Koniec wieńczy dzieło

Article_more
Konserwatorzy, którzy od kilku miesięcy odnawiają emporę muzyczną Auli Leopoldyńskiej, znaleźli karteczkę z prośbą w języku niemieckim, żeby nie opuszczać sali przed zakończeniem koncertu. Bo będą przemowy.

Oczywiście przemowy dziękczynne, „skierowane do profesora Bohna”. Co dziwne, miały być wygłoszone przed ostatnim utworem, więc ta asekuracja tajemniczego „zarządu”, który „szanownych obecnych” pisemnie dyscyplinował, powinna być zbędna. Widać jednak publiczność nie umiała do końca wysiedzieć, a dziękować przy przerzedzonej widowni nie uchodziło. Ale adresatem tych hołdów miał być Emil Bohn, organista, znawca oraz popularyzator muzyki dawnej, autor znakomitego katalogu druków muzycznych Biblioteki Miejskiej, a także wpływowy recenzent gazetowy. Długo by wymieniać jego zasługi dla uczelni (dostał za nie doktorat honoris causa), Wrocławia i muzyki, więc mowy mogły ciągnąć się jak makaron.

 

Zdaniem Kamilli Jasińskiej z Uniwersytetu Wrocławskiego, która zbadała tajemniczą karteczkę, koncert z przemowami odbył się 5 marca 1905 roku. W ławach zasiedli przedstawiciele władz miasta, ekscelencje i magnificencje, członkowie wielu towarzystw i stowarzyszeń muzycznych oraz chórów, z którymi przez lata związany był profesor Bohn. Nie mogli odmówić zaproszenia na setny Koncert Historyczny – cykl imprez muzycznych organizowanych przez Bohna od 1881 roku.

 

Od wieczora do poranka
Profesor Joanna Subel z Instytutu Muzykologii Uniwersytetu Wrocławskiego pisze, że Historische Konzerte odbywały się cztery razy do roku, a w programie były dzieła z wszystkich epok. Profesor Bohn skompletował nawet zespół wykonawców, który przyjął nazwę Stowarzyszenia Śpiewaczego Emila Bohna (Bohnscher Gesangverein) i postarał się, aby blisko półtoragodzinne koncerty były finansowane przez miasto. Bohn miał misję edukacyjną, więc każdy koncert poprzedzał wykładem na temat przedstawianych utworów. Dbał o to, żeby publiczność się nie nudziła. Cyganie w muzyce, pieśni przy kołowrotku, biesiadne, bożonarodzeniowe albo pisane do tekstów jednego autora (Szekspira, Goethego lub Schillera) – takie tematy i dzisiaj miałyby wzięcie.

 

Polaków zainteresowałby 58. Koncert Historyczny, poświęcony twórczości Chopina, w grudniu 1894 roku oraz 112 z kolei koncert, zatytułowany „Hymny narodów europejskich”. Odbył się w 1908 roku, więc dziesięć lat przed odzyskaniem niepodległości wykonano na niemieckim uniwersytecie Mazurek Dąbrowskiego. Wśród 21 hymnów wyróżnił się politycznie – recenzent Paul Mittmann nazwał go „buntowniczym hymnem polskim”. Notabene słowa hymnów, nuty i omówienie Bohna dotyczące programu tego koncertu zostały jeszcze w tym samym roku wydane drukiem. Oprócz Mazurka do książki trafiła pieśń Boże, coś Polskę oraz Z dymem pożarów.

 

Jak wyliczyła Kamilla Jasińska, w trakcie stu Koncertów Historycznych wykonano 1667 utworów, w tym 442 a cappella, 999 z akompaniamentem fortepianu i 226 utworów instrumentalnych. We wszystkich występach wzięło udział 2000 śpiewaków, w tym kilkoro Polaków, a także żona profesora Bohna – Selma Bohn (sopran). Koncerty odbywały się zwykle w Oratorium Marianum, ale w 1901 roku zaczęto salę remontować, więc Bohn zabrał swoich wykonawców i wyznawców do Auli Leopoldyńskiej na prawie osiem lat. Wprawdzie Aula nie miała oświetlenia, więc musiał przenieść koncerty z wieczorów na „poranki” (czyli godz. 11:15), ale i tak była to dobra zmiana.

 

Aula Leopoldyńska uchodziła i nadal uchodzi za cudo. Sztuki i propagandy. Jezuici, którzy wystarali się u cesarza Leopolda I o fundację uniwersytetu, w obu dziedzinach byli mistrzami. Potrafili dobrodziejom odwdzięczyć się z klasą. Apoteozę mądrości Bożej, jako źródła ziemskiej wiedzy, powiązali z gloryfikacją rodu Habsburgów. Podlizali się wszystkim świętym i politycznym protektorom. Aulę projektował ich współbrat, Christophorus Tausch. Wzniesiona w latach 1728–1732 wraz z całym kompleksem budynków uniwersyteckich, została pokryta freskami przez Johanna Christopha Handkego, malarza z Ołomuńca. Świetna robota, choć jezuici próbowali oszczędzać na honorarium artysty, co prowokowało go do szukania zemsty. Z kolei twórcą rzeźb figuralnych był Franz Joseph Mangoldt, znany artysta wrocławski rodem z Brna, a ornamenty i marmoryzację wykonał włoski mistrz Ignazio Provisore. 

