Wydanie: MWM 06/2017

O rozczarowaniach

Article_more
„Chcieliśmy zmienić świat… Nie zmieniliśmy” – stwierdził gorzko rozmówca, którego spotkałem niedawno na festiwalu muzyki dawnej.

Gerald Bennett z muzyką dawną ma relacje raczej luźne. Był dyrektorem konserwatorium w Bazylei, profesorem teorii i kompozycji w Hochschule Musik und Theater w Zurychu, zakładał też tamtejszy Instytut Muzyki Komputerowej i Technologii Dźwięku. Istotnym epizodem w jego życiu był również paryski IRCAM – założone przez Pierre’a Bouleza legendarne Centrum Badawczo-Koordynacyjne Akustyki i Muzyki. Rozmawialiśmy długo o tym, dlaczego możliwości elektroniki tak zafascynowały jego jako artystę, humanistę, który z początku twierdził, że nigdy nie odwróci się od akustycznego brzmienia. Co połączyło współtwórców paryskiego centrum (Bennett należał do jego pierwszej ekipy) i co sprawiło, że się rozeszli. Mój rozmówca pielęgnował potrzebę silnych intelektualnych podstaw i podejście badawcze, które, jego zdaniem, jest istotnym elementem pracy kompozytorskiej. Tego zabrakło mu w praktycznej pracy IRCAM-u.

 

Naukowość jest szczególnie bliska artystom związanym z estetyką awangardową, przede wszystkim „akademicką”, jak zwykli ją określać (bez wątpienia oceniająco) inni twórcy – ci, którzy studia muzyczne uważają za niszczący kreatywną osobowość przeżytek. Awangardową powagę w podejściu do teorii kontestują też tradycjonaliści, którzy wprawdzie wysoko cenią warsztat, jednak uważają, że pęd za nowymi rozwiązaniami prowadzi do całkowitego rozbratu ze słuchaczem. Osobliwego sojusznika znajduje awangarda, o dziwo, w środowisku wykonawczym muzyki dawnej. Dla tej grupy postawa badawcza jest jednym z najsilniejszych spoiw, choć i tam sporo ostatnio artystów osobnych, relatywizujących  dotychczasowe pewniki. Bo skoro dojdziemy do tego, że wszystko w historii jest jakąś interpretacją, to czemu nie komponować własnych utworów w stylu północnych Włoch początku wieku XVIII? Albo nie miksować dzieł „swoich” kompozytorów z obecną muzyką pop? Wszak faktyczna funkcja Czterech pór roku Vivaldiego we współczesności nie jest daleka od użytkowości.

Nie wiem, czy takie pomysły odstręczają Geralda Bennetta, ale sądzę, że tak. Rozmawialiśmy jednak o muzyce współczesnej. O tym, że muzyka elektroakustyczna jest wspaniałą, niezbadaną przestrzenią, którą kompozytor tylko częściowo może penetrować, używając własnego komputera. Żeby naprawdę komponować, trzeba spróbować tworzenia dźwięku od podstaw, kompletnie od zera, nie zaś opierać się na skończonych możliwościach oprogramowania. Komu dzisiaj się tego chce? Ludzie szukają prostych rozwiązań, ale też tego, co odkrywano przez dziesięciolecia, starczy na długo. Praca badawcza wielkich instytutów zmienia się, jak twierdzi mój rozmówca, w technologiczne usługi dla kompozytorów.

 

Zatem – czy on i jego bracia w awangardzie nie zmienili świata? To przecież zbyt radykalna ocena. Owszem: zgodnie z deterministycznym postrzeganiem rzeczywistości uważali, że nowy, rewolucyjnie zmieniony, naukowo uzasadniony sposób tworzenia muzyki stanie się powszechny. Tak się nie stało. Przynajmniej nie do końca. Ale jednak jeśli dziś z muzyki popularnej wywodzą się twórcy, którzy, nawet w sposób uproszczony, korzystają ze zdobyczy pokoleń XX-wiecznych odkrywców; jeżeli wciąż twórcy nowej muzyki mają kontakt z publicznością, a dorobku XX stulecia nikt nie kwestionuje – czy to mało? Przecież właśnie o to chodziło: o ciekawość, o poszukiwanie nowych dróg. Jeśli, zdaniem jednego z współtwórców najważniejszego dzieła muzycznej awangardy lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jakim był IRCAM, dzisiaj studenci kompozycji nie są skłonni do pokonywania własnych granic, to może trzeba szukać gdzie indziej? Wygląda na to, że świat zmienia się małymi kroczkami i nie tak, jak sobie to wymyśliliśmy.