodała jeszcze Sutherland – jeśli ktoś ma z oddechem kłopot. Bardzo lubię jej pogląd. Opera to wirtuozeria, doskonałe wykonawstwo, przekonująco oddany tekst i dramatyczne uniesienie. Nie trzeba nic więcej. Tylko to są Himalaje tego, co się dzieje w muzyce. Dobrych oper jest może pięćdziesiąt i świetnych wykonawców drugie tyle. To jest sztuka niemiłosiernie elitarna. Tylko dlaczego właściwie mamy się tego wstydzić i kłamać sobie, że powinno być inaczej?! W sporcie dopuszcza się mistrzostwo i lekceważy amatorów, dlaczego nie ma go być na scenie? Geniusz muzyczny i niecodzienna zwinność ruchowa trafiają się bardzo rzadko. Powinniśmy więc szanować i podziwiać tych wybrańców losu, którzy biją rekordy i umieją bez wysilania głosu, czysto przypomnieć lament Łucji z Lammermooru lub chełpliwą pewność siebie księcia umizgującego się do siostry zbira z Rigoletta. Dobra opera jest czymś bardzo rzadkim, jak trufle.

 

Może więc lepiej słuchać dobrych nagrań w domu niż chodzić do teatru?
Zdecydowanie! Korzystajmy z tego, że w kilku miastach można na żywo oglądać transmisje z Metropolitan Opera. Zresztą nie sposób na nie dostać biletów. To znaczy, że inni myślą tak jak ja, i że w operze liczy się tylko najwyższy poziom. Co nie zmienia faktu, że moje prawdziwe zainteresowania muzyczne są żenująco ograniczone. Lubię klasykę operową i tylko utwory wspaniałe, których mogę słuchać po wielokroć, porównując rozmaite wykonania. Nowe inscenizacje najczęściej mnie rozczarowują, bo mamią golizną, czasami zamaszystą choreografią, niekiedy bogatą scenografią lub jakimiś marszowymi wstawkami, jakby ktoś wziął sobie Platona za reżysera. A bywa jeszcze gorzej – jak przestrzegał profesor Woland. Niedawno widziałem w Mezzo Don Giovanniego, w którym aktor grający tytułową rolę ewidentnie chciał wzbudzić niechęć do samego siebie. I robił to skutecznie. Może pobożny reżyser kazał mu tak robić, bo Don Giovanni – jak wiemy – ma dość odrażający charakter i można mieć wiele powodów, by tego uwodziciela nie lubić. Ale inscenizacja, o której mówię, była łopatologiczna. To błąd przedstawiać Don Giovanniego tak, by widz nie lubił go za drugorzędne wady, ukrywając jednocześnie zasadniczą skazę tej postaci – jej cynizm i bezwzględność wobec ludzi, w szczególności młodych kobiet zwodzonych setkami w rozmaitych krajach. Zamiast tego mieliśmy przystojnego mężczyznę z niezłym głosem, który w obu rękach trzymał papryki i na zmianę wygryzał w nich dziury, a szczątki warzywne wypluwał na wszystkie strony. To wygryzanie, wypluwanie i podśpiewywanie sprawiało, że całość stała się jarmarczna. Losy Donny Anny, Elviry i Zerliny przestały być ważne. Taka inscenizacja odciąga nas od Mozarta i zamiast opery mamy wodewil. Była to produkcja bez próby scalenia z sobą rozmaitych aspektów dzieła: instrumentów, śpiewu, gestów, gry aktorskiej i libretta tak, by powstała spójna i przekonująca całość. Wykpić można wszystko. Dla mnie jednak jest to tylko marnowanie czasu artystów i słuchaczy.

 

Rozumiem, że woli pan klasyczne inscenizacje?
Właśnie. Choć żadnych dogmatów nie warto tu wprowadzać. Bywają złe i dobre nowinki techniczne. Jakiś czas temu w operze Wagnera wprowadzono śpiew przez komórki telefoniczne. Tego zupełnie nie rozumiem. Klapa. Ale kilka lat temu Metropolitan Opera wystawiła tetralogię Wagnera nie tylko w świetnej obsadzie, lecz także z cudownym technicznym pomysłem. Córy Renu pojawiały się na ekranach plazmowych pochylających się w dół i podnoszących do góry jak huśtawki dziecięce. Trzy śpiewaczki osuwały się lekko, jakby zanurzając się w wodzie, a ich ruch wywoływał na ekranie dotykowym fontannę bąbelków unoszących się do góry. To było nie do pojęcia, fascynujące, zagadkowe i dyskretne. Coś niebywałego i jak dotąd nie do powtórzenia.

 

Czyli zależy panu przede wszystkim na dobrym wykonaniu?
Tak, dobre wykonanie jest kluczowe. Nie chodzi o to, że muzyka zawsze domaga się perfekcji. Domaga się raczej zestrojenia i harmonii. Istnieją niewinne błędy w muzyce, które nie mają znaczenia, gdy na przykład świetny wykonawca przekręci tekst. Ale to musi być świetny wykonawca. Natomiast jeżeli śpiewak nie potrafi udźwignąć roli, którą wziął na siebie, nie potrafi ukazać postaci, którą kompozytor wprowadził na scenę, i w swym wykonaniu wzoruje się tylko na jakichś wcześniejszych inscenizacjach, to w takiej sztuce brak po prostu sztuki. Przedstawienie operowe musi mieć w sobie nowość, świeżość, odkrywczość. Ale nie może być kabaretowym popisem, który szokuje śmiałością i niecodziennością bez związku z treścią utworu.