 

Seks, wojny i muzyka
Nie oszczędzali na efektach specjalnych – malowali w „3D”, nie żałowali złota. Przynajmniej od frontu, bo na zapleczu obowiązywała klasztorna asceza. Ale na zaplecze zaglądali tylko wtajemniczeni, więc szkoda było wykańczać coś, czym się nie można pochwalić i olśnić. Drewniana girlanda trzymana przez orły nad oparciem ławy tylko z przodu została pokryta płatkami złota, a żadna z siedemnastu figur zdobiących podium nie może się pochwalić wykończonym tyłem.

 

Nic to, widzowie i tak byli oszołomieni. „Za podwójną, w większości polerowaną, złoconą katedrą (...) prezentuje się na siedząco Jego Cesarski Majestat Leopold I”, pisał w 1741 roku wrocławski lekarz Johann Christan Kundmann, świadek narodzin uniwersytetu. Majestat został wykonany ze stiuku naśladującego szlachetny, karraryjski marmur. Oszustwo doskonałe. Z cegieł, zaprawy wapienno-piaskowej i żelaznych prętów zbudowano formę, którą obłożono warstwami białego, gipsowego stiuku, wypolerowanego na wysoki połysk.

 

Warto pamiętać, że Leopold, który był wyjątkowo zajętym władcą – spłodził szesnaścioro dzieci, z pomocą Sobieskiego odpierał Turków pod Wiedniem i z zaangażowaniem konstruował taki aparat fiskalny, żeby każdego poddanego do cna oskubać – miał czas, żeby śpiewać, dyrygować, występować na scenie i komponować. Napisał między innymi muzykę dwóch mszy, pięciu mszy żałobnych, siedemnastu suit baletowych i dwunastu oratoriów. Koncerty pod takim protektoratem musiały się udać.

 

Poza tym o znaczeniu muzyki dla rozwoju człowieka świadczą także malowidła zdobiące Aulę. Widza wabią personifikacje siedmiu sztuk wyzwolonych i pięciu pospolitych, a wśród tych pierwszych piękna Muzyka, z lirą i nutami.

 

Władza płaci, orkiestra gra
Jej królestwem była empora muzyczna, która na pierwszy rzut oka wygląda na pomnik władzy. Na sklepieniu wymalowano Silesię w stroju książęcym, zasiadającą pod baldachimem. Na znak, że uczelnia została ufundowana dla całej ziemi śląskiej. Po jej bokach zasiadają Viadrus, bóg Odry, największej rzeki Śląska, oraz Wratislavia w koronie z murów miejskich. Łaciński napis na kartuszu głosi: „Hojności przesławnych stanów jednego i drugiego Śląska”. Kobiece postacie przy balustradzie empory to personifikacje Urzędu Zwierzchniego z Komisją Szkolną oraz Śląskiej Kamery. Umieszczono je, żeby zapewnić uczelni opiekę. A na środku balustrady wznosi się stiukowe popiersie hrabiego Johanna Antona von Schaffgotscha, starosty generalnego Śląska, nadzorującego budowę gmachu uczelni. Chór i orkiestra anielska zostały wymalowane pod emporą – niebiańscy muzycy grają na skrzypcach, wiolonczeli, lutni, harfie, lirze, fletach, rogach, fanfarach oraz kotłach – więc kryją się w cieniu polityków.

 

W zasadzie to naturalne, bo samą muzyką nawet anieli nie wyżyją, jakieś dotacje orkiestra musi dostać. Za „dziękuję” też trudno grać, więc miejmy nadzieję, że zespół profesora Bohna był dobrze opłacany. Nie wiadomo, jak przyjął fetę na setnym koncercie, może zareagował jak Henryk Wieniawski. Sławny skrzypek otrzymał za występ od petersburskiego bankiera sturublowy banknot wraz z kartą wizytową, na której widniał dopisek: „W załączeniu tysiące podziękowań”. W odpowiedzi skrzypek odesłał pieniądze i napisał: „Wolałbym otrzymać tysiąc rubli bez stu podziękowań. Henryk Wieniawski”.

 

Ale gdyby nie karteczka zapowiadająca przemówienia, nie byłoby okazji, żeby wspomnieć profesora Bohna, co dowodzi, że słowo ma jednak sporą wartość. 

